Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„Wraz z upływem czasu…”to nowa książka ulubionej autorki powieści sensacyjnych, nazywanej Królową suspensu.


Wraz z upływem czasu...Dziennikarka Delaney Wright otrzymuje wielką szansę. Zostaje współprowadzącą wieczornych wiadomości telewizyjnych, będzie również relacjonować sensacyjny proces w sprawie morderstwa. Postanawia też odnaleźć swoją biologiczną matkę.

Oskarżoną o morderstwo jest Betsy Grant, wdowa po bogatym lekarzu. Twierdzi, że kochała swojego męża i nigdy by go nie skrzywdziła, nawet żeby uchronić go przed cierpieniem z powodu choroby Alzheimera. Adwokat namawia ją, by zawarła ugodę z prokuratorem, ale Betsy odmawia. Chce na procesie udowodnić swoją niewinność.

Natomiast pasierb Betsy Alan Grant ma w związku z procesem wielkie oczekiwania. Od werdyktu sądu zależy otrzymanie przez niego ogromnego spadku.

Tymczasem przyjaciółka Delaney Alvirah Mehan i jej mąż Willy, próbując rozwikłać zagadkę adopcji, odkrywają szokującą tajemnicę. A życie Delaney, która nie zaprzestaje swoich poszukiwań, jest zagrożone.

***

Thriller najwyższej jakości.
„The Washington Post Book World”

Babcia amerykańskich thrillerów powraca w najwyższej formie.
„Los Angeles Times Book Review”

Clark, słusznie nazywana królową suspensu, napisała kolejną świetną książkę.
„Richmond Times-Dispatch”

Mary Higgins Clark jest autorką trzydziestu pięciu powieści kryminalnych, czterech zbiorów opowiadań, powieści historycznej, wspomnień i dwóch książek dla dzieci. Współpracuje z Alafair S. Burke nad serią powieściową „W cieniu podejrzenia”. Pięć powieści kryminalnych napisała wraz z córką, Carol Higgins Clark. Jej książki są światowymi bestsellerami. W samych Stanach Zjednoczonych wydrukowano przeszło sto milionów egzemplarzy.

Mary Higgins Clark
Wraz z upływem czasu…
Przekład: Zuzanna Maj
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 7 września 2017
 
 

Wraz z upływem czasu…


Prolog

Pierwszy krzyk noworodka był tak przeraźliwy, że obie pary, które czekały przed prymitywną salką porodową akuszerki Cory Banks, gwałtownie zaczerpnęły powietrza. W oczach Jamesa i Jennifer Wrightów lśniła radość. Natomiast na twarzach Rose i Martina Ryanów widać było uczucie ulgi oraz pewnej rezygnacji. Ich siedemnastoletnia córka właśnie urodziła dziecko. Znali się jako państwo Smith i państwo Jones i wcale nie pragnęli poznać swojej prawdziwej tożsamości. Minęło piętnaście minut, a oni wciąż niecierpliwie czekali, by móc zobaczyć noworodka. Była nim ważąca przeszło trzy kilogramy dziewczynka z poskręcanymi w pierścionki czarnymi włoskami i bardzo jasną cerą. Po chwili dziecko otworzyło oczy, były duże, o głębokim odcieniu brązu. Jennifer Wright wyciągnęła po nią ręce.
– Wydaje mi się, że mamy jeszcze coś do załatwienia – odezwała się akuszerka z uśmiechem.
James Wright otworzył małą walizeczkę.
– Sześćdziesiąt tysięcy dolarów – powiedział. – Proszę przeliczyć.
Matką noworodka była siedemnastolatka, która zaszła w ciążę podczas balu maturalnego, a rodzice chcieli zachować to w tajemnicy. Powiedzieli krewnym, iż jest zbyt młoda, żeby iść do college’u, i tymczasem będzie pracować u ciotki, która ma butik w Milwaukee. Osiemnastoletni chłopak, ojciec dziecka, rozpoczął studia całkowicie nieświadomy zaistniałej sytuacji.
– Czterdzieści tysięcy dolarów na naukę w college’u dla młodej matki. – Cora przeliczyła pieniądze i wręczyła tę sumę rodzicom dziewczyny.
Nadal trzymała niemowlę w swoich grubych rękach, nie dodała, że pozostałe dwadzieścia tysięcy dolarów to jej wynagrodzenie za wyświadczone usługi.
Dziadkowie noworodka przyjęli pieniądze w milczeniu.
– Jestem taka szczęśliwa – szepnęła Jennifer Wright, wyciągając po dziecko ramiona.
– W akcie urodzenia będą wasze nazwiska – oznajmiła Cora.
Na jej pospolitej, okrągłej twarzy pojawił się wymuszony uśmiech. Chociaż miała dopiero czterdziestkę, wyglądała przynajmniej o dziesięć lat starzej.
– Za parę godzin będziecie mogli zabrać córkę do domu – poinformowała rodziców młodej matki.
W salce porodowej siedemnastolatka usiłowała wybudzić się ze zbyt silnej narkozy. Jeszcze czuła dotyk niemowlęcia, które trzymała w ramionach kilka minut po porodzie. Wszystko w niej krzyczało: Chcę ją mieć, chcę ją mieć, nie oddawajcie mojego dziecka, potrafię się nią zaopiekować…
Po dwóch godzinach siedziała skulona na tylnym siedzeniu samochodu rodziców, w drodze do pobliskiego motelu.
Rano wracała samotnie samolotem do Milwaukee.

