Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Gibson Vaughn, bohater bestsellerowego „Krótkiego sznura”, powraca w kolejnym świetnie skrojonym thrillerze. Honorowy dług. Skradziona fortuna. I stado rekinów krążących wokół ofiary.


Ptak o zatrutych piórachKiedy kończący odsiadywać wyrok miliarder Charles Merrick daje publicznie do zrozumienia, że na tajnym koncie bankowym ukrył niewyobrażalną fortunę, zaczynają krążyć wokół niego krwiożercze rekiny.

Wśród oszukanych przez niego ofiar jest sędzia Hammond Birk, który uratował życie Gibsonowi Vaughnowi, kiedy ten był nastolatkiem. Dlatego Gibson zamierza spłacić honorowy dług i odzyskać pieniądze dla niego i tych, których Merrick oszukał.

Ale nie tylko on jest na tropie ukrytej fortuny. Perspektywa zdobycia miliardów przyciąga bezwzględnych łowców, w tym znerwicowanego byłego więźnia, barmankę o tajemniczej przeszłości, chińskiego szpiega wędkarza oraz armię zahartowanych w boju najemników.

Aby ich wyprzedzić i wyrównać rachunki z sędzią, Gibson musi wykorzystać wszystkie swoje umiejętności. Jednak na końcu długiej drogi będzie musiał stawić również czoło Strażnikowi Południowego Nieba, międzynarodowej tajemnicy, która może go zabić albo… zrobić coś jeszcze gorszego.

Matthew Fitzsimmons
Ptak o zatrutych piórach
Przekład: Jan Kraśko
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 11 października 2017
 
 

Ptak o zatrutych piórach


Pycha

Nazbyt to może proste dla ciebie, co ć rzekę,
lecz wierz mi, Prometeju: taka zawżdy bywa
języka zuchwałego nad miarę zapłata.
Nie chcesz się upokorzyć, nie chcesz przed niedolą
Ustąpić: tej ci mało snadź i pragniesz nowej.

