Książka Krzysztofa Potaczały „To nie jest miejsce do życia” to nie tylko historia czasów powojennych. Opowieść zaczyna się w latach trzydziestych dwudziestego wieku, kończy zaś na latach sześćdziesiątych.


To nie jest miejsce do życiaOperację, o której opowiada ten reportaż nazwano w kręgach władzy poprawianiem granicy.

W 1951 roku na życzenie Stalina Polska zrzekła się części terenów nadbużańskich, otrzymując w zamian fragment Bieszczadów.

W wyniku polsko-sowieckiej umowy przymusowo przesiedlono kilkadziesiąt tysięcy ludzi – Polaków i Ukraińców związanych od pokoleń ze swoją ziemią. Pierwsi zamienili równiny na góry, drudzy – góry na bezkresne stepy. Jednych rzucono do zapadłych krytych strzechą chat, innym kazano budować lepianki. Polaków i Ukraińców połączył wspólny wysiedleńczy los.

Ale książka Krzysztofa Potaczały to nie tylko historia czasów powojennych. Opowieść zaczyna się w latach trzydziestych dwudziestego wieku, kończy zaś na latach sześćdziesiątych.

Opierając się na ustnych świadectwach, autor opisuje pogmatwane losy wielokulturowej społeczności na polskich kresach, naznaczone licznymi podziałami, których dziedzictwo trwa do dzisiaj.

Krzysztof Potaczała – dziennikarz niezależny, reporter. Publikuje w prasie ogólnopolskiej i regionalnej. Dotąd wydał: „KSU. Rejestracja buntu” – biografia zespołu uważanego za jednego z prekursorów polskiego punk rocka, „Bieszczady w PRL-u”, „Bieszczady w PRL-u 2”, „Bieszczady w PRL-u 3” – reportaże z okresu Polski Ludowej. Mieszka w Ustrzykach Dolnych.

Krzysztof Potaczała
To nie jest miejsce do życia. Stalinowskie wysiedlenia znad Bugu i z Bieszczad
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 26 października 2017
 
 

To nie jest miejsce do życia


Stało się to w Moskwie. Stalin sięgnął po pióro i zakreślił na mapie teren, który chciał zakreślić. Był rok 1950.

Wojna nad Bugiem skończyła się sześć lat wcześniej. W nowych granicach, wytyczonych podobno raz na zawsze, ludzie próbowali zabliźniać rany i sklejać popękane życie: dzień do dnia, miesiąc do miesiąca. To już nie był niegdysiejszy, wielokulturowy mikroświat, ale znowu terkotały maszyny w warsztatach, zewsząd dochodził odgłos kowalskich młotów, a wieczorami gospodarze przesiadywali na przyzbach, spoglądając sennie w niebo.
Ziemia, jak dawniej, była hojna i z naddatkiem darowała to, czego w wojenny czas, z przymusu porzucona lub z niemocy zaniedbana – nie mogła. Tłusta i wierna, ziemia, której zazdrościła Polsce cała Europa. Po latach więc znowu zaświeciło słońce – na tej płaszczyźnie przyklejonej do Bugu i Sołokii, gdzie, jak mawiali z dumą miejscowi, pomidory rosły „niemal tak wielkie jak dynie”, a pszenica z łatwością „kryła dorosłego chłopa”.
Odtąd miało być tylko lepiej.

