Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„Swing time” to nowa powieść ulubionej pisarki świata, na którą czytelnicy czekali od 2014 roku. Było warto.


Swing timeDwie przyjaciółki marzą o karierze tancerek, choć tylko jedna z nich – Tracey – ma prawdziwy talent. Drugą pasjonuje rytm, zachwycają ciemnoskóre ciała i czarna muzyka, fascynuje prawdziwa wolność. Skomplikowana, napędzana rywalizacją przyjaźń niespodziewanie się kończy. Dziewczyny nigdy już nie będą ze sobą blisko, ale też nigdy o sobie nie zapomną.

Po latach Tracey udaje się spełnić marzenie z dzieciństwa, ale boryka się z dorosłym życiem, podczas gdy jej przyjaciółka, jako asystentka słynnej gwiazdy, wkracza w świat blichtru i sukcesu. W podróży między Londynem, Nowym Jorkiem i zachodnią Afryką odkrywa, że życie to nieustanny taniec, którego rytm dyktują zmieniające się czasy.

Wibrującą muzyką, roztańczoną powieść o przyjaźni, namiętnościach i pasji życia nazwano najlepszą książką Zadie Smith.

***

Zadie Smith pokazuje, jak wiele się zmieniło od lat 80., czyli królestwa kaset wideo i dresów z kreszu, przez festiwal popkultury w następnej dekadzie, aż po inaugurację XXI wieku wraz z dyktaturą internetu i hegemonią nowych mediów. Dziś wiemy, że w pakiecie otrzymaliśmy nie tylko zdumiewające możliwości technologiczne, ale także nowe problemy Pierwszego Świata – hejt, stalking, trolling – na pierwszy rzut oka nie takie tragiczne, przy bliższym spojrzeniu lub co gorsza spotkaniu – śmiercionośne.

Autorka zabiera głos w palących kwestiach społecznych i politycznych. Kpi z jałowości postnowoczesności, śmieszy ją wygłodzony i sztuczny świat. Jak pisze w powieści, żyjemy w „luksusowych, perfekcyjnie bezosobowych wnętrzach, w których projektant zaokrąglił wszystkie kąty na wzór iPhone’a”. Ujmuje kwintesencję współczesnego niewolnictwa, porównując je do uzależnienia od technologii i sposobu, w jaki traktujemy osoby dostarczające nam usługi – zwykle jak powietrze. Jednak ostrze jej krytyki nie jest bezwzględne, a jej obserwacje raczej wnikliwe i subtelne. Tym bardziej są trafne. Zadie Smith nie patrzy z góry, woli spojrzeć człowiekowi prosto w oczy.

W „Swing Time” świat kręci się wokół kobiety. Kobieta postawiona w centrum wszechświata albo idzie nową drogą, pod prąd, jak feminizująca, politykująca i walcząca o awans społeczny mama głównej bohaterki, albo powiela wyświechtane wzorce, nie wyrywając się z zaklętego kręgu biedy i wykluczenia, jak matka Tracey, przyjaciółki pierwszoplanowej postaci.
Wiemy, czym charakteryzuje się męska rozmowa, ale co to znaczy: jak kobieta z kobietą? Autorka nie podaje prostych odpowiedzi.
Kobieta kobiecie potrafi być zarówno wilkiem – niczym zapatrzona w siebie celebrytka i gwiazda popu Aimee, wykorzystująca główną bohaterkę i bawiąca się w pozorowaną pomoc humanitarną w Afryce – jak i aniołem, tu w postaci Hawy, pełnej energii i mądrości Senegalki, która wcale nie żyje z głową w chmurach, ale twardo stąpa po ziemi, szyjąc rzeczywistość z dostępnych jej skrawków. „Swing Time” to hołd złożony kobiecości – różnym jej odcieniom.

***

Najbardziej poruszająca powieść Zadie Smith od dekady.
Alexandra Schwartz, „The New Yorker”

To piąta powieść Zadie Smith i według mnie najlepsza.
„The Guardian”

Wirtuozerska powieść, pełna wnikliwych i subtelnych obserwacji na temat tańca, koloru skóry, klasy społecznej, globalnej kultury, a przede wszystkim wyjątkowych więzi, które łączą najlepsze przyjaciółki, a także matkę i córkę.
BBC.com

Zadie Smith
Swing Time
Przekład: Tomasz Kłoszewski
Wydawnictwo Znak
Premiera: 11 października 2017
 
 