1

A teraz czas na reklamy – szepnęła Delaney Wright do drugiego prezentera popołudniowych wiadomości WRL. – Jak zwykle, są niesłychanie fascynujące.
– Ale to dzięki nim dostajemy wynagrodzenie – przypomniał jej z uśmiechem Don Brown.
– Wiem, i chwała im za to – powiedziała wesoło Delaney, patrząc w lustro, żeby sprawdzić swój wygląd.
Nie była pewna, czy ciemnoczerwona, wpadająca w fiolet bluzka, którą przygotowała dla niej garderobiana, pasowała do jej jasnej cery, współgrała jednak z długimi do ramion czarnymi włosami. Natomiast jej ulubiona wizażystka, Iris, umiejętnie zaakcentowała ciemnobrązowe oczy i długie rzęsy prezenterki.
Reżyser rozpoczął odliczanie. „Dziesięć, dziewięć… trzy, dwa”. Kiedy powiedział „jeden”, Delaney zaczęła czytać:
„Jutro rano w sądzie hrabstwa Bergen, w Hackensack w stanie New Jersey, rozpoczyna się wybór ławy przysięgłych do procesu byłej nauczycielki szkoły średniej, Betsy Grant. Jest oskarżona o zamordowanie swojego bogatego męża, doktora Edwarda Granta, który zginął w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat. Chorował na alzheimera. Betsy Grant twierdzi stanowczo, że jest niewinna. Natomiast prokurator utrzymuje, że nie chciało się jej już dłużej czekać na śmierć męża. Ona i syn Granta są współspadkobiercami majątku ocenianego na przeszło piętnaście milionów dolarów”.
„Teraz mamy dla was szczęśliwą historię – zaczął Don Brown. – Uwielbiamy przekazywać dobre wiadomości”. Na ekranie pojawił się film. Było to spotkanie trzydziestoletniego mężczyzny z biologiczną matką. „Szukaliśmy się przez dziesięć lat – mówił z uśmiechem Matthew Trainor. – Miałem przeczucie, że ona mnie woła. Musiałem ją znaleźć”.
Obejmował krępą kobietę około pięćdziesiątki. Jej miłą twarz okalały kręcone włosy, a w piwnych oczach błyszczały łzy. „Miałam dziewiętnaście lat, kiedy urodziłam Charlesa. – Przerwała i spojrzała na syna. – W myślach zawsze nazywałam go Charlesem. W dniu jego urodzin kupowałam zabawki i przekazywałam je dla ubogich dzieci”. Po czym dodała drżącym głosem: „Podoba mi się imię, jakie dali mu adopcyjni rodzice. Matthew oznacza dar Boga…”.
Pod koniec filmu Matthew wyznał: „Odkąd pamiętam, odczuwałem taką potrzebę. Musiałem wiedzieć, kim są moi biologiczni rodzice, a szczególnie matka”.
Kiedy przytulił ją do siebie, Doris Murray zaczęła płakać. „Trudno ująć w słowach, jak bardzo tęskniłam za swoim synem”.
– Jaka radosna historia, prawda, Delaney? – spytał Don Brown.
Tylko skinęła głową. Czuła ściskanie w gardle i bała się, że wybuchnie płaczem. Don czekał chwilę na jej odpowiedź. Na jego twarzy widać było zdziwienie.
– Teraz posłuchajmy, jakie wiadomości mają dla nas meteorolodzy – powiedział po chwili.
Delaney odezwała się dopiero po zakończeniu programu.
– Don, bardzo cię przepraszam. Tak się wzruszyłam tą historią, że trudno mi było się opanować. Myślałam, że rozpłaczę się jak ta matka.
– Zobaczymy, czy po pół roku jeszcze będą ze sobą rozmawiać – rzucił Don cierpko, odsuwając swoje krzesło. – To tyle na dzisiaj.
W sąsiadującym studio, za szklaną szybą, siedział prezenter międzynarodowych wiadomości, Richard Kramer, który był właśnie na antenie. Delaney wiedziała, że Don chciałby zająć miejsce Kramera, kiedy ten przejdzie na emeryturę. Wstała z krzesła i wyszła ze studia. Poszła do swojego pokoju, zdjęła czerwoną bluzkę i włożyła podkoszulek na ramiączkach. Tego dnia zastępowała chorą prezenterkę Stephanie Lewis. Delaney cieszyła się, że mogła dzisiaj mówić o procesie Betsy Grant. Sprawa zapowiada się niezwykle ciekawie.
Cieszyła się nadejściem jesieni, choć bardzo lubiła lato. Po Labor Day* Manhattan nabiera nowego życia. Zdała sobie sprawę, że stara się uciec myślami od gnębiącego ją problemu. Program o adopcji zburzył mur, jaki wokół siebie budowała, by ten temat przestał ją prześladować.