Rozdział I
My, z czarnej ziemi

Zarówno przed pierwszą, jak i drugą wojną Polacy w Bełzie byli najmniejszą nacją. Więcej mieszkało w nim Ukraińców, ale zdecydowanie dominowali Żydzi. W XVIII wieku Bełz stał się ważnym ośrodkiem chasydyzmu, a rodzimi cadycy największymi autorytetami wśród galicyjskich Żydów. W sąsiednich miejscowościach miasteczko określano szyderczo „żydowskim”, mimo że miało swoją Matkę Bożą z kościoła na Zameczku (kopię obrazu z klasztoru w Częstochowie), do której pielgrzymowali zewsząd rzymskokatoliccy wierni. To dzięki tej Madonnie tutejsi Polacy czuli się wyróżnieni, choć z podobnym namaszczeniem czcili ją ukraińscy grekokatolicy.
Z czasem do grodu nad Sołokiją zaczęli ciągnąć ludzie spoza Galicji, a nawet z centralnej i południowej Europy. Któregoś dnia 1912 roku przybyli nawet bracia Jerome i Jean Tharaud. Francuscy pisarze chcieli zrozumieć, na czym polega fenomen kultu maryjnego w kresowej mieścinie, ale Bełz uderzył ich przede wszystkim nędzą i brudem. Zapamiętane obrazy przywołali w wydanej pięć lat później książce Cień Krzyża. W rozmaite święta, na przykład Rosz ha-Szana1, liczniej zjeżdżali również Żydzi. Z niewielkiego dworca kolejowego szli objuczeni tobołami do śródmieścia trzystumetrowym szlakiem prowadzącym korytem rzeki. Drewnianymi schodkami docierali do rynku, gdzie grzęzły w błocie furmanki i gdzie wałęsał się hałaśliwy tłum żebraków – od dzieci po starców. „Ale prawdziwym świętym miejscem Bełza był nie Rynek, lecz plac położony kilka kroków dalej – równie zabłocony, z drewnianymi chodnikami. Stał na nim budynek Talmud-Tory z pałacem rabinów. Jego dwie kondygnacje wprawiały w zdumienie w tym małym miasteczku, zbudowanym równo z ziemią. W głębi placu wznosiła się Wielka Synagoga ozdobiona fantastyczną attyką, a obok niej bejt midrasz2, który pełnił jednocześnie rolę biblioteki, jadłodajni i noclegowni dla pielgrzymów”3 – piszą autorzy projektu Shtetl Routes, przywracający pamięć o przedwojennych żydowskich miasteczkach na wschodnim pograniczu.
W centrum Bełza mieszały się języki i zapachy. W targową środę brzęczały pieniądze, rżały konie, ryczało bydło. Wyroby własnej produkcji zachwalali bednarze i kołodzieje, obok uwijali się szewcy i krawcy, na miejscu zdejmujący miarę na wymarzone buty lub wyśniony garnitur. Dzień wydawał się wtedy dłuższy niż inne, a życie nie zamierało nawet długo po zmierzchu. Ze zgrozą patrzyły na to siostry felicjanki, prowadzące żeńską szkołę powszechną. Załamywały ręce nad gospodarzami, którzy nigdy nie wracali z jarmarku do domu na trzeźwo. Winiły za to żydowskich karczmarzy, jak gdyby nie rozumiały, że każdy mężczyzna, jeśli szedł zahandlować, niósł w kieszeni na dobry początek ćwiartkę. Kiedy już dobił z kimś targu, rozpijał kolejną, a potem, nie chcąc być posądzonym o skąpstwo – jeszcze jedną.
– Felicjanki – opowiada Maria Nowakiewicz – utrzymywały wśród uczennic żelazną dyscyplinę. W klasie było nas szesnaście, każda z zaplecionym warkoczem, w elegancko wyprasowanym mundurku z wykrochmalonym białym kołnierzykiem. I obowiązkowo obkuta ze wszystkich przedmiotów. Po lekcjach zrzucałyśmy jednak te sztywne ubrania. Szłyśmy na boisko, a niektóre zakonnice podkasywały do łydek habity i grały z nami w piłkę. Sport mocno się liczył. Musiałyśmy codziennie między lekcjami się gimnastykować, natomiast raz w tygodniu rywalizować w wyczerpujących zawodach biegowych na sto lub dwieście metrów.
Maria, rocznik 1930, od kołyski mieszkała wśród Żydów i Ukraińców. Jej ojciec co tydzień handlował końmi na bełskim rynku, obłożonym wokół niskimi kamieniczkami i budami, w których – za sprawą sklepów i szynków prowadzonych przez pejsatych brodaczy – nigdy nie ustawał rejwach. Znała tych ludzi z imion i nazwisk – odkąd odrosła od ziemi, chodziła do nich po sól, marmoladę, naftę; po tysiąc jeden drobiazgów. Tak samo jak inne dzieci, którym dorośli powierzali drobne zadania, by kształtować w nich poczucie współodpowiedzialności za utrzymanie gospodarstwa.