Swing time


Kiedy zmienia się muzyka, zmienia się też taniec.
Przysłowie ludu Hausa

Prolog

To był pierwszy dzień mojego poniżenia. Wsadzili mnie do samolotu, odesłali do Anglii i zakwaterowali w dzielnicy St. John’s Wood, w wynajętym apartamencie na ósmym piętrze. Z okien roztaczał się widok na boisko do krykieta. Mieszkanie wybrano chyba ze względu na portiera, który potrafił stawić czoła wszelkim natrętom.
Na początku nigdzie nie wychodziłam. Telefon w kuchni dzwonił bez przerwy, ale uprzedzono mnie, żebym go nie odbierała i wyłączyła też własną komórkę. Obserwowałam grę w krykieta, chociaż nie znam jej reguł, nie było to zbyt zajmujące, lecz ciekawsze niż gapienie się na luksusowe, perfekcyjnie bezosobowe wnętrze, w którym projektant zaokrąglił wszystkie kąty na wzór iPhone’a. Kiedy mecz się skończył, wpatrywałam się w lśniący ekspres do kawy wbudowany w ścianę i w dwie fotografie posągów Buddy – jeden był mosiężny, drugi drewniany – oraz na zdjęcie słonia klęczącego przy małym hinduskim chłopcu, który również klęczał. Pokoje – urządzone ze smakiem w odcieniach szarości – połączono nieskazitelnie czystym korytarzem wyłożonym jasnobrązową wykładziną. Przyglądałam się jej prążkowanej fakturze.
W ten sposób minęły dwa dni. Trzeciego dnia zadzwonił portier i powiedział, że w holu na dole jest już pusto. Spojrzałam na swoją komórkę. Leżała na półce i miała włączony tryb samolotowy – już od trzech dni byłam offline. Pomyślałam, że powinno to zostać uznane za jeden z niezwykłych przykładów stoicyzmu, zwycięskiej próby cierpliwości i siły charakteru, nieczęstych w naszych czasach.
Włożyłam żakiet i zeszłam na dół, gdzie w holu czekał na mnie portier. Skorzystał z okazji, żeby ponarzekać („Nie ma pani pojęcia, co tu się działo przez ostatnich kilka dni – bajzel jak na cholernym Piccadilly Circus!”), chociaż było jasne, że te zdarzenia wzbudziły w nim sprzeczne emocje i nawet był rozczarowany, kiedy zamieszanie już się skończyło – przynajmniej przez te dwie doby mógł się poczuć ważny. Oznajmił z dumą, że kilku osobom kazał „spadać”, a innym powiedział: „Jeśli myślicie, że zdołacie mnie wykołować, to się natniecie”. Słuchałam oparta o jego biurko. Od tak dawna nie byłam w Anglii, że niektóre potoczne brytyjskie frazy brzmiały dla mnie egzotycznie, nieomal niedorzecznie. Zapytałam, czy jego zdaniem wieczorem znów zjawią się tu jacyś ludzie. Odpowiedział, że nie, od wczoraj nikt już nie przyszedł. Chciałam się upewnić, czy mogę bez ryzyka przenocować dzisiaj kogoś u siebie. „Nie widzę problemu – odrzekł tonem, który sprawił, że poczułam się jak idiotka. – Zawsze pozostaje tylne wyjście”. Westchnął.
W tym momencie podeszła do niego jakaś kobieta i spytała, czy mógłby odebrać rzeczy, które przyślą jej z pralni chemicznej, bo ona musi teraz wyjść. Zachowywała się nieuprzejmie, była zniecierpliwiona, a mówiąc, patrzyła nie na niego, tylko na stojący na biurku terminarz, szary klocek z cyfrowym ekranem, który pokazywał czas (z dokładnością co do sekundy) każdemu, kto zechciał rzucić okiem. Był dwudziesty piąty października 2008 roku, godzina dwunasta trzydzieści sześć i dwadzieścia trzy sekundy. Odwróciłam się do wyjścia. Portier skończył rozmawiać z kobietą i wybiegł zza biurka, żeby otworzyć mi drzwi. Zapytał, dokąd idę. Odpowiedziałam, że nie wiem. Ruszyłam do centrum. Było cudowne jesienne londyńskie popołudnie: chłodno, pogodnie, gdzieniegdzie pod drzewami leżały już złote liście. Minęłam boisko do krykieta i meczet, a potem muzeum Madame Tussaud; przeszłam Goodge Street, Tottenham Court Road i dalej przez Trafalgar Square, aż dotarłam do rzeki i na most. Przypomniałam sobie (często w tym miejscu nachodzą mnie takie wspomnienia) o dwóch młodych mężczyznach, studentach, którzy przechodzili tędy późną nocą. Zaatakowano ich, pobito i wrzucono do Tamizy. Jeden przeżył, drugi zginął. Nie mieściło mi się w głowie, jak ten jeden zdołał przetrwać: ciemność, potworne zimno, szok, woda, a on przecież był w butach. Myśląc o chłopaku, trzymałam się prawej strony mostu i szłam blisko torów, starając się nie patrzeć na rzekę.
Kiedy dotarłam na południowy brzeg, zobaczyłam plakat, który reklamował spotkanie („dyskusję”) z austriackim reżyserem filmowym w Royal Festival Hall. Zaczynało się za dwadzieścia minut. Pod wpływem nagłego impulsu postanowiłam, że spróbuję zdobyć bilet. Miałam szczęście i udało mi się kupić miejsce w ostatnim rzędzie na galerii. Nie oczekiwałam nadzwyczajnych atrakcji, chciałam tylko na chwilę oderwać się od kłopotów, posiedzieć w ciemności i posłuchać dyskusji o filmach, których nigdy nie widziałam.
