Praca nad ostateczną, kompletną wersją antologii poezji Jacka Kaczmarskiego trwała trzydzieści lat. Księga będąca jej wynikiem pozwala zanurzyć się w na wskroś aktualnych strofach twórczości nieprzeciętnie bacznego obserwatora polskiej rzeczywistości.


Jacek Kaczmarski Między namiW tym roku przypadła 60. rocznica urodzin Jacka Kaczmarskiego. Stała się okazją do wydania zbioru zatytułowanego „Między nami. Wiersze zebrane” – ostatecznej, kompletnej wersji antologii barda opracowanej przez Krzysztofa Nowaka. „Niniejsza księga jest ukoronowaniem procesu, który zaczął się dokładnie trzydzieści lat temu, kiedy to przystąpiłem do tworzenia na własny użytek kompletnego zbioru poezji Jacka” – napisał redaktor we wstępie do publikacji.

Na szczęście dla szerokiej publiczności jego praca nie ograniczyła się jedynie do stworzenia prywatnego archiwum twórczości Kaczmarskiego, dzięki czemu w ręce czytelników trafiła potężna księga, swoisty pomnik przenikliwości, inteligencji i wiedzy umieszczonej w niezapomnianych strofach, z których wiele trwale wpisało się w polską kulturę.

Zanim sięgniemy do samej poezji warto poświęcić chwilę na zapoznanie się ze wstępem omawiającym złożony, wieloetapowy proces powstawania zbioru, a także dokonany podział twórczości, niezbędny dla przejrzystości książki i jej sensownego odbioru.
„Dla wszystkich, którzy choć trochę orientują się w twórczości Jacka Kaczmarskiego, oczywiste jest, że każda próba uporządkowania jego dorobku poetyckiego musi opierać się na chronologii oraz podziale wierszy na programy” – pisze Nowak, a początkującym miłośnikom barda zdradza na czym polegały „cykle połączone myślą przewodnią, których sens wykraczał poza prostą sumę treści poszczególnych utworów”.

Jacek Kaczmarski Między nami

To, rzecz jasna, oznacza podróż przez wieloletnią działalność artystyczną, jej etapy i zmieniającą się tematykę. Zagadnienia natury społeczno-politycznej, historia Polski – dawna i ta najnowsza, światowa spuścizna kulturalna i artystyczna, a w szczególności malarstwo, bieżące wydarzenia w kraju; wszystko to, i o wiele więcej, inspirowało Kaczmarskiego do twórczych poszukiwań, których rezultatem są utwory o bogatej metaforyce, do dziś funkcjonujące w świadomości wielu Polaków. Nikodem Maraszkiewicz

Jacek Kaczmarski (1957–2004) – poeta, prozaik, kompozytor, piosenkarz, twórca tekstów piosenek. Absolwent Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Zadebiutował w 1976 roku, a rok później zdobył nagrodę na Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie za utwór „Obława”. W roku 1979 rozpoczął współpracę z Przemysławem Gintrowskim i Zbigniewem Łapińskim. W momencie wprowadzenia stanu wojennego przebywał we Francji. W latach 80. dał setki koncertów na całym świecie. Wrócił do Polski w 1990 roku. Został pochowany w Alei Zasłużonych na Warszawskich Powązkach. Odznaczony Krzyżami Komandorskim i Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Jacek Kaczmarski, Między nami. Wiersze zebrane, Wydawnictwo Prószyński Media, Premiera: 19 września 2017
 
 

Jacek Kaczmarski Między nami

Jacek Kaczmarski
Między nami. Wiersze zebrane
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 19 września 2017
 

OD REDAKTORA WYDAŃ
ZBIOROWYCH POEZJI JACKA
KACZMARSKIEGO

1.