* Święto Pracy, obchodzone w Stanach Zjednoczonych w pierwszy poniedziałek września (przyp. tłum.).

Musi odnaleźć swoją biologiczną matkę. James i Jennifer Wrightowie adoptowali ją kilka godzin po urodzeniu i ich nazwiska znajdowały się na metryce. Poród przyjmowała akuszerka. Nie żyła już kobieta, która zaaranżowała adopcję. Nazwisko akuszerki nie było znane. Jako miejsce urodzenia podano Filadelfię. Sprawa wyglądała beznadziejnie. Jednak Delaney właściwie już podjęła decyzję. Słyszała o emerytowanym detektywie specjalizującym się w odnajdywaniu ludzi, którzy wydają się nie do odnalezienia. Właśnie tak jak w jej przypadku. Rozmyślając o tym, szła do odległego o półtora kilometra domu.
Na 54 Ulicy skręciła na wschód. Mieszkała w starym budynku, obok tego, gdzie niegdyś przebywała Greta Garbo, legenda kina z lat trzydziestych. Pod koniec męczącego dnia w studio Delaney często powtarzała sobie słynne powiedzenie Garbo: „Chcę być sama”.
Danny, stale uśmiechnięty portier, otworzył jej drzwi. Miała ładne, trzypokojowe mieszkanie, jednak nie wytrzymywało ono porównania z dużym, pięknym domem w Oyster Bay na Long Island, gdzie się wychowała. Odłożyła torebkę, wyjęła z lodówki butelkę wody mineralnej Perrier i usiadła w wygodnym fotelu, opierając nogi na podnóżku.
Na stole stała duża rodzinna fotografia, zrobiona, kiedy Delaney miała trzy lata. Siedziała u matki na kolanach, tuż obok ojca. Jej trzej bracia stali za rodzicami. Czarne kręcone włosy dziewczynki i ciemnobrązowe oczy wyraźnie zaburzały harmonię tak zwanej rodzinnej fotografii. Wszyscy inni mieli rudawe blond włosy i jasnoniebieskie lub jasnoorzechowe oczy. To było bardzo wyraźne wspomnienie. Na widok fotografii mała Delaney zaczęła płakać. „Dlaczego nie wyglądam tak jak wy?” – zawodziła. Dowiedziała się wtedy, że jest adoptowana. Nie powiedziano tego wprost, ale rodzice wytłumaczyli jej, że bardzo chcieli mieć córeczkę i dlatego jeszcze jako niemowlę dołączyła do ich rodziny.
W zeszłym miesiącu odbyło się w Oyster Bay wielkie rodzinne spotkanie z okazji siedemdziesiątych piątych urodzin matki. Jim przyjechał z Cleveland, Larry z San Francisco, a Richard z Chicago, wszyscy z żonami i dziećmi. To były szczęśliwe chwile. Rodzice przeprowadzali się na Florydę. Rozdawali meble i niepotrzebne im przedmioty, Delaney i jej bracia mogli sobie wybrać, co chcieli. Wzięła więc kilka przedmiotów.
Przyglądała się rodzinnej fotografii, usiłując wyobrazić sobie matkę, której nigdy nie poznała. Czy jestem podobna do ciebie?, zastanawiała się.
Zadzwonił telefon. Przewróciła oczami, ale odebrała, widząc, kto dzwoni. To był Carl Ferro, producent popołudniowego programu.
„Stephanie przeszła do NOW News – oznajmił entuzjastycznie. – Wszyscy jesteśmy podekscytowani. Ostatnio była już prawdziwym – zamilkł na chwilę – utrapieniem. Wydawało się jej, że jest mądrzejsza od Kathleen”. Kathleen Gerald była realizatorką Wiadomości. „Jej rezygnacja nadejdzie już rano. Zostałaś nową współprezenterką Dona Browna. Gratulacje”.
Delaney gwałtownie złapała oddech. „Carl, jestem zachwycona, cóż innego mogłabym powiedzieć? – Po chwili dodała: – Żałuję tylko, że nie będę relacjonować procesu Grant”.
„Nadal chcemy, żebyś to robiła. Do końca procesu będziemy prowadzić rotację wśród współprezenterów. Jesteś wspaniałą reporterką. Taki proces to dla ciebie idealny temat”.
„Nie wyobrażałam sobie niczego lepszego, Carl. Wielkie dzięki” – zawołała Delaney.
Kiedy odłożyła telefon, ogarnął ją niepokój. Przypomniała sobie słowa niani, Bridget O’Keefe, która mówiła: „Gdy jest zbyt dobrze, kłopoty czają się za rogiem”.

