Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„Upiór nawiedził Europę” to drugi tom proroczej sagi literackiej Sabriego Louataha „Dzikusy”. Ironiczna i nieprzewidywalna mieszanka thrillera politycznego i sagi rodzinnej.


Upiór nawiedził EuropęEuropę nawiedził upiór, którego imię brzmi Nazir Narrusz. Pogrążył Francję w niespotykanym dotąd chaosie. Jest samotnym wilkiem czy może ktoś za nim stoi?

Po zamachu na Idera Szawisza, pierwszego kandydata na prezydenta arabskiego pochodzenia, cała Francja wstrzymuje oddech w oczekiwaniu na wynik wyborów. Spełnia się najdziwniejszy ze scenariuszy – prezydentem-elektem po raz pierwszy w historii zostaje człowiek pogrążony w śpiączce…

Zamachowca co prawda schwytano, ale mózg całej akcji, jego kuzyn Nazir Narrusz, zdołał się wymknąć. Aresztowanie go jest teraz priorytetem. Co z tego, kiedy za kulisami śledztwa toczy się zażarta wałka o wpływy między instytucjami i agencjami bezpieczeństwa?

Drugi tom debiutanckiej powieści Louataha w dobie nasilonego terroryzmu i kryzysu europejskich wartości czyta się z zapartym tchem jak najlepszy reportaż. Aż trudno uwierzyć, że to „tylko” polityczna fikcja.

***

„W duchu wielkich literackich tradycji Sabri