Ajschylos, Prometeusz w okowach
przeł. Stefan Srebrny

Rozdział 1

Jarzeniówki ożyły i rozbłysły szerokimi świetlistymi łukami. Zewsząd dobiegało zrzędliwe utyskiwanie niechętnie budzących się mężczyzn. Jęk starych sprężyn. Cichy pogwar przerwanych przed capstrzykiem rozmów, które więźniowie podejmowali, jakby od tamtego czasu upłynęło ledwie kilka sekund. Nie mieli z tym żadnych trudności, ponieważ były to te same prozaiczne rozmowy, które dzień po dniu budziły Merricka od ośmiu lat.
W więzieniu istniała ograniczona lista problemów do dyskusji: życie przedtem, życie pod celą i obietnica lepszego życia po. Wrogowie i przyjaciele, kobiety i goście, kantyna i paskudne jedzenie. Poznawało się wszystkie te problemy w kilka dni i od tej chwili pojawiały się tylko wariacje na temat. Osadzeni przychodzili i odchodzili, lecz przekazywane z pokolenia na pokolenie rozmowy nie umierały nigdy, jakby to one były prawdziwymi mieszkańcami więzienia, a osadzeni jedynie ulotnymi słowami, po raz pierwszy wypowiedzianymi dawno, dawno temu – a przynajmniej tak wyobrażał to sobie Charles Merrick, ciesząc się, że już za sto czterdzieści dwa dni raz na zawsze opuści mury Federalnego Zakładu Karnego w Niobe.
Spuścił nogi i od razu włożył japonki, żeby – broń Boże – nie dotknąć stopami wstrętnej podłogi. Czterema oszczędnymi, dobrze wyćwiczonymi ruchami posłał pryczę. Szorstki wełniany koc nie nadawał się nawet dla psa. A już na pewno nie dla Morgana, jego ulubionego spaniela, który zdechł, kiedy on siedział za kratkami. Merrick bardzo za nim tęsknił, ponieważ było to jedyne wierne stworzenie, jakie kiedykolwiek znał.
Siódma rano: klawisze szli przez dormitarz, licząc więźniów. Liczyli ich również o trzeciej i piątej, czego nie mógł znieść. Te upośledzone umysłowo matoły z małymi klikaczami w ręku budziły go tylko dlatego, że były zbyt tępe, aby dodać dwa do dwóch bez pomocy durnego liczydła. W jego firmie nie dostaliby pracy nawet w sortowni listów. Nieopierzeni maturzyści bez żadnego doświadczenia i kwalifikacji.
– Gotowy na swój wielki dzień, Kopciuszku?
Dogryzali mu od wielu tygodni. Odkąd naczelnik zgodził się na wywiad, Merrick nie mógł myśleć o niczym innym. Od lat nie odwiedzał go nikt oprócz adwokata, więc nic dziwnego, że był podekscytowany. Strażnicy i współwięźniowie nabijali się z niego jak zazdrosne dzieci, ale tego dnia wstał w zbyt dobrym humorze, by zwracać na to uwagę.
Kiedy tylko ich policzono, szybko poszedł do łaźni. Gdyby regulamin na to pozwalał, pewnie by pobiegł. Zazwyczaj nigdy się nigdzie nie spieszył – za każdym rogiem było tylko więzienie, więc po co? Ale dzisiaj chciał być pierwszy w kolejce, żeby znowu nie zabrakło gorącej wody. Po prysznicu starannie się ogolił i uczesał gęste, jasne włosy. Od dnia, kiedy trafił za kraty, jeszcze bardziej posiwiały, ale wciąż je miał i tylko to się liczyło. Tak, teraz wyglądał o wiele lepiej. Przedtem wyczerpujące tempo pracy w firmie zaczęło odbijać się na jego zdrowiu i wielkości brzucha. Dopiero w więzieniu odkrył w sobie zamiłowanie do ćwiczeń fizycznych. Pompował żelazo jak wytrawny kryminalista.