2

Willy, ja naprawdę muszę podjąć jakiś nowy projekt – powiedziała Alvirah. Jedli śniadanie w swoim apartamencie przy Central Park South. Właśnie pili drugą filiżankę kawy i był to jej ulubiony moment rozpoczynania rozmowy. Mąż doczytał już „Post” do kolumny sportowej, czyli najbardziej go interesującej. Z westchnieniem odłożył dziennik i spojrzał na swoją nadal ukochaną żonę po czterdziestu trzech latach małżeństwa. Z grzywą siwych włosów, pobrużdżoną twarzą i intensywnie niebieskimi oczami przypominał swoim starszym przyjaciołom Tipa O’Neilla, legendarnego przewodniczącego Izby Reprezentantów.
– Widzę, kochanie, że jesteś trochę zdenerwowana – odezwał się uspokajającym tonem.
– Masz rację. – Alvirah sięgnęła po drugi kawałek ciasta. – Ostatnio nie było nic ciekawego do roboty. Wycieczka statkiem po Sekwanie była wspaniała. Podobnie jak odwiedziny w ostatnim mieszkaniu van Gogha. To wszystko sprawiło mi wielką radość. Jednak miło jest być znów w domu.
– Willy – wyglądała przez okno na Central Park – mamy szczęście, że możemy tu mieszkać. Przypomnij sobie tylko naszą kawalerkę w Queens. Nie było tam okna w kuchni.
Doskonale to pamiętał. Pracował wtedy jako hydraulik, a Alvirah była sprzątaczką. Kiedy pewnego wieczoru moczyła zmęczone stopy w wodzie z dodatkiem soli, w telewizji podano zwycięski numer losu na loterię. Dopiero po dwukrotnym sprawdzeniu biletu dotarło do Willy’ego, że wygrali czterdzieści milionów dolarów. Zdecydowali się na odbiór wygranej w dorocznych ratach i zawsze odkładali połowę tej sumy. Kupili apartament przy Central Park South, zachowali jednak swoje stare mieszkanie w Queens na wypadek, gdyby rząd nie był w stanie kontynuować wypłat. Potem redaktor z „Daily Standard” przeprowadził wywiad z Alvirah. Zwierzyła mu się, że zawsze chciała pojechać do Cypress Point Spa w Kalifornii. Zaproponował, by po powrocie napisała o tym artykuł. Dał jej broszkę z ukrytym mikrofonem, żeby mogła nagrywać przeprowadzane rozmowy. Wyjaśnił, że pomoże to przy pisaniu artykułu. Tymczasem mikrofon umożliwił zdemaskowanie przebywającego w spa mordercy. Od tamtego czasu Alvirah dzięki swojej broszce rozwiązała wiele zagadek kryminalnych.
– Nie mogę się już doczekać jutrzejszego spotkania z Delaney – powiedziała. – Ma szczęście, będzie relacjonować proces Betsy Grant.
– Tej, która zabiła swojego męża?
– Nie, Willy. Tej, która jest oskarżona o zabicie męża.
– Hm, choć niewiele o tym czytałem, powiedziałbym, że to prosta i oczywista sprawa.
– Tak wygląda. Jednak ja zawsze chcę mieć otwarty umysł…
– To otwórz umysł na fakt, że jest winna – odparł z uśmiechem Willy.