Książka, którą trzymają Państwo w rękach, to już czwarte wydanie antologii poezji Jacka Kaczmarskiego. Nie jest to jednak proste wznowienie poprzednich wersji. Niniejsza księga jest ukoronowaniem procesu, który zaczął się dokładnie trzydzieści lat temu, kiedy to przystąpiłem do tworzenia na własny użytek kompletnego zbioru poezji Jacka. Początki nie były obiecujące – przepisywałem na maszynie wiersze z opublikowanych przez podziemne wydawnictwa śpiewników tudzież spisywałem ze słuchu z nagrań z Radia Wolna Europa. Kiedy jednak w 1990 roku, po powrocie Jacka do Polski i powstaniu Pomatonu, zaczęły się pojawiać wydania śpiewników i nut poszczególnych programów, dysponowałem już bazą zawierającą większość utworów Kaczmarskiego. Na początku 1993 roku pomysłem sporządzenia antologii podzieliłem się z Tomaszem Kopciem. On zapalił się do tego pomysłu i dał Jackowi znać, że znalazł człowieka, który zebrał wszystkie jego wiersze. W ten sposób doszło do pierwszego spotkania poświęconego antologii. Szybko się okazało, że zgadzamy się z poetą we wszystkich istotnych kwestiach związanych z projektem. Wtedy też powstał skreślony ręką Jacka wstępny szkic księgi – kopię tej notatki załączamy. Na następne spotkanie przyszedłem uzbrojony w stos wydruków. Jacek odwdzięczył mi się wręczeniem maszynopisów wszystkich swoich wierszy. To wprowadziło nową jakość do mojej dalszej pracy nad całością, stając się podstawą do rozpoczęcia poważnego opracowania redakcyjnego.
Po wyjeździe Jacka do Australii sprawa antologii zaczęła żyć własnym życiem, niekontrolowanym w zasadzie przez nikogo. Przygotowany przeze mnie plik powędrował do wydawnictwa, straciłem nad nim kontrolę, a żadna z osób, które powinny się czuć zań odpowiedzialne, nie panowała nad całokształtem. Na domiar złego, każda z nich uważała, że praca redakcyjna została wykonana, bo autor naniósł przecież poprawki. Kaczmarski rzeczywiście wniósł sporo zmian, jednak kwestie czysto techniczne pozostawił korektorom. Nie chcę się wgłębiać w szczegóły, ważne, że w efekcie licznych zaniedbań pierwsze wydanie (A śpiewak także był sam…,1997) jest niestaranne, z mnóstwem literówek, błędów rzeczowych, a nawet z kilkoma błędami ortograficznymi. Mimo wszystko był to kamień milowy na drodze do realizacji projektu. Książka stała się bowiem punktem wyjścia do dalszej pracy, a jej niedoskonałości uświadomiły mi dobitnie, jak wiele jest jeszcze do zrobienia.
Wiosną 2002 roku zdiagnozowano u Jacka śmiertelną chorobę. Adam Borowski, wydawca pierwszej antologii, dowiedziawszy się o tym, postanowił ją wznowić, żeby wesprzeć poetę zarówno finansowo, jak i psychicznie. Chciał jedynie dołączyć do niej wiersze z dwóch programów, które powstały w międzyczasie (Dwie Skały i Mimochodem) i dać do druku. Stanowczo zaoponowałem, twierdząc, że pierwsza edycja zawiera zbyt dużo błędów. Jacek, do którego w tej sprawie zadzwoniłem, udzielił mi wsparcia i wspólnie przekonaliśmy Adama, że drugie wydanie będzie możliwe dopiero po wykonaniu gruntownej redakcji.
W tamtym momencie istniały dwie wersje antologii – wydanie książkowe oraz mój plik, nad którym systematycznie pracowałem. Niestety, nie obejmował on istotnych korekt naniesionych przez autora w wydawnictwie przed publikacją pierwszego wydania. Konieczne było więc scalenie obu wersji. Adam Borowski znalazł na to najlepszy możliwy sposób – przekazał plik i wydaną antologię profesjonalnemu korektorowi, który wynotował rozbieżności między tymi materiałami. Pozostało przejrzeć notatki korektora i w przypadku różnic zdecydować, którą wersję przyjąć w nowym wydaniu. Różnic tych było jednak kilkanaście tysięcy, przy czym w wielu przypadkach nawet sam autor nie był pewien, która z wersji jest lepsza. Co gorsza, Jacek czuł się bardzo źle; na moją prośbę o konsultacje odpowiedział – „Rób, Krzysiu, jak uważasz”. Wszystkie decyzje musiałem więc podjąć sam i na własną odpowiedzialność. Tak też zrobiłem, wprowadzając jednocześnie kilka bardzo istotnych zmian do układu książki – chodzi przede wszystkim o utworzenie i dodanie nowego pierwszego rozdziału. Drugie wydanie antologii, Ale źródło wciąż bije…, opublikowane zostało jesienią 2002 roku.
Kaczmarski był wyraźnie zadowolony z efektów naszej pracy, z uznaniem zaaprobował mój pomysł nowej kompozycji książki, jednak nie omieszkał wykorzystać okazji do wytknięcia kilku znalezionych literówek (np. „Chłopczyk się nudzi. Sie podpłomyk” zamiast: „Chłopczyk się nudzi. Ssie podpłomyk” ). Zrobił to oczywiście żartobliwie, ale korektorskie błędy istotnie nie były przywidzeniem. W ciągu kolejnych dziewięciu lat całość przeszła jeszcze jedną gruntowną korektę. Teksty wszystkich piosenek zostały porównane z istniejącymi wykonaniami autorskimi, zaś wszystkie wiersze jeszcze sczytałem i porównałem z maszynopisami. Dodatkowo księgę uzupełniłem o trzy nowe rozdziały: teksty utworów z opery bluesowej Kuglarze i wisielcy (do libretta Jacka Kaczmarskiego, z muzyką Jerzego Satanowskiego), zbiór okolicznościowych wierszy pod wspólnym tytułem Fraszki na pracowników RWE oraz Tunel – ostatni tomik wierszy poety, pisanych przezeń w chorobie. W efekcie powstało trzecie wydanie książki – Jacek Kaczmarski, Antologia poezji, 2012.
Właściwie natychmiast po publikacji przystąpiłem do notowania błędów korektorskich niezauważonych na wcześniejszych etapach pracy nad dziełem. Najważniejsza praca została jednak już wykonana, mogłem się więc skupić na poprawkach drobniejszych. Po raz kolejny wprowadziłem szereg zmian, porównując dostępne materiały źródłowe. W stosunku do poprzednich wydań antologii uporządkowałem także kolejność rozdziałów, status kryterium wiodącego nadałem bowiem chronologii.
Niniejsze wydanie uzupełniłem ponadto o cztery utwory wcześniej niepublikowane: Monachijskie buki i fraszkę Na Piekarza – utwory odnalezione w archiwach Radia Wolna Europa i Biblioteki Narodowej, Scenę (Wokalizę na zdarte głosy) – wiersz okolicznościowy, napisany podczas trasy koncertowej Murów w Muzeum Raju oraz Do (poemacik egocentryczny) – ironiczną poetycką autobiografię, niestety niedokończoną.

