W ostatnich godzinach urzędowania w Gabinecie Owalnym prezydent ułaskawia szarą eminencję Waszyngtonu, Joela Backmana – niegdyś wszechpotężnego lobbystę, negocjującego miliardowe umowy z korporacjami, pośredniczącego w zawieraniu międzynarodowych umów – skazanego na 20 lat za rzekomą zdradę stanu.


UłaskawienieDwadzieścia lat wcześniej Joel Backman był wszechpotężnym lobbystą, załatwiającym sprawy dla obcych rządów, ogromnych korporacji, bogatych firm. Stracił wszystko i trafił za kratki, bo podjął się pośrednictwa w sprzedaży oprogramowania, dającego kontrolę nad supertajnym i niespotykanie zaawansowanym technologicznie szpiegowskim systemem satelitarnym.

Twórcami tego oprogramowania byli trzej pakistańscy informatycy, którzy przypadkiem odkryli istnienie systemu satelitów i włamali się do niego. Nawet Pentagon nie miał pojęcia, do kogo ten system należy. FBI uniemożliwiło tę transakcję, zastawiając pułapkę na Backmana. Osamotniony, pod presją szantażu ze strony FBI, Backman nie wyjawił jednak najważniejszego: gdzie są ukryte dyski z hakerskim oprogramowaniem, kontrolującym satelity.

Tylko nieliczni wiedzą, że na decyzję ustępującego prezydenta wpłynęły silne naciski ze strony CIA, która twierdzi, że Backman posiadł tajemnice mogące narazić na szwank ultranowoczesny system satelitów szpiegowskich. Jego wiedza jest równoznaczna z wyrokiem śmierci, dlatego też agenci po cichu wywożą go z kraju.

Backman, pod fałszywym nazwiskiem, osiada we Włoszech, najpierw w Treviso, potem w Bolonii. Uczy się włoskiego, poznaje miejscowe obyczaje i tajniki kuchni, zaczyna się spotykać z piękną Włoszką. I właśnie wtedy, kiedy zaczyna się oswajać z nowym życiem i czuć bezpiecznie, CIA podsyła informację o jego miejscu pobytu Izraelowi, Rosjanom, Chińczykom i Saudyjczykom, po czym robi to, w czym jest niedościgniona – czeka.

Nie na to, czy Backman przeżyje – takiej możliwości raczej Agencja nie bierze pod uwagę – lecz na to, kto go zabije.

John Grisham
Ułaskawienie
Przekład: Krzysztof Obłucki
Kolekcja: John Grisham W świetle prawa
Wydawca: Ringier Axel Springer / Albatros
Premiera w tej edycji: 2017

Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym

Pod tym adresem można zakupić online prenumeratę całej kolekcji lub pojedyncze tomy.