Zaciął się pod uchem tanią maszynką i delikatnie wytarł krew kawałkiem papieru toaletowego. Jakże tęsknił za swoim starym, marmurowym blatem umywalki i kosztownymi przyborami toaletowymi. Dużo zachodu kosztowało go nawet zdobycie głupiej próbki ulubionej wody kolońskiej: musiał poświęcić na to miesięczny przydział na zakupy w kantynie. Wyjął z fiolki koreczek i od razu wiedział, że było warto. Solidne maźnięcie po mostku i trzy, nie, cztery maźnięcia po lewym nadgarstku – trzy to za mało, żeby zabić smród więzienia. Potarł nadgarstkiem o nadgarstek i przez chwilę podziwiał się w lustrze.
Przechodzący klawisz pociągnął nosem i przystanął.
– Osadzony, co to za zapach?
– Pour Monsieur od Chanel – odparł Merrick.
– Pour Monsieur? – powtórzył strażnik, małpując go toporną francuszczyzną. – Śmierdzisz jak dupa cyca. A teraz pospiesz się, Kopciuszku, bo nie zdążysz.
Merrick włożył mało twarzowy więzienny kombinezon i spróbował poprawić go w lustrze. Na próżno. Przed kilkoma dniami poszedł do naczelnika i zażądał garnituru, ale go wyśmiano. Zresztą był teraz znacznie szczuplejszy i garnitur nie pasowałby pewnie i tak. Nic to, kupi sobie nowe garnitury – na początek piętnaście albo dwadzieścia – miał tylko nadzieję, że jego osobisty krawiec z Savile Row nie przeszedł na emeryturę. Krawców nie wybiera się ot tak, na chybił trafił.
Podczas śniadania siedział samotnie, dłubiąc w czymś, co uchodziło tu za jajecznicę. Perspektywa wywiadu bez przygotowania nie bardzo mu odpowiadała, ale redakcja nie chciała przysłać pytań. Jako wspólnik zarządzający Merrick Capital udzielał dwóch, trzech wywiadów tygodniowo. Dziennikarze ustawiali się w kolejce, a ekipa specjalistów od PR starannie wybierała pytania, układając scenariusz spotkania tak, aby przedstawić firmę w jak najlepszym świetle.
Wywiad z marszu będzie zupełnie nowym doświadczeniem, ale „Finance” to profesjonalne czasopismo o doskonałym rodowodzie. Na pewno przyślą kogoś kompetentnego. Nie znał tej Lydii Malkin, lecz postanowił dać jej to, na co bez wątpienia zasługiwała. Miał ochotę się wygadać i cieszył się na myśl o rozmowie. O takiej prawdziwej. Minęło dużo czasu, odkąd ktoś zadał mu trudne pytanie.
Kiedy nadeszła pora, klawisz zaprowadził go do ciasnego pokoju rozmów z adwokatem, zupełnie pustego i nagiego, nie licząc długiego stołu i niewygodnych metalowych krzeseł. Merrick bywał w takich pomieszczeniach niezliczoną ilość razy. Przy stole siedziała młoda kobieta, a właściwie dziewczyna w wieku jego córki – miała ile? Dwadzieścia pięć lat? Pisała coś w notesie. Niezbyt ładna, nawet gdyby oceniać wielkodusznie. Pewnie stażystka, którą wysłano, żeby zdobyła trochę doświadczenia w terenie. Dobrze, świetnie. Dwie kobiety to zawsze lepiej niż jedna.