2.

Wiersze Jacka Kaczmarskiego to teksty gęste treściowo, w większości wielokrotnie śpiewane na koncertach, żyjące więc własnym życiem. Zdarzało się, że autor zmieniał jedno słowo lub też całą frazę; niekiedy rozmyślnie, czasem zupełnie niechcący. Kwestia ustalenia tzw. kanonicznej wersji tekstu jest więc sprawą poważniejszą i nie sprowadza się jedynie do porównania maszynopisu z wersją śpiewaną – szczególnie, że zarejestrowanych wykonań istnieje niekiedy kilkanaście.
Podstawowym kryterium wyboru jest szacunek dla intencji autora. Dlatego też największe znaczenie miały dla mnie konsultacje z poetą, a także wersje zapisane w autorskich maszynopisach. Odstępstwa od maszynopisu mogą mieć miejsce tylko jeśli jest po temu istotny i jednoznaczny powód. W przypadkach wątpliwych za właściwszą uznać należy wersję śpiewaną w czasach, kiedy utwór pozostawał w czynnym repertuarze poety. Wersje wczesne – albo przeciwnie, śpiewane po latach – są mniej reprezentatywne.
Żeby łatwiej było sobie wyobrazić istotę problemu, pokażmy garść przykładów. Pierwszym może być zakończenie utworu Bankiet.
W pierwszym i drugim wydaniu antologii kończy się on tak:

