Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„Złoty dom Goldenów” to współczesna amerykańska epopeja rozgrywająca się na tle niedawnych i aktualnych wydarzeń, triumfalny powrót Rushdiego do powieści realistycznej.


Złoty dom GoldenówAkcja „Złotego domu Goldenów” rozpoczyna się w dniu inauguracji prezydentury Baracka Obamy – w Nowym Jorku osiedla się tajemniczy cudzoziemiec, miliarder Neron Golden.

Razem z osobliwym imieniem, nieokreślonym akcentem i aurą niebezpieczeństwa przywozi ze sobą trzech dorosłych synów, ale ani jednej żony lub kochanki.

Przewodnikiem po imperium Goldenów, powoli wikłającym się w sieć rodzinnych intryg, sekretów i zbrodni, jest młody filmowiec, ich sąsiad, któremu zbliżenie do ekscentrycznej rodziny pozwala stać się mężczyzną.

Tymczasem kampanię prezydencką rozpoczyna pewien bezwzględnie ambitny, narcystyczny arogant z makijażem i farbowanymi włosami, postać jakby wyjęta z komiksu.

„Złoty dom Goldenów” to współczesna amerykańska epopeja rozgrywająca się na tle niedawnych i aktualnych wydarzeń i niezrównana powieść o tożsamości, prawdzie, trwodze i kłamstwach w nowym świecie prawd alternatywnych.

Salman Rushdie urodził się w 1947 roku w Indiach. Od czternastego roku życia mieszkał w Wielkiej Brytanii, potem także w Stanach Zjednoczonych. Jest absolwentem Cambridge. Zadebiutował w 1974 roku powieścią Grimus. Międzynarodową sławę przyniosły mu dopiero opublikowane w 1981 roku Dzieci północy, które zdobyły Nagrodę Bookera, a następnie w roku 1993 Bookera Bookerów i w roku 2008 Best of the Booker. Rushdie jest laureatem wielu nagród literackich. W 1988 roku ukazały się Szatańskie wersety – jego najsłynniejsza powieść. W 2006 roku odwiedził Polskę. Królowa Elżbieta II nadała mu w 2007 roku szlachectwo.

Salman Rushdie
Złoty dom Goldenów
Przekład: Jerzy Kozłowski
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 21 listopada 2017
 
 