Ułaskawienie


Rozdział 1

W dobiegającym końca okresie prezydentury, skazanej na mniejsze zainteresowanie ze strony historyków niż jakakolwiek inna od czasów Williama Henry’ego Harrisona (trzydzieści jeden dni od zaprzysiężenia do śmierci), Arthur Morgan spotkał się w Gabinecie Owalnym z jedynym przyjacielem, jaki mu został, i zastanawiał się nad ostatnimi posunięciami. Czuł w tamtym momencie, że decyzje podjęte w minionych czterech latach były chybione, brakowało mu też niezachwianego przekonania, że mógłby w jakiś sposób, tak późno w tej grze, wszystko naprawić. Jego przyjaciel podzielał te odczucia, choć jak zawsze prawie w ogóle się nie odzywał, a jeśli już coś powiedział, były to wyłącznie słowa, które prezydent chciał usłyszeć.
Ich uwagę zajmowały ułaskawienia – rozpaczliwe błagania złodziei, malwersantów i łgarzy. Niektórzy wciąż przebywali w więzieniach, inni nigdy nie byli zamknięci, niemniej każdy z nich marzył o odzyskaniu dobrego imienia i upragnionych praw obywatelskich. Utrzymywali, że są przyjaciółmi albo przyjaciółmi przyjaciół, albo zagorzałymi zwolennikami prezydenta, choć bardzo niewielu miało sposobność okazać to poparcie przed upływem kadencji. Jakie to smutne, że po czterech burzliwych latach przewodzenia wolnemu światu wszystko, co zostało, to żałosna sterta żądań od bandy łajdaków. Któremu złodziejowi pozwolić, żeby znowu kradł? Tak brzmiało doniosłe pytanie, na które musiał sobie odpowiedzieć prezydent, a godziny mijały.
Tym ostatnim przyjacielem był Critz, kumpel jeszcze z bractwa, z czasów, gdy studiowali na Uniwersytecie Cornella, kiedy Morgan przewodniczył samorządowi studenckiemu, a Critz pilnował, żeby w urnach nie brakowało głosów. Przez ostatnie cztery lata Critz pełnił funkcje rzecznika prasowego, szefa personelu Białego Domu, doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego, a nawet sekretarza stanu, choć to ostatnie stanowisko piastował jedynie przez trzy miesiące i został pospiesznie odwołany, gdy jego nieszablonowy sposób uprawiania dyplomacji doprowadził bez mała do wybuchu trzeciej wojny światowej. Ostatnia nominacja Critza nastąpiła w październiku, w gorączkowych tygodniach walki o reelekcję. Kiedy wyniki badania opinii publicznej wskazywały, że kampania wyborcza prezydenta ponosi fiasko w co najmniej czterdziestu stanach, Critz przejął nad nią kontrolę i udało mu się zrazić do Morgana resztę kraju poza, nie wiedzieć czemu, Alaską.
To były historyczne wybory. Nigdy wcześniej urzędujący prezydent nie dostał tak mało głosów. Mówiąc dokładnie, trzy głosy elektorskie, wszystkie z Alaski, jedynego stanu, którego Morgan zgodnie z radą Critza nie odwiedził. Pięćset trzydzieści pięć głosów na jego przeciwnika i trzy na prezydenta Morgana. Wyrażenie „dotkliwa porażka polityczna” nawet w minimalnym stopniu nie oddawało ogromu klęski, jaką poniósł.
Kiedy głosy zostały policzone, kontrkandydat, posłuszny złym doradcom, postanowił zakwestionować wyniki z Alaski. „Dlaczego nie zebrać wszystkich pięciuset trzydziestu ośmiu głosów?” – argumentował. Już nigdy żaden kandydat na prezydenta nie będzie miał okazji pokonać przeciwnika do zera, odnieść tak miażdżącego zwycięstwa. Przez sześć tygodni urzędujący prezydent cierpiał jeszcze bardziej, gdy tymczasem na Alasce trwało piekło procesów. Kiedy Sąd Najwyższy przyznał mu w końcu te trzy głosy, wypił z Critzem potajemnie butelkę szampana.
Prezydent Morgan zakochał się w Alasce, choć potwierdzony wynik wyborów przyznawał mu zwycięstwo zaledwie siedemnastoma głosami.
Nie powinien był jeździć po kraju.
Przegrał nawet w Delaware, rodzinnym stanie, w którym światły niegdyś elektorat zapewnił mu osiem szczęśliwych lat na urzędzie gubernatora. Morgan nigdy nie znalazł czasu, żeby odwiedzić Alaskę, jego przeciwnik zaś kompletnie zignorował Delaware – obyło się bez imprez wartych wspomnienia, spotów w telewizji, bez choćby jednego przystanku na trasie wyborczej. Mimo to zgarnął tam pięćdziesiąt dwa procent głosów!
Critz siedział w głębokim skórzanym fotelu i trzymał w ręce notes z listą setek spraw do natychmiastowego załatwienia. Patrzył, jak prezydent chodzi powoli od jednego okna do drugiego, wpatruje się w ciemność i marzy o tym, co mogłoby być. Z pewnością czuł się zdołowany i upokorzony. W wieku pięćdziesięciu ośmiu lat jego życie się skończyło, kariera legła w gruzach, małżeństwo się rozpadało. Pani Morgan zdążyła już wrócić do Wilmington i otwarcie naśmiewała się z pomysłu zamieszkania w drewnianej chacie na Alasce. W głębi serca Critz nie wierzył, że przyjaciel potrafiłby spędzić resztę życia, polując i łowiąc ryby, choć perspektywa zamieszkania w odległości ponad trzech tysięcy kilometrów od pani Morgan mocno przemawiała do wyobraźni. Mogliby wygrać w Nebrasce, gdyby nie zadzierająca nosa pierwsza dama, która mówiąc o tamtejszej drużynie futbolowej, użyła nazwy Soonersi, a ci, jak wiadomo wszystkim innym, reprezentują Oklahomę.