Przyjemnie powietrzem oddychać bez ludzi!
Idę środkiem ulicy, radość duszę rozpiera:
Tyle dla mnie znaczyło biały stół zapaskudzić
I rozwalić szczękę kelnera!

Jedyne nagrane autorskie wykonanie tego utworu, zamieszczone na płycie Bankiet, ma natomiast zakończenie następujące:

Ja nad wódką poranną przy wyziębłym bufecie,
Oni tam się wsadzają do limuzyn i aut.
Najwyraźniej nie umiem bawić się na bankiecie
I nie dla mnie ślub, pogrzeb, jubileusz czy raut.

Wersja zamieszczona w pierwszym i drugim wydaniu antologii jest pierwotną wersją – w takiej postaci tekst był śpiewany w latach 70. i tak został opublikowany w latach 80. przez paryską „Kulturę”. Potem przez lata Jacek tej piosenki nie śpiewał – aż do kwietnia 1992 roku, kiedy, przygotowując się do nagrania Bankietu, zmienił zakończenie. Ponieważ tego rodzaju sytuacji jest znacznie więcej, przyjąłem ogólną zasadę, że pierwszeństwo ma wersja częściej grana/bardziej znana/późniejsza. Wersja z Bankietu spełnia akurat wszystkie trzy powyższe kryteria, tak więc to właśnie ona powinna znaleźć się w antologii.
Śpiewany przez Przemysława Gintrowskiego (a także przez Jacka Kaczmarskiego na płycie Muzeum, 1981), utwór Czerwony autobus zawiera następujący fragment:

Że Żydzi to bezpieka!
Myślimy, że poczeka!
Myślimy, że poczeka!
Myślimy, że poczeka! Na Nas raj!

Potem, już na emigracji, Jacek przerobił ten tekst, wzmocnił go:

Że Żydzi to bezpieka!
Więc na co jeszcze czekasz!
Więc na co jeszcze czekasz!
Więc na co jeszcze czekasz! W mordę daj!

Wersja późniejsza i zarazem częściej grana to zatem wersja druga – i dlatego ona właśnie zasługuje na status wersji kanonicznej.
W Artystach funkcjonują dwie wersje wersu:

A tam druty, tortury, obozy
i

Adam, druty, tortury, obozy

Dziś wersja druga nieco zatraciła swą czytelność, ale to ona jest pierwotna i tak była śpiewana ta piosenka w czasach swej świetności.
W innym miejscu utworu Artyści jest:

Ustawiając na biurkach, w requiemach i trenach
Statuetki z białego marmuru.

Później Jacek udosłownił ten fragment:

Ustawiając na biurkach, w requiemach i trenach
Statuetki Człowieka z marmuru.

Dzięki temu młodsi słuchacze łatwiej mogą wychwycić aluzję do znanego reżysera, jednak pierwsza wersja jest częściej grana, jak również pochodzi z czasów, kiedy utwór należał do czynnego repertuaru koncertowego Jacka.
W Encore, jeszcze raz funkcjonują dwie wersje belek z ostatniej zwrotki:

Nic nie ma za tą ścianą z wielkich ciemnych belek

i

Nic nie ma za tą ścianą z wielkich czarnych belek

ale to akurat drobiazg.
Ciekawsza jest zmiana w Obławie. Otóż na płycie Krzyk słyszymy:

Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las

Po napisaniu dwóch kolejnych części Obławy (1983) autor poprawił na:

Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w obcy las

dzięki temu otworzył pętelkę do Obławy z helikopterów:

Obce lasy przemierzam
(albo „przebiegam” – też dwie wersje).