Złoty dom Goldenów


Część pierwsza

1

W dniu inauguracji nowego prezydenta, gdy się martwiliśmy, że ktoś go może zamordować, idącego za rękę ze swoją nadzwyczajną żoną wśród rozentuzjazmowanych tłumów, gdy tylu z nas stało na krawędzi finansowej ruiny po pęknięciu bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości i gdy Izis kojarzyła się jedynie z egipską boginią matką, do Nowego Jorku z trzema synami półsierotami przybył niekoronowany siedemdziesięciokilkuletni władca z odległego kraju, by zamieszkać w pałacu swego wygnania, zachowując się, jak gdyby wszystko było w porządku z tym krajem, z tym światem oraz z jego własną przeszłością. Zaczął sprawować rządy nad okolicą niczym łaskawy cesarz, chociaż pomimo uroczego uśmiechu i biegłości w grze na skrzypcach Guadagniniego z tysiąc siedemset czterdziestego piątego bił od niego ciężki, tani zapach, charakterystyczna woń prymitywnego, apodyktycznego niebezpieczeństwa, woń, która ostrzegała: uważaj na tego gościa, bo w każdej chwili może zażądać twojej egzekucji, jeśli na przykład nie spodoba mu się twoja koszula albo jeśli zechce się przespać z twoją żoną.
Następnych osiem lat, dwie kadencje czterdziestego czwartego prezydenta, to także czas coraz bardziej nieobliczalnego i niepokojącego panowania nad nami mężczyzny, który nazywał siebie Neronem Goldenem, a który tak naprawdę nie był żadnym władcą i którego koniec uwieńczył wielki – i apokaliptyczny, mówiąc w przenośni – ogień. Ów starszy mężczyzna był niski, można nawet rzec przysadzisty, i zaczesywał włosy, mimo zaawansowanego wieku wciąż przeważająco ciemne, do tyłu, by uwydatnić ich linię nad czołem w kształcie litery „V”. Oczy miał czarne, o przeszywającym spojrzeniu, tym jednak, co przykuwało uwagę w pierwszej kolejności – często podwijał rękawy koszuli, żeby wszyscy na pewno zauważyli – były jego przedramiona, grube i silne jak u zapaśnika, z dużymi, niebezpiecznymi dłońmi, których palce zdobiły masywne złote pierścienie wysadzane szmaragdami. Niewielu słyszało, żeby kiedykolwiek podnosił głos, nie mieliśmy jednak wątpliwości, że czai się w nim wielka wokalna moc, której lepiej nie uwalniać. Ubierał się w rzeczy drogie, ale było w nim coś krzykliwego, zwierzęcego, co przywodziło na myśl baśniową Bestię skrępowaną w ludzkich fatałaszkach.
My wszyscy, którzy byliśmy jego sąsiadami, baliśmy się go bardziej niż tylko trochę, pomimo jego teatralnych, nieporadnych prób zachowywania się w sposób towarzyski i życzliwy – wymachiwał do nas laską jak oszalały i nalegał, żebyśmy wpadali do niego na koktajle o niedogodnych porach. Gdy stał lub chodził, pochylał się do przodu, lekko zgięty w pasie, ale nie przesadnie, jak gdyby wiecznie się zmagając z silnym wiatrem, który czuł tylko on. Był to człowiek potężny; nie, więcej – człowiek głęboko zakochany w idei swojej potęgi. Laska pełniła raczej funkcję dekoracyjną i ekspresywną niż praktyczną. Gdy przechadzał się po Ogrodach, usiłował sprawiać wrażenie, że stara się z nami zaprzyjaźnić. Często wyciągał rękę, żeby poklepać po głowie psa lub zmierzwić włosy dziecku. Jednak dzieci i psy cofały się przed jego dotykiem. Czasem, gdy go obserwowałem, przypominał mi monstrum doktora Frankensteina, owo symulakrum istoty ludzkiej, które nijak nie potrafiło wyrazić prawdziwego człowieczeństwa. Cerę miał smagłą, a uśmiech lśnił złotymi plombami. Zachowywał się hałaśliwie i nie do końca kulturalnie, był jednak bajecznie bogaty, a więc, rzecz jasna, został przez nas zaakceptowany, lecz w naszej nowojorskiej społeczności artystów, muzyków i pisarzy, ogólnie rzecz biorąc, nikt za nim nie przepadał.