Soonersi z Nebraski!
Z dnia na dzień Morgan stracił tyle w sondażach w Nebrasce i Oklahomie, że nigdy nie udało mu się tego odrobić.
W Teksasie pierwsza dama spróbowała słynnego chili con carne i zaczęła wymiotować. Kiedy zabierano ją do szpitala, jeden z mikrofonów przechwycił powtarzane przez nią słowa: „Jak wy, ciemniacy, możecie jeść taką obrzydliwą breję?”.
Nebraska dysponowała pięcioma głosami elektorskimi. Teksas miał ich trzydzieści cztery. Gafę związaną z drużyną futbolową jakoś by odkręcili. Ale żaden kandydat nie miał szans na odzyskanie głosów po tak pogardliwym opisie teksańskiego chili.
Co za kampania! Critz miał ochotę napisać o niej książkę. Ktoś przecież musiał uwiecznić tę katastrofę.
Ich prawie czterdziestoletnia przyjaźń dobiegała końca. Critz ustawił się już w kolejce po pracę u dostawcy sprzętu wojskowego dla armii, u którego spodziewał się zarabiać dwieście tysięcy dolarów rocznie, miał też zamiar objeżdżać kraj z odczytami, po pięćdziesiąt tysięcy za każdy, jeśli znalazłby się ktoś wystarczająco zdesperowany, żeby tyle zapłacić. Po latach spędzonych w służbie państwu nie miał centa przy duszy, błyskawicznie się starzał i chciał jak najszybciej zarobić jakieś pieniądze.
Prezydent sprzedał z ogromnym zyskiem swój piękny dom w Georgetown. Kupił niewielkie ranczo na Alasce, gdzie ludzie najwyraźniej go podziwiali. Planował, że spędzi tam resztę życia, będzie polował, łowił ryby, może napisze wspomnienia. Czymkolwiek miał się zajmować na Alasce, nie mogło się to wiązać w żaden sposób z polityką i Waszyngtonem. Nie przewidywał dla siebie roli emerytowanego męża stanu, czcigodnego starca uświetniającego cudze przyjęcia, mędrca dzielącego się doświadczeniami. Żadnych pożegnalnych objazdów, przemówień na kongresach partyjnych, fundowania katedr nauk politycznych na uniwersytetach. Nie życzył sobie nawet biblioteki prezydenckiej. Naród wypowiedział się jasno i dobitnie. Skoro wyborcy go nie chcieli, Morgan odpłaci im tą samą monetą.
– Musimy podjąć decyzję w sprawie Cuccinella – odezwał się Critz.
Prezydent nadal stał przy oknie, wpatrywał się w pustkę ciemności i był myślami przy Delaware.
– Kogo?
– Figgy’ego Cuccinella, reżysera filmowego, skazanego za uprawianie seksu z młodą gwiazdką.
– Jak młodą?
– Piętnastoletnią, jak mi się wydaje.
– Rzeczywiście młoda.
– Tak, to prawda. Uciekł do Argentyny, gdzie ukrywa się od dziesięciu lat. Zatęsknił teraz za ojczyzną, chce wrócić i znowu kręcić okropne filmy. Pisze, że sztuka wzywa go do domu.
– Może to młode dziewczęta wzywają go do domu.
– To też.
– Siedemnastolatką bym się nie przejął. Piętnastolatka wydaje mi się jednak za młoda.
– Jest gotów dać pięć milionów dolarów.
Prezydent odwrócił się i spojrzał na Critza.
– Oferuje pięć milionów za ułaskawienie?
– Załatwi to od ręki. Pieniądze będą przelane ze Szwajcarii. Teraz jest tam trzecia nad ranem.
– Gdzie miałyby wpłynąć?
– Mamy konta za granicą. To proste.
– Jak zareagowałaby prasa?
– Nie przebierałaby w słowach.
– Nigdy nie przebiera w słowach.
– Tym razem byłaby wyjątkowo nieprzyjemna.
– Tak naprawdę prasa guzik mnie obchodzi – oświadczył Morgan.
To po co pytałeś? – miał ochotę powiedzieć Critz.
– Czy te pieniądze można namierzyć? – zapytał prezydent i ponownie odwrócił się do okna.
– Nie.
Prezydent zaczął się drapać prawą ręką po karku, co robił zawsze, gdy zmagał się z podjęciem jakiejś decyzji. Na dziesięć minut przed niemal pewnym zrzuceniem atomówki na Koreę Północną drapał się tak mocno, że pojawiła się krew, która pobrudziła mu biały kołnierzyk koszuli.
– Odpowiedź jest odmowna – burknął w końcu. – Piętnastolatka jest stanowczo za młoda.
Drzwi otworzyły się bez pukania i do środka wlazł bezceremonialnie Artie Morgan, syn prezydenta, trzymający w jednej ręce heinekena, w drugiej jakieś papiery.
– Rozmawiałem właśnie z CIA – oznajmił nonszalancko. Miał na sobie sprane dżinsy, nie nosił skarpetek. – Maynard już tu jedzie. – Rzucił papiery na biurko i wyszedł z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.
Artie wziąłby te pięć milionów bez wahania, pomyślał Critz. Niezależnie od wieku dziewczyny. Piętnastolatka na pewno nie okazałaby się za młoda dla Artiego. Wygraliby w Kansas, gdyby Artie nie został przyłapany w motelu w Topece z trzema cheerleaderkami, z których najstarsza miała siedemnaście lat. Grający pod publiczkę prokurator wycofał w końcu oskarżenia – dwa dni po wyborach – kiedy dziewczyny podpisały zeznania, że nie uprawiały seksu z Artiem. Niemniej miały taki zamiar i w rzeczywistości od igraszek dzieliły je sekundy, tyle że matka jednej z nich zapukała wtedy do motelowego pokoju i zapobiegła orgii.
Prezydent usiadł na bujanym fotelu, obitym skórą, i udawał, że przegląda jakieś bezwartościowe dokumenty.
– Jakie są najświeższe wiadomości o Backmanie? – zapytał.