Kolejny przykład dotyczy nie tylko wyboru konkretnej wersji, ale jest też doskonałą ilustracją niesamowitej zdolności poezji do zrównywania treści wyrażeń pozornie przeciwstawnych. Wiersz wymusza bowiem na w miarę świadomym odbiorcy całą masę skojarzeń; opalizuje feerią znaczeń, wprowadza nastrój, który ma ogromny wpływ na odbiór całości, posiada element magiczny czy metafizyczny wręcz, zawierając znaczną część swojej ekspresji poza tym co w nim stematyzowane. W związku z powyższym zamiana jednego słowa czy nawet odwrócenie jakiegoś znaczenia dosłownego nie musi nadawać wierszowi nowego, innego sensu.
Fragment utworu Błędy wróżbitów:

Uwierzcie zgrzybiałym wróżbitom,
Bo zawsze mieć będą rację…
Oni życie oddali
Wyobrażeń orbitom,
Licząc tylko na – próżni – owację.

I wersja druga:

Nie wierzcie zgrzybiałym wróżbitom,
Choć zawsze mieć będą rację…
Oni życie oddali
Wyobrażeń orbitom,
Licząc tylko na – próżni – owację.

Pozornie odbiorca wzywany jest do przeciwstawnych optyk – raz ma wierzyć wróżbitom, raz znów im nie wierzyć! A jednak między sensem podanych dwóch wersji tej samej zwrotki nie ma istotnej różnicy. Druga wersja jest nieco bardziej przekorna, trudniejsza, jednak aura, a także cały zestaw treści i sensów, który utwór budzi w odbiorcy, pozostają te same – właśnie dlatego, że meritum wiersza nie tylko nie ogranicza się do części zwerbalizowanej, ale ta ostatnia jest wręcz dalszoplanowa.
W przypadku zacytowanego fragmentu tekstu Błędów wróżbitów zmiany dokonał sam poeta na etapie redakcji pierwszego wydania. Jednak jedyne opublikowane wykonanie tego utworu śpiewane jest w wersji pierwotnej i to ona właśnie funkcjonuje w świadomości odbiorców. Z tą argumentacją, przemawiającą za wybraniem ostatecznie wersji pierwotnej, zgodził się zresztą sam autor.

(…)
Krzysztof Nowak

PRZYBYCIE TYTANÓW

BALLADA PARANOIKA


Myśląc i pracując oraz płacąc drogo,
Założyli nam lampy na prąd i gaz,
Lecz nie po to, byśmy my mogli widzieć kogoś,
Lecz po to, by ktoś mógł widzieć nas.
Idąc tak dalej raz obraną drogą,
Dali telefony nam w krótki czas,
Lecz nie po to, byśmy my mogli słyszeć kogoś,
Lecz po to, by ktoś mógł słyszeć nas.
Plan swój wykańczając, jeszcze nam dodali
Gry różne, w których udział mamy brać,
Lecz nie po to, byśmy my z kimkolwiek grali,
Lecz po to, by ktoś mógł – nami grać.
1973

BALLADA O DRAPIEŻNEJ BESTII

W naszym cyrku, co długo dorabiać się musiał,
Wreszcie mamy numer na sto dwa!
Wszyscy ludzie siedzą cichuteńko jak trusie –
Treser wkłada głowę w paszczę lwa.

Ha, ha! Ha, ha!
Głowę w paszczę lwa.

Gdy już włoży czuprynę między kły błyszczące –
Uniesienie, wiwaty, grom braw.
Podziw wielki dla mistrza, uwielbienie gorące –
Bestia przecież drapieżna aż strach!

Ach, ach! Ach, ach!
Drapieżna aż strach.