Powinniśmy się byli domyślić, że człowiek, który przybrał imię ostatniego rzymskiego cesarza z dynastii julijsko-klaudyjskiej, a następnie zainstalował się w swoim domus aurea, publicznie przyznaje się do obłędu, niegodziwości, megalomanii i nadchodzącej zguby, co więcej, śmieje się temu wszystkiemu w twarz; że taki człowiek rzuca rękawicę przeznaczeniu i pstryka palcami pod zbliżającym się nosem Kostuchy, wykrzykując: „Tak! Porównujcie mnie sobie do woli z tym potworem, który kazał oblewać chrześcijan smołą i podpalać ich żywcem, by rozświetlali w nocy jego ogrody! Który grał na lirze, gdy palił się Rzym (nie na skrzypcach, bo wtedy ich jeszcze nie było)! Tak: nadaję sobie imię Nerona, z domu Cezara, ostatniego z tej krwawej linii, i myślcie sobie, co chcecie. Mnie się to imię po prostu podoba”. Dyndał nam przed nosami swoją bezecnością, upajał się nią, rzucał nam ją w twarz, pełen pogardy dla naszej zdolności pojmowania, przekonany, że jest w stanie z łatwością rozprawić się z każdym, kto przeciw niemu wystąpi.
Przybył do miasta jak jeden z owych zdetronizowanych europejskich monarchów stojących na czele obalonych dynastii, którzy wciąż dodawali do imion pompatyczne honorowe tytuły „król Grecji”, „król Jugosławii”, „król Włoch” i którzy traktowali ów cierpki przedrostek „eks”, jak gdyby ten nie istniał. Jego sposób bycia zdawał się mówić, nie jestem jakimś tam ekskrólem; majestat przejawiał się u niego we wszystkim, w koszulach o sztywnych kołnierzach, w spinkach do mankietów, w szytych na miarę angielskich butach, w szybkości, z jaką podchodził do drzwi, wiedząc, że ktoś je przed nim otworzy; także w podejrzliwej naturze, przez którą codziennie konferował z każdym synem oddzielnie, by ich wypytać, co mówią o nim pozostali bracia; w limuzynach, w upodobaniu do hazardu, w pingpongowym serwie nie do odebrania, w słabości do prostytutek, whiskey i faszerowanych jajek oraz często powtarzanego powiedzenia – ulubionego dictum władców absolutnych od Cezara po Hajle Sellasjego – że jedyną cnotą, o którą warto dbać, jest lojalność.
Często zmieniał telefony komórkowe, prawie nikomu nie podawał numeru i nie odbierał, gdy telefon dzwonił. Zabraniał wstępu do swojego domu dziennikarzom i fotografom, lecz często gościło u niego dwóch mężczyzn z kręgu kumpli od pokera, siwowłosych lubieżników widywanych zazwyczaj w jasnobrązowych skórzanych kurtkach i fularach w kolorowe paski, których powszechnie podejrzewano o zamordowanie bogatych żon, chociaż w jednym przypadku nie postawiono żadnych zarzutów, a w drugim zarzuty się nie utrzymały.
W kwestii własnej nieobecnej żony milczał. W jego domu ozdobionym licznymi fotografiami, o ścianach i gzymsach kominków zamieszkanych przez gwiazdy rocka, laureatów Nagrody Nobla i arystokratów, nie było ani jednego wizerunku pani Golden czy jak tam owa kobieta się nazywała. Najwyraźniej doszło do jakiejś kompromitacji, a my, przyznaję ze wstydem, plotkowaliśmy i snuliśmy spekulacje, wyobrażając sobie skalę i zuchwalstwo jej niewierności, przedstawialiśmy ją sobie jako wysoko urodzoną nimfomankę o życiu erotycznym bogatszym niż u gwiazd filmowych, przy czym o jej przygodach słyszeli wszyscy oprócz męża, którego oczy, zaślepione miłością, cały czas wpatrywały się w nią z uwielbieniem, wierzył bowiem, że jest kochaną i wierną żoną z jego marzeń, aż do owego strasznego dnia, gdy przyjaciele powiedzieli mu prawdę, przyszli do niego całą grupą, a on jak się nie wścieknie! jak nie zacznie im wymyślać!, wyzywać od łgarzy i zdrajców, i musiało go przytrzymać siedmiu mężczyzn, żeby nie zrobił krzywdy tym, którzy zmusili go do spojrzenia prawdzie w oczy, aż w końcu to uczynił, pogodził się z rzeczywistością, wygnał żonę ze swojego życia i zabronił jej widywania się z synami. „Zła kobieta”, przekazywaliśmy sobie, uważając się za światowców, i wersja ta nas satysfakcjonowała, nie drążyliśmy jej, będąc, prawdę powiedziawszy, bardziej zaabsorbowani swoimi sprawami, problemami N.J. Goldena zainteresowani tylko do pewnego stopnia. Odwróciliśmy się i zajęliśmy własnym życiem.
Jak bardzo się myliliśmy.