Dziewczyna odłożyła długopis i wstała.
– Dzień dobry. Miło mi pana poznać.
– Spóźni się?
– Słucham?
– Lydia Malkin. Kiedy przyjdzie? Nie wiem, ile czasu nam dadzą. Strażnicy potrafią być… nieżyczliwi. – Powiedział to tak, jakby mówił o obsłudze hotelowej.
– To ja jestem Lydia Malkin.
Wyciągnęła do niego rękę. Spojrzał na nią i poczuł, jak rośnie mu ciśnienie na myśl, że ma z nim rozmawiać ktoś taki.
– Pani? To pani jest reporterką z „Finance”?
– Tak.
– Ile ma pani lat? Dwadzieścia? Czy w ogóle ukończyła pani jakieś studia?
– Mam dwadzieścia sześć lat i dyplom dziennikarstwa z Northwestern.
– Wie pani chociaż, kim jestem?
– Wiem, panie Merrick.
– Świetnie. A ja z kolei wiem, że „Finance” nie wysyła dwudziestokilkulatek na główny wywiad numeru.
Dziewczyna zrobiła zaskoczoną minę.
– Przepraszam, chyba doszło do jakiegoś nieporozumienia. To nie jest główny wywiad numeru.
– Że co proszę?
– Mam zrobić krótką notkę biograficzną. Wie pan, z cyklu „Gdzie teraz jest, co teraz robi?”. Niedługo pan wychodzi, więc…
– Notkę biograficzną? – powtórzył. – Czy Peter wciąż jest redaktorem naczelnym?
– Owszem, Peter Moynihan wciąż jest naszym naczelnym.
Powiedziała to z takim znużeniem, że się zirytował.
– I uznał, że ta… Jak to pani nazwała? „Krótka notka biograficzna”? Że krótka notka biograficzna to dobry pomysł?
– Szczerze mówiąc, w ogóle nie chciał przeprowadzać z panem wywiadu. Początkowo.
– Początkowo?
– W końcu go przekonałam.
– Cóż, bardzo dziękuję, będę pani dozgonnie wdzięczny.
– Chyba już pójdę.
Patrzył, jak dziewczyna zbiera rozłożone na stole papiery. Kiedyś wyśmiałby ją i wyrzucił z gabinetu za próbę tak oczywistej zagrywki. Bardzo chciał, żeby wyszła zawiedziona i z pustymi rękami, mimo to zatrzymał ją, bo on straciłby na tym więcej.
– Dlaczego się na mnie wypięli?
Znieruchomiała, otaksowała go wzrokiem i bez odrobiny lęku spojrzała mu prosto w oczy. Z trudem zmusił się do uśmiechu. Wolałby się do tego nie przyznawać, ale była mu potrzebna bardziej niż on jej.
– Szczerze? – spytała. – Bo nikogo pan nie obchodzi. Nie podoba się ta ugoda, którą zawarł pan z Departamentem Sprawiedliwości. Osiem lat za doprowadzenie do bankructwa firmy tak dużej jak Merrick Capital? Wielu inwestorów uważa, że to czysta groteska. Wartość przejętych aktywów w żadnej mierze nie zrekompensowała strat pańskich ofiar. Zniszczył pan im życie.
Że niby co? Że Departament Sprawiedliwości zawarł z nim zbyt wielkoduszną ugodę? Puścił to mimo uszu. Głupia baba. Gdyby tylko znała prawdę i wiedziała, jaki dar przekazał temu wielkiemu krajowi w zamian za tak zwane nadzwyczajne złagodzenie wyroku. CIA powinna wyprawić go do raju, a nie zamykać na osiem lat w pudle.
– Nie mówiąc już o tym – dodała Malkin – że wysłano pana tutaj, a nie do prawdziwego więzienia.
– Nie do prawdziwego więzienia? Aha, myśli pani, że to ośrodek wypoczynkowy, tak?
– Coś w tym rodzaju.