Zaś po każdym spektaklu lew zamyśla się srodze:
„Może odgryźć mu wreszcie ten łeb?”,
Ale w czas przedstawienia trzyma nerwy na wodzy,
Na bicz zerka i stygnie w nim krew…

Ech, ech… Ech, ech…
Stygnie w nim krew.

Tak wahając się ciągle, raz potulny, raz zły,
Zobojętniał na ludzkie lew wrzaski
I zapomniał na koniec, że w ogóle ma kły…
A treser wciąż zbiera oklaski!

Lew zapomniał na koniec, że w ogóle ma kły,
A treser wciąż zbiera oklaski!
1973

BALLADA O WESOŁYM MIASTECZKU

Za rękę prowadzony,
Gdzie szyldy i neony,
Patrzyłem z zachwytem na świat dokoła mnie.
Tu lody i cukierki,
Tam piwo i serdelki,
Z głośników zaś strażacka orkiestra w trąby dmie.
I ludzie tacy żywi,
I wszyscy są szczęśliwi,
I czuję niejasno, że też ze szczęścia drżę…
Chcę śmiać się, cieszyć, gadać
I bawić się, lecz nadal
Za rękę mnie prowadzą i jeszcze nie wiem gdzie.

Wesołe miasteczko! Tu słońca z tektury
Wciąż skrzą się światłością żarówek tysiąca.
I wtedy, gdy niebo zaciągną burz chmury,
I wtedy, gdy nie ma już słońca.
W wesołym miasteczku w powietrzu jest radość,
Tu ten dziś się śmieje, kto wczoraj chciał łkać.
I nigdy tym śmiechom nie stanie się zadość,
Nawet kiedy nie będzie już z czego się śmiać.

Gabinet krzywych luster –
Znikają oczy, usta,
A za to rosną uszy i ogromnieje brzuch!
A obok już inaczej –
Twarz cała jakby płacze
I tułów pokręcony, wystarczy tylko ruch.
A potem karuzela
I coraz szybciej, śmielej,
I już mi nie przeszkadza, że ciągle w kółko gna!
Pod niebem z ziemi szydzę
I świat pod sobą widzę,
I wiatr mi świszcze w uszach, orkiestra marsza gra!

Wesołe miasteczko! Tu słońca z tektury
Wciąż skrzą się światłością żarówek tysiąca.
I wtedy, gdy niebo zaciągną burz chmury,
I wtedy, gdy nie ma już słońca.
W wesołym miasteczku w powietrzu jest radość,
Tu ten dziś się śmieje, kto wczoraj chciał łkać.
I nigdy tym śmiechom nie stanie się zadość,
Nawet kiedy nie będzie już z czego się śmiać.

Gdy spłynę już spod nieba,
Na ziemi stanąć trzeba –
Niełatwo; zamęt w głowie, kolana dziko drżą.
Strzelnica się podsuwa,
Więc staję, biorę spluwę.
Pojawia się sylwetka – niweczę strzałem ją!
Ktoś obok w cieniu stoi,
Podsuwa mi naboje,
Ja mierzę, strzelam, mierzę i strzelam raz po raz!
Wyjmuje ktoś spod lady
Ordery z czekolady
I dla mnie – rozgrzanego – już przestał istnieć czas…

Wesołe miasteczko! Tu słońca z tektury
Wciąż skrzą się światłością żarówek tysiąca.
I wtedy, gdy niebo zaciągną burz chmury,
I wtedy, gdy nie ma już słońca.
W wesołym miasteczku w powietrzu jest radość,
Tu ten dziś się śmieje, kto wczoraj chciał łkać.
I nigdy tym śmiechom nie stanie się zadość,
Nawet kiedy nie będzie już z czego się śmiać.

Więc rzucam broń i pędzę!
Gdzie – nie wiem – byle prędzej,
Orkiestrą huczy głowa, a w skroniach tętni krew!
I widzę beczkę śmiechu –
Wskakuję bez oddechu,
Wiruję! Wpadam w otchłań! I nie ma mnie!
Jest śmiech.
1975