2

Czym jest dobre życie? Co jest jego przeciwieństwem? Na te pytania dwie różne osoby nie podadzą takiej samej odpowiedzi.
W tych naszych tchórzliwych czasach odrzucamy wielkość rzeczy uniwersalnych, manifestujemy natomiast i gloryfikujemy nasze małe lokalne fanatyzmy, w związku z czym nie możemy osiągnąć porozumienia w zbyt wielu sprawach. W tych naszych zdegenerowanych czasach ludzie oddani jedynie próżności i osobistemu zyskowi – puste, napuszone indywidua, które nie cofną się przed niczym, o ile służy to ich małostkowym celom – będą się mienić wielkimi przywódcami i łaskawcami, którzy działają na rzecz powszechnego dobra, i nazywać swoich przeciwników kłamcami, idiotami, sztywniakami, kanaliami i, odwracając kota ogonem, ludźmi nieuczciwymi i skorumpowanymi. Jesteśmy tak bardzo podzieleni, tak wrodzy wobec siebie, tak zaślepieni moralizatorstwem i pogardą, tak zatraceni w cynizmie, że nazywamy naszą przemądrzałość idealizmem, jesteśmy tak rozczarowani rządzącymi, tak chętni do szydzenia z instytucji naszego państwa, że już samo słowo „dobroć” zostało pozbawione znaczenia i być może należy je na jakiś czas odstawić, podobnie jak wszystkie inne zatrute wyrazy, na przykład „duchowość”, na przykład „ostateczne rozwiązanie” oraz (przynajmniej w odniesieniu do drapaczy chmur i frytek*) „wolność”.

* Nawiązanie do Freedom Tower, czyli Wieży Wolności, jak początkowo nazywano 1 World Trade Center powstały w miejscu zniszczonych 11 września 2001 roku biurowców World Trade Center, oraz do freedom fries, jak (bez powodzenia) próbowano w Stanach Zjednoczonych przemianować frytki (ang. French fries) w odwecie za francuski sprzeciw wobec wojny w Iraku w 2003 roku (wszystkie przypisy tłumacza).