*

W trakcie osiemnastu lat pracy na stanowisku dyrektora CIA Teddy Maynard odwiedził Biały Dom mniej niż dziesięć razy. Nigdy nie był tam na obiedzie (zawsze wymawiał się względami zdrowotnymi) i nigdy – żeby powitać jakiegoś zagranicznego ważniaka (coś takiego w ogóle go nie obchodziło). Jeszcze kiedy mógł chodzić, zjawiał się okazjonalnie, żeby omówić z aktualnie urzędującym prezydentem to, co akurat się działo, lub spotkać się z jednym czy dwoma facetami mającymi wpływ na politykę państwa. Odkąd był przykuty do wózka inwalidzkiego, z Białym Domem rozmawiał wyłącznie przez telefon. Dwukrotnie zdarzyło się nawet, że wiceprezydent przyjechał do Maynarda do Langley.
Wózek inwalidzki stał się idealną wymówką, by gdzieś się pojawić albo zostać w domu, albo robić to, na co Maynard miał ochotę – to była jedyna korzyść z tego stanu rzeczy. Nikomu nie uśmiechało się pchanie wózka starego kaleki.
Przez pięćdziesiąt lat był szpiegiem, ale dopiero teraz stać go było na luksus patrzenia bezpośrednio za siebie. Podróżował w nieoznakowanej białej furgonetce – z kuloodpornymi szybami, ołowianym opancerzeniem, dwoma uzbrojonymi po zęby chłopakami siedzącymi za równie solidnie uzbrojonym kierowcą – na wózku zamocowanym do podłogi samochodu, zwrócony tyłem do kierunku jazdy, żeby sam niewidziany, mógł przyglądać się ruchowi na ulicy. W pewnej odległości jechały za nim dwie inne furgonetki i jakakolwiek nieprzemyślana próba zbliżenia się do pojazdu dyrektora byłaby natychmiast udaremniona. Nie spodziewano się co prawda czegoś takiego. Większość świata uważała, że Teddy Maynard albo już umarł, albo dogasa w jakimś tajnym domu opieki, gdzie posyła się starych szpiegów, żeby spokojnie dożyli swoich dni.
Teddy chciał, żeby ludzie tak myśleli.
Siedział opatulony grubym szarym kocem. Opiekował się nim Hoby, lojalny asystent. Podczas gdy furgonetka mknęła obwodnicą ze stałą szybkością stu kilometrów na godzinę, Teddy sączył zieloną herbatę, którą Hoby nalał mu z termosu, i przyglądał się jadącym za nimi samochodom. Hoby siedział obok wózka inwalidzkiego na skórzanym stołku, zamontowanym specjalnie dla niego.
Teddy upił łyk herbaty i zapytał:
– Gdzie w tej chwili jest Backman?
– W swojej celi – odpowiedział Hoby.
– Nasi ludzie są u naczelnika więzienia?
– Siedzą w jego gabinecie i czekają.
Kolejny łyk z papierowego kubka trzymanego ostrożnie w obu rękach. Te dłonie były wymizerowane, żylaste, miały kolor odtłuszczonego mleka, jakby już obumarły i cierpliwie czekały na śmierć reszty ciała.
– Ile czasu zajmie wywiezienie go z kraju?
– Około czterech godzin.
– Zgodnie z planem?
– Wszystko jest przygotowane. Czekamy na zielone światło.
– Mam nadzieję, że ten matoł myśli tak samo jak ja.