W połowie spotkania reżyser poprosił prowadzącego, by pokazał fragment „Swing Time”, filmu, który znałam bardzo dobrze, przecież tyle razy oglądałam go w dzieciństwie. Wyprostowałam się w fotelu. Przede mną na wielkim ekranie Fred Astaire tańczył z trzema cieniami. Nie mogąc za nim nadążyć, cienie zaczynają gubić rytm. Wreszcie poddają się, lewymi dłońmi pokazują ten specyficzny amerykański gest oznaczający „a co mi tam” i schodzą ze sceny. Astaire tańczy dalej sam. Zrozumiałam, że te trzy cienie to także Fred Astaire. Czy wiedziałam o tym, kiedy byłam dzieckiem? Nikt inny nie potrafił tak się poruszać, żaden inny tancerz nie miał tak giętkich kolan.
Reżyser zaczął mówić o swojej teorii „czystego kina”, które definiował jako „interakcję pomiędzy światłem a ciemnością, wyrażoną rytmem upływającego czasu”, ja uznałam tę kwestię za nudną i zbyt skomplikowaną. Za jego plecami, na ekranie, ten sam fragment filmu z niewiadomych dla mnie przyczyn wyświetlono jeszcze raz. Dostrajając się do muzyki, zaczęłam rytmicznie uderzać stopami w oparcie siedzenia przede mną i nagle moje ciało stało się cudownie nieważkie i przepełniło mnie zupełnie niespodziewane uczucie szczęścia. Niedawno straciłam pracę, sposób na życie, który dawał mi poczucie bezpieczeństwa, ale kiedy patrzyłam na ten taniec, ogarnęło mnie radosne uniesienie i wszystko wydało mi się nieistotne. I kiedy próbowałam powtórzyć ten finezyjny rytm, miałam wrażenie, że wzlatuję ponad własne ciało i mogę spojrzeć na swoje życie z dystansu, zupełnie jakbym szybowała gdzieś w górze. Przypomniałam sobie opowieści ludzi, którzy opisywali swoje doświadczenia z halucynogenami. W jednej chwili zobaczyłam wszystkie przeżyte lata, które nie układały się w logiczny ciąg, cykl następujących po sobie zdarzeń budujących coś trwałego – wręcz przeciwnie. Wreszcie zrozumiałam: nigdy nie świeciłam własnym światłem, zawsze krążyłam wokół blasku innych. Byłam tylko cieniem.
Po spotkaniu wróciłam do mieszkania, zadzwoniłam do Lamina, który czekał w pobliskiej kawiarni, i powiedziałam mu, że droga jest już wolna. Jego też wylali, ale nie pozwoliłam mu wrócić do Senegalu, zabrałam go do Londynu. Zjawił się o jedenastej, w bluzie z naciągniętym kapturem (na wypadek kamer). Hol był pusty. Z zasłoniętą głową Lamin wyglądał jeszcze młodziej i piękniej – jaka szkoda, że nie potrafiłam zdobyć się wobec niego na prawdziwe uczucie. Później leżeliśmy obok siebie, każde ze swoim laptopem. Nie chciałam sprawdzać maili, więc googlowałam, początkowo na chybił trafił, potem w konkretnym celu: szukałam tego fragmentu ze Swing Time. Chciałam go pokazać Laminowi, byłam ciekawa, jakie zrobi na nim wrażenie, jest przecież tancerzem, lecz powiedział, że nigdy nie słyszał o Fredzie Astairze.
Kiedy puściłam mu film, usiadł na łóżku i zmarszczył brwi. Wtedy dotarło do mnie, co oglądamy: Fred Astaire miał uczernioną twarz. W Royal Festival Hall siedziałam na galerii, nie założyłam okularów, a scena rozpoczyna się od dalekiego ujęcia. Nic jednak nie tłumaczyło tego, jak zdołałam wyprzeć wspomnienia z dzieciństwa: przewracanie oczami, białe rękawiczki, uśmiech Billa „Bojanglesa” Robinsona, słynnego czarnego tancerza zabawiającego białych.
Poczułam się głupio, zamknęłam laptop i poszłam spać. Następnego ranka obudziłam się wcześnie, zostawiłam Lamina w łóżku, wśliznęłam się do kuchni i włączyłam komórkę. Spodziewałam się setek, może nawet tysięcy wiadomości. Miałam nie więcej niż trzydzieści. A przecież Aimee wysyłała mi setki maili dziennie. Teraz zrozumiałam, że już nigdy nie przyśle mi żadnego. Nie wiem, dlaczego tak długo musiałam uświadamiać sobie taką oczywistość.
Przejrzałam przygnębiającą listę nadawców: daleka kuzynka, kilku przyjaciół, paru dziennikarzy. Zauważyłam jeden mail zatytułowany KURWA. Miał absurdalny adres składający się z szeregu liter i cyfr oraz załącznik wideo, który nie chciał się otworzyć. Treść była prosta, zawierała się w jednym zdaniu: „Teraz wszyscy wiedzą, kim jesteś”. Taką korespondencję można dostać od złośliwej siedmioletniej dziewczynki, która ma już ugruntowane poczucie sprawiedliwości.
I tak właśnie należało to odczytać – gdyby tylko dało się zapomnieć o czasie, jaki przeminął.