Lecz owego mroźnego dnia w styczniu dwa tysiące dziewiątego, gdy enigmatyczny siedemdziesięciokilkulatek, którego poznaliśmy jako Nerona Juliusza Goldena, zajechał limuzyną Daimler do Greenwich Village z trzema potomkami płci męskiej, bez śladu żony, miał on przynajmniej wyrobione zdanie na temat tego, jak cenić uczciwość i jak odróżniać działania słuszne od nagannych.
– W moim amerykańskim domu – oznajmił w limuzynie słuchającym go uważnie synom, gdy jechali z lotniska do swej nowej rezydencji – moralność będzie podlegała parytetowi złota.
Nie wyjaśnił, co dokładnie ma na myśli: czy to, że moralność jest szalenie cenna, czy że bogactwo określa moralność, czy raczej to, że on, ze swoim nowym złotym nazwiskiem, będzie osobiście arbitrem tego, co dobre, a co złe, młodsi Juliusze (wszyscy trzej woleli tę nazwę cesarskiego rodu od „Goldenów”: skromnością raczej nie grzeszyli!) z wieloletniego synowskiego przyzwyczajenia nie prosili zaś o wyjaśnienia. Najmłodszy z całej trójki, flegmatyczny dwudziestodwulatek z włosami opadającymi pięknymi falami na ramiona i twarzą gniewnego anioła, zadał wszak jedno pytanie:
– Co mamy mówić – zwrócił się do ojca – gdy będą pytać, skąd jesteśmy?
Oblicze starca przybrało szkarłatny odcień wzburzenia.
– Już wam odpowiadałem na to pytanie – zawołał. – Mówcie, że mamy gdzieś te ich przesłuchania. Mówcie, że jesteśmy wężami, które zrzuciły skórę. Mówcie, że właśnie się przeprowadziliśmy z Carnegie Hill. Mówcie, że się urodziliśmy wczoraj. Mówcie, że zostaliśmy wyczarowani albo że przylecieliśmy z okolic alfa Centauri na pokładzie statku kosmicznego ukrytego w ogonie komety. Powiedzcie, że jesteśmy znikąd, skądkolwiek lub skądś, że jesteśmy postaciami fikcyjnymi, jesteśmy oszustami, wymysłami, istotami zmiennokształtnymi, inaczej mówiąc: Amerykanami. Nie podawajcie im nazwy miejsca, które opuściliśmy. Nigdy jej nie wymieniajcie. Ani ulicy, ani miasta, ani kraju. Nie chcę już słyszeć tych słów.
Wyłonili się z samochodu w starym sercu Greenwich Village, na Macdougal Street nieco na południe od Bleecker Street, niedaleko włoskiej kawiarni z dawnych czasów, która chyba cudem wciąż jakoś przędła, i nie zwracając uwagi na klaksony aut z tyłu i wyciągnięte błagalnie ręce co najmniej jednego brudnego żebraka, zostawili limuzynę z pracującym silnikiem na środku ulicy, sami zaś bez pośpiechu wyładowywali z niej bagaże – nawet starzec się uparł, że będzie dźwigać swoją walizkę – i przenieśli je do okazałego secesyjnego budynku po wschodniej stronie ulicy, dawnej rezydencji Murrayów, od tej pory nazywanej domem Goldenów. (Jedynie najstarszy syn, ten, który nie lubił przebywać na zewnątrz, nosił bardzo ciemne okulary i miał zatrwożony wyraz twarzy, sprawiał wrażenie, że się dokądś spieszy). Zajechali więc pod dom tak, jak zamierzali w nim mieszkać – nieskrępowanie, z pogardliwą obojętnością wobec sprzeciwów innych.
Rezydencja Murrayów, najbardziej imponująca budowla w Ogrodach, stała w zasadzie niezamieszkana przez wiele lat, nie licząc administratorki, wyjątkowo opryskliwej pięćdziesięciokilkuletniej Amerykanki włoskiego pochodzenia, i mieszkającej z nią równie nieprzyjemnej, choć dużo młodszej asystentki i kochanki. Często snuliśmy domysły na temat tożsamości właściciela domu, ale groźne strażniczki domostwa nie zamierzały zaspokoić naszej ciekawości. Były to jednak lata, kiedy wielu arcybogatych obywateli świata kupowało nieruchomości po to tylko, żeby je mieć, i pozostawiało puste rezydencje rozsiane po całym globie jak wyrzucone buty, przypuszczaliśmy więc, że chodzi zapewne o jakiegoś rosyjskiego oligarchę albo szejka naftowego, i ze wzruszeniem ramion przywykliśmy traktować ten niezamieszkany dom tak, jakby go tam nie było. Z budynkiem tym związana była jeszcze jedna osoba, niejaki Gonzalo, Latynos i złota rączka o złotym sercu, zatrudniony przez dwie smoczyce-strażniczki do prac konserwacyjnych, i niekiedy, gdy miał trochę wolnego czasu, zapraszaliśmy go do swoich domów, żeby usuwał usterki elektryczne i hydrauliczne lub pomagał odśnieżać dachy i schody w czasie zimy. Wykonywał te usługi z uśmiechem w zamian za drobne sumki wsuwane mu dyskretnie w dłoń.