– A wie pani, że nie mamy tu nawet kortu tenisowego? Kiedyś mieliśmy, ale przyjechał buldożer i było po korcie. Wie pani dlaczego? Bo uznano, że to ośrodek wypoczynkowy. Czysta dyskryminacja.
– Dyskryminacja?
– Jak najbardziej. Pozbawiono mnie wartościowej formy ćwiczeń fizycznych. Z jakiego powodu? Ano z takiego, że tenis jest sportem popularnym wśród ludzi mojego pokroju. Czy to nie dyskryminacja? A im pozwalają grać w koszykówkę, grę, za którą szaleją. To ma być sprawiedliwość?
– „Im”? – powtórzyła, zarzucając przynętę.
Ale nie, nie dał się podpuścić.
– Więc skoro wszyscy się na mnie wypięli, po co pani przyjechała?
– Żeby sprawdzić, czy więzienie odmieniło kogoś, kogo nazywają Madoffem Juniorem.
– Madoffem Juniorem?
– Tak. Nie słyszał pan?
– Oczywiście, że słyszałem. Tylko trudno uwierzyć, że wciąż mają mnie za oszusta.
– Dlaczego?
– Bo moja firma nie była piramidą finansową, dlatego. To obraźliwe. Madoff działał po amatorsku. Wszyscy wiedzieli, co robi. Szedł na bezczelnego. Niech pani zauważy, że nikt z Wall Street nie zainwestował u niego ani jednego centa. To trochę dziwne, zważywszy, że przez dwadzieścia lat działalności ten typ miał tylko cztery gorsze miesiące. Prawda? To tak, jakby jakiś baseballista miał w sezonie prawie sto procent trafień i nie załapał się do pierwszej ligi. Madoff to nieudolny, niedofinansowany dureń. Nie wpadł wcześniej tylko dlatego, że za przeciwników miał tych z Komisji Papierów Wartościowych. Kontrolowali go sześć razy. Sześć razy! Powinni coś zwęszyć już w dziewięćdziesiątym dziewiątym, po donosie Harry’ego Markopolosa, ale gdzie tam, ci durnie nie pofatygowali się nawet, żeby potwierdzić jego oskarżenia w Krajowym Depozycie Papierów Wartościowych. Dlatego porównywanie mnie z tym oszustem jest obraźliwe.
Dziewczyna włączyła dyktafon.
– Pańska firma działała inaczej?
– Merrick Capital była dziełem sztuki – odparł. – Nasze strategie inwestycyjne były całkowicie legalne, a przekazywane inwestorom zyski bezprecedensowe.
– Ale w dziewięćdziesiątym ósmym zaczęliście je celowo zaniżać.
W uszach zadudniła mu krew.
– Co nie znaczy, że moi klienci przestali się bogacić.
– Ale bogacili się tylko do dwa tysiące ósmego – zauważyła. – Kiedy postawił pan na australijski nikiel.
– A tak, krach. – Westchnął. – Gdyby tylko Amerykanie spłacali na czas kredyty hipoteczne…
– Więc to wina Amerykanów, że pan wpadł?
– Żeby pani wiedziała – odparł. – Gdyby krach nie doprowadził do spadku cen niklu, mój manewr by się opłacił.
Dziewczyna nachyliła się ku niemu.
– Bardzo osobliwy punkt widzenia. Ale jak by na to nie patrzeć, był to manewr „wszystko albo nic”. Musi pan przyznać chociaż tyle. Krach nie krach, ekonomiści nazwali to najbardziej nieodpowiedzialnym przedsięwzięciem w historii współczesnych finansów. A pan z głębokim przekonaniem twierdzi, że rezultat mógłby być zupełnie inny. Skąd ta pewność siebie?
Wiedział, że powinien pójść po rozum do głowy i ugryźć się w język.
Ale tego nie zrobił.