Niewielki rynek zapadł w pamięć kobiety z jeszcze jednego powodu. W 1942 roku Niemcy rozstrzelali na nim jej ojca. Wtedy na egzekucję poprowadzono też innych mężczyzn – Polaków i Żydów. Stali na środku placu, a innym kazano patrzeć na ich śmierć. – Byłam i ja, trzymająca się kurczowo maminej ręki. Siedzi ten widok we mnie tak, jakbym w głowie miała zdjęcie. Ciągle wyraźne, bez zarysowań i wyblakłych plam.
Publiczne egzekucje przeprowadzano za okupacji w Bełzie częściej. Pewnego dnia Niemcy wyłapali w domach i na uliczkach sześćdziesięciu Polaków. W „polowaniu” pomagali im niektórzy Ukraińcy – tacy, co mieli z polskimi sąsiadami zadawnione porachunki, albo ci, którzy uważali, że tak trzeba. Bo taki czas i okoliczności. W jednej z grup pędzonych na miejsce ostateczne była też matka dziewięcioletniej wtedy Stanisławy Ostrówki. W myślach już żegnała córkę na zawsze, a jednak kobiecie udało się wyrwać z tego pochodu. – Ktoś pociągnął mamę za płaszcz i niepostrzeżenie dla żołnierzy wepchnął do rowu pełnego lodowatej wody. Ten rów uratował jej życie. Później opowiadała, że leżąc w zagłębieniu, sztywna z marcowego zimna oraz strachu, słyszała serie z broni maszynowej. Nazajutrz ukradkiem poszła w to miejsce. Wszyscy byli zasypani, lecz ziemia wciąż się ruszała.
Najbardziej znanym mieszkańcem Bełza był Aharon Rokeach – żydowski uzdrowiciel. Odziedziczył umiejętności, a może niebiański dar, od swego przodka Salomona, wielce zasłużonego dla rozwoju miasta i galicyjskiego chasydyzmu. W kolejce do cadyka Aharona przed kamienicą rabinatu i szkoły chasydzkiej ustawiały się tłumy. Nikomu nie odmawiał, niezależnie od uposażenia i wyznania. Żył jak asceta. Z tego ciągłego umartwiania zasuszył się na wiór i w pewnym momencie ważył tylko czterdzieści pięć kilo. Kiedy jechał dorożką przez wąskie uliczki, ledwie go było w niej widać. Ludzie obawiali się, że rychło umrze śmiercią głodową. Może dlatego podbiegali do dorożki i dotykali jej, wierząc, że i ona przynosi oczyszczającą z chorób moc. Czasami ten mikrus o wewnętrznej sile olbrzyma wyściubiał nos poza Bełz. Kiedy przyjeżdżał do innych miejscowości, zawsze witała go na dworcu oficjalna żydowska delegacja. A potem mojżeszowi całowali szyny, po których przetoczył się pociąg z cadykiem w wagonie.
Aharon nie tylko nie dał się głodowi, lecz i nazistom. W 1944 roku, po tułaczce od kryjówki do kryjówki, uciekł przez Budapeszt do Stambułu, a potem do Palestyny. Powiadano, że uratował się dzięki swoim współwyznawcom, którzy zdołali zebrać tyle złota, ile ważył cadyk (całe czterdzieści pięć kilo), i zapłacić Niemcom. Z jakiego źródła to wiadomo – trudno dociec, ale pewne jest, że w końcu osiadł na stałe w Tel Awiwie, gdzie założył i prowadził domy nauki (bejt midrasz). Od dnia śmierci w 1957 roku do jego grobu w izraelskiej metropolii przybywają chasydzi z całego świata.
Tyle szczęścia co Aharon nie mieli inni bełscy Żydzi – blisko półtora tysiąca zgładzono w niemieckim nazistowskim obozie w Sobiborze, ci zaś, którzy jeszcze w 1939 roku ewakuowali się na Wschód, w większości zginęli po napaści Niemiec na ZSRR. Kraj Rad był ogromny, lecz Einsatz­gruppen4 nie zamierzały darować nikomu.
Do unicestwienia kresowych Żydów przyczynili się także ukraińscy nacjonaliści, a niekiedy też Polacy. Bo chcieli albo musieli. Bo zagrały w nich najniższe instynkty, chęć łatwego zysku albo mieli lufę przystawioną do potylicy. Niekiedy ludzi ogarniał ślepy strach i z tego strachu biegli na najbliższy hitlerowski posterunek.

W pierwszych dekadach XX wieku w widłach Bugu i Sołokii żyło sto tysięcy ludzi. Nieodległy od Bełza Sokal (25 km) był w tamtym czasie siedzibą powiatu. Szczycił się zabytkowymi kościołami, cerkwiami i synagogą, a także kilkoma szkołami z podziałem na męskie i żeńskie. Miał dwie cegielnie, firmę drzewną, młyn parowy, hurtownie towarów różnych oraz parę innych ważnych zakładów. Miał też urokliwy deptak nazywany przez niektórych korsem, ale i tak życie skupiało się wokół zawsze gwarnego rynku. Jak w innych galicyjskich miasteczkach, tak i tu w zabudowie przeważały drewniano-murowane żydowskie domki, których odrapane okiennice dotykały niemal ziemi i spośród których z wrzaskiem wybiegała dzieciarnia bawiąca się w chowanego lub ścigająca z niewiadomego powodu stada lamentujących gęsi. W tych labiryntach zagród, cuchnących błotnistych podwórek, przygarbionych szop i kuczek od świtu do późnego wieczora pulsowała codzienność – w rytmie kupna i sprzedaży, zaciągania i spłacania długów. W rytmie śpiewu i modlitwy.
Przed drugą wojną w Sokalu mieszkało siedem i pół tysiąca Polaków, siedem tysięcy Żydów i niespełna cztery tysiące Ukraińców. Na co dzień prowadzili swoje gospodarstwa, sklepy, gospody; pracowali w fabrykach, bankach, urzędach, a w wolne dni kibicowali piłkarzom na miejskim stadionie, na którym ścierały się drużyny reprezentujące trzy nacje. Bardziej lub mniej otwarcie rywalizowali też w innych, najczęściej kulturalnych i gospodarczych obszarach, co nadawało ich życiu rumieńców i dopingowało do nieustannego wysiłku. Mimo że handel był domeną żydowską, to i Polacy chcieli mieć coś w tej materii do powiedzenia. A jeszcze więcej Ukraińcy, którzy otworzyli własną hurtownię spożywczą i w każdej wiosce mieli swój sklep. Tam jednak społeczność ukraińska stanowiła – w przeciwieństwie do Sokala – większość sięgającą sześćdziesięciu procent.
Do jednej szkoły, nazywanej czerwoną z uwagi na wyrazistą, bijącą w oczy ceglaną elewację, uczęszczał z Ukraińcami i Żydami Tadeusz Sobiecki, rocznik 1925. Z Izaakiem Rappaportem, synem hurtownika, przez dwa lata dzielił ławkę w trzecim rzędzie. Byli jak bracia i zupełnie im nie przeszkadzała odmienność wyznania. Mały Rappaport często bywał u Sobieckich w domu, zawsze przynosząc jakiś smakołyk, niekiedy nawet świeżą wołowinę. Tadek zaś chętnie odwiedzał dom kolegi. Ba, ledwie dwunastoletni, z własnej nieprzymuszonej woli odważył się wejść do bożnicy, gdzie oglądał z tylnych rzędów ślub siostry Izaaka. A kiedyś na żydowskim weselu hulał przy klezmerskiej orkiestrze. Zresztą ta sama orkiestra przygrywała też na polskich i ukraińskich weselach. Najlepsza z najlepszych, w składzie: skrzypce, akordeon, kontrabas, mandolina.
– Żyło się i nawet jeśli dorośli toczyli ze sobą polityczno-religijne spory, wśród dzieci tego się nie odczuwało – wspomina Sobiecki. – Stanowiliśmy jedną, nieźle rozumiejącą się grupę, a to, że czasami ktoś z kimś się poszarpał, nie miało większego znaczenia. Codziennie na początku pierwszej lekcji odmawialiśmy krótką modlitwę. W tym samym czasie „Ojcze nasz”, Otcze nasz i jeszcze jakoś po mojżeszowemu. To był prawdziwy ekumenizm, którego nikt nie podważał. Równe traktowanie przejawiało się także w prowadzeniu klasowej skarbonki. Wrzucaliśmy do niej, ile kto miał, a raz w miesiącu nauczyciel komisyjnie otwierał puszkę i liczył zawartość. Potem wyznaczał trzy osoby, po jednej z poszczególnych nacji, które zanosiły pieniądze do Polskiej Kasy Spółdzielczej i tam wpłacały na książeczkę. W każdym miesiącu szła inna trójka: raz Lejbik, Iwan i Staszek, kiedy indziej Moszko, Wasylko i Józek, a w innym terminie ktoś kolejny. I to nas mocno łączyło, ta wspólna sprawa, jednakowe wobec wszystkich zaufanie.
O bieżących sprawach miasta i jego przyszłości decydowali radni trzech narodów. Podczas państwowych świąt ramię w ramię składali wieńce przed pomnikiem Józefa Piłsudskiego. Przestali składać, gdy na początku wojny nad Bug wkroczyła Armia Czerwona. To wtedy zaczęły się psuć wzajemne relacje. Niemało Żydów cieszyło się z nowych porządków, choć równie wielu przeczuwało, że nic dobrego one nie wróżą. Sowieci zajęli majątki, folwarki, zakłady przemysłowe. Nakazali rejestrację maszyn do pisania, w szkołach wprowadzili obowiązkową naukę rosyjskiego. Wyłapali znaczących Ukraińców oraz Polaków i powieźli w bydlęcych wagonach na Syberię, tak samo jak wielu bogatych Żydów. Chyba wtedy przepadł bez wieści wraz z rodziną Icek Rappaport, najlepszy druh Sobieckiego.
Niespełna dwa lata później najbardziej cieszyli się Ukraińcy – wierzyli, że witane przez nich kwiatami niemieckie oddziały przynoszą szansę na utworzenie długo wyczekiwanego niepodległego państwa ukraińskiego. Tę wiarę skierowali przeciwko polskim i żydowskim sąsiadom. Nie wszyscy, ale wielu z nich.
Urodzony w 1925 roku w podsokalskim Tartakowie Władysław Postołowski też chodził z Żydami do szkoły. Z Mojsiem, którego nazwiska nie zapamiętał, siedział nawet w tej samej obskurnej ławce. Niektórzy chłopcy dla żartów czasami pociągali małych Żydów za pejsy i mieli przy tym ubaw, ale nic więcej. No, może zdarzyło się, że któryś wziął nożyczki i zachodząc od tyłu, ciachnął kosmyk czarnych loczków. Takie szczeniackie zagrania, bez konsekwencji. – Ale potem żarty przeszły w otwartą wrogość, najwięcej od Ukraińców. Na ulicy słyszałem: „Nie kupuj u Żyda”, a zaraz potem: „Bij Żyda”.
To „bij” wkrótce zamieniło się w „zabij”. Żydowskich sąsiadów Postołowskich z bliźniaczego domu, w tym wdowę z trojgiem dzieci, pewnego poranka wsadzono na ciężarówkę i wraz z innymi Żydami z okolicy wywieziono pod Sokal. Niemcy zapędzili ich nad fosę przeciwczołgową i tam pojedynczo zlikwidowali, nie nakazawszy nawet rozbierać się do naga. Ofiary padały w głęboki rów jak strącone w locie ptaki.