Macdougal–Sullivan Gardens Historic District – by podać pełną i nazbyt rozwlekłą nazwę naszej dzielnicy, w skrócie Gardens, Ogrody – była zaczarowaną, wolną od strachu przestrzenią, w której mieszkaliśmy i wychowywaliśmy nasze dzieci, miejscem szczęśliwego odpoczynku od rozczarowanego, przesyconego strachem świata poza jej granicami, i nie wstydziliśmy się, jak bardzo kochamy to miejsce. Budynki pierwotnie wzniesione na Macdougal i Sullivan Street w latach czterdziestych dziewiętnastego wieku w stylu klasycystycznym przebudowano w latach dwudziestych minionego stulecia na styl kolonialny pod okiem architektów, których zatrudnił niejaki William Sloane Coffin, przedsiębiorca trudniący się handlem meblami i dywanami, i w tym właśnie okresie działki na tyłach domów połączono, by stworzyć wspólny ogród graniczący od północy z Bleecker Street, od południa z Houston Street i zarezerwowany wyłącznie dla mieszkańców wychodzących nań domów. Rezydencja Murrayów była kuriozum, budynkiem pod wieloma względami zbyt okazałym jak na tę dzielnicę, wytwornym pałacykiem pierwotnie wzniesionym dla prominentnego bankiera Franklina Murraya i jego żony Harriet Lanier Murray w latach 1901–1903 przez firmę architektoniczną Hoppin & Koen, która, żeby zrobić miejsce pod nową budowę, zburzyła dwie nieruchomości wzniesione w tysiąc osiemset czterdziestym czwartym przez kupca Nicholasa Lowa. Rezydencja miała być wyszukana i modna, zaprojektowana w duchu francuskiego renesansu, w stylu, w którym Hoppin i Koen mieli spore doświadczenie uzyskane najpierw w École des Beaux-Arts, a potem w czasie pracy dla firmy McKim, Mead & White. Jak dowiedzieliśmy się później, Golden kupił tę posesję na początku lat osiemdziesiątych. Od dawna szeptano w Ogrodach, że właściciel wpada do domu może na dwa dni w roku, ale nikt z nas nigdy go nie widział, chociaż czasem w nocy rozświetlonych było więcej okien niż zwykle i – ale to bardzo rzadko – za roletami rysował się cień, miejscowe dzieciaki uznały więc, że w pałacyku straszy, i trzymały się od niego z daleka.
Szerokie frontowe drzwi tego właśnie domu stały otworem owego styczniowego dnia, gdy limuzyna Daimlera wypluła Goldenów, ojca i synów. Na progu stał komitet powitalny, dwie smoczyce, które przygotowały wszystko na przyjazd pana. Neron i jego synowie weszli do środka i zastali tam świat kłamstw mający od tej pory być ich mieszkaniem: nie lśniącą od nowości, ultranowoczesną rezydencję dla zamożnej cudzoziemskiej familii, która stopniowo przejmuje ją w posiadanie, w miarę jak rozwija się jej nowe życie, pogłębiają związki z miastem, mnożą doświadczenia – nie! – raczej miejsce, w którym od co najmniej dwudziestu lat Czas stał w miejscu, spoglądając obojętnie na porysowane biedermeiery, powoli blaknące dywany i lampy z płynnym woskiem kupione na fali mody na lata sześćdziesiąte, i z łagodnym rozbawieniem prześlizgiwał się wzrokiem po namalowanych przez same „dobre nazwiska” portretach młodszego Nerona Goldena z nowojorskimi ikonami: René Ricardem, Williamem Burroughsem, Debbie Harry, a także z tuzami finansjery i członkami starych elitarnych rodów o uświęconych tradycją nazwiskach, takich jak Luce, Beekman i Auchincloss. Przed kupnem tego domu Neron był właścicielem przestronnego, wysokiego apartamentu na rogu Broadway i Great Jones Street, prawie trzysta metrów kwadratowych, i w zamierzchłej młodości dopuszczano go na obrzeża Fabryki, gdzie przesiadywał niezauważany i wdzięczny w kręgu młodych krezusów, takich jak Si Newhouse i Carlo De Benedetti, ale to było dawno temu.
W domu znajdowały się teraz pamiątki z tamtych czasów, a także z późniejszych wizyt w latach osiemdziesiątych. Większość mebli przechowywano w magazynie i zmaterializowanie się tych przedmiotów z dawniejszego życia przywodziło na myśl ekshumację, sugerowało ciągłość, której pozbawione były historie mieszkańców. Tak więc dom ten zawsze wydawał nam się piękną podróbką. Przekazywaliśmy sobie po cichu słowa Prima Leviego: „Przewaga nierzeczywistości nad rzeczywistością to oczywisty skutek wygnania, wykorzenienia”*.

* Fragment Rozejmu Prima Leviego w przekładzie Krzysztofa Żaboklickiego.