Rozdział 2

Mecz, podczas którego przeciwnik nie zdobywa ani jednego punktu, nie jest najlepszą zachętą dla małej dziewczynki. Gibson dostał nauczkę, a właściwie dostawał ją wraz z każdym mistrzowskim rzutem. Tego dnia Narodowcy niepodzielnie panowali na boisku i kosili miotaczy przeciwnika jak bujną trawę. Chociaż z drugiej strony, debiutant Bravesów też dał niezły pokaz: najpierw zagrał obłędnie szybką piłkę, a potem rzucił podkręconą, która poleciała tak daleko, że gdyby ktoś chciał sprawdzić, jak smakuje, przy okazji musiałby się najeść ziemi.
Początek sezonu, kwietniowe słońce, linia pierwszej bazy, dobry mecz – w normalnych okolicznościach Gibson byłby szczęśliwy. Właśnie po to wymyślono niedziele. Ale nie tę, ponieważ czuł, że ten niedzielny mecz zmieni się zaraz w chaotyczne derby z druzgoczącą przewagą Narodowców. Szkoda, bo zrobiłby wszystko, żeby mała Ellie zainteresowała się grą. Jak dotąd nie porwała jej ulubiona rozrywka Amerykanów, a w żadnym podręczniku dla rodziców nie znalazł porady, jak wytłumaczyć i przekazać siedmiolatce zawiłości błyskotliwych pojedynków miotaczy.
Kolejny sfrustrowany pałkarz Bravesów zszedł z boiska po trzech nieudanych próbach wprowadzenia piłki do gry. Chryste, przerzuć ją nad tą cholerną bazą, i już, pomyślał Gibson, próbując zmusić gościa do tego telepatycznie. Czymże jest jedna strata w porównaniu z perspektywą zdobycia dożywotnio wiernej fanki? Niezbyt to lojalne, ale bilety kosztowały go rękę, nogę i sporą część tyłka. Za takie pieniądze miał prawo do odrobiny egoizmu.
Jego była żona Nicole zabiłaby go, gdyby wiedziała, ile dzisiaj wydał. Od pół roku szukał pracy, a ponieważ płacił alimenty i ratę kredytu pod hipotekę domu, kończyły mu się oszczędności. Od początku roku żył z twardą gulą w piersi. Mijały tygodnie, a on czuł się tak, jakby ktoś stanął na nim najpierw jedną nogą, a potem obiema, i nie pozwalał mu oddychać. Było ciężko, lecz już za kilkadziesiąt godzin wszystko się miało zmienić. Dwie rozmowy o pracę zaliczył śpiewająco i czekała na niego dobra, uczciwa posada – oczywiście pod warunkiem, że rano przejdzie badanie wariografem, wykrywaczem kłamstw. Niespecjalnie go to martwiło, ponieważ w wojsku miał takich badań bez liku. Pod koniec tygodnia zacznie wreszcie pracować. Dostanie porządną robotę i będzie zarabiał porządne pieniądze. Takie, jakie chciał zarabiać po wyjściu z wojska.
Dlatego tak, może i przedwcześnie szastał pieniędzmi, lecz wiedział, że dopóki się nie wciągnie – a mogło to potrwać kilka miesięcy – będzie miał urwanie głowy. Ale potem zacznie szukać nowego mieszkania z pokojem dla Ellie. I psa. Bardzo chciałby mieć psa. Dużego, żeby mógł z nim codziennie biegać, i spokojnego, żeby Ellie mogła go czule wytarmosić. Uśmiechnął się do słońca. Marzenia o przyszłości, marzenia, które zburzyła zemsta Benjamina Lombarda. Cóż, jutro te dni odejdą w niepamięć, a dzisiaj zrobił sobie prezent. Już od dawna chciał zabrać córkę na jej pierwszy mecz. Dać małej pierwszą z wielu wspólnych niedziel na stadionie.
Spojrzał na wiercącą się z nudów Ellie.
Gdzieś tam w górze śmiał się z niego ojciec.
Duke Vaughn miał w życiu cztery miłości: dinery, czyli klasyczne amerykańskie jadłodajnie, samochody, baseball i jeżdżenie samochodem do dineru z włączonym radiem, które nadawało transmisję z meczu. Kiedy Gibson był w wieku Ellie, ojciec woził go regularnie z Charlottesville do Waszyngtonu, gdzie pracował jako szef sztabu senatora Benjamina Lombarda. Transmisja z meczu Oriolesów stanowiła filar każdej wyprawy. Słuchać czegoś, czego się nie widzi – po co? Jaki w tym sens? Dla siedmioletniego Gibsona była to kwintesencja nudy. W dodatku nudy okraszonej wykładem na temat historii baseballu.
– El, wiesz, że w Waszyngtonie była kiedyś drużyna o nazwie Senatorowie? – spytał.
Ellie stłumiła ziewnięcie.
Nie ma to jak nowe sztuczki: mężczyźni z rodziny Vaughnów byli niewyuczalni.
Żałował, że nie ma z nimi ojca. Duke umiał wymyślać głupie gry i konkursy i dzieci za nim przepadały. Gibson wziął się w garść. Odkąd poznał prawdę o jego śmierci, stał się uosobieniem nostalgii. Tak, przyjemnie było myśleć o nim bez gorzkich wspomnień, nie mógł jednak żyć pobożnymi życzeniami. Pobożne życzenia nikogo nie wskrzeszą.
Nie żeby córka źle się bawiła. Należała do dzieci, które zawsze znajdą dla siebie jakąś rozrywkę. Bardzo to w niej podziwiał. Byłoby jeszcze milej, gdyby rozrywka miała coś wspólnego z baseballem. Szybko zaprzyjaźniła się z dwoma chłopcami siedzącymi w tym samym rzędzie i we troje wymyślili grę z regułami tak zawiłymi, że nie rozumiał ich żaden z trzech ojców, ale której rezultatem było mnóstwo konspiracyjnych szeptów i chichotania.
Odkąd Narodowcy przeprowadzili się z Montrealu do Waszyngtonu, główną atrakcją ich występów stał się Bieg Prezydentów, wydarzenie promocyjne, w którym występowało pięciu biegaczy z wielkimi, piankowymi głowami amerykańskich prezydentów. Podczas czwartej części meczu z pola zewnętrznego do pierwszej bazy biegli: George Washington, Abraham Lincoln, Thomas Jefferson, Teddy Roosevelt i William Taft. Powszechnie stosowano wredne sztuczki i fortele. Znawcy tematu od lat żartowali, że Roosevelt zawsze przegrywa. Ale w dwa tysiące dwunastym, gdy Narodowcy wygrali w barażach, Teddy przerwał w końcu złą passę. Od tej pory dowódca Surowych Jeźdźców przybiegał czasem jako pierwszy, jednak zwykle zmawiali się przeciwko niemu i wygrywali Washington, Jefferson, Taft czy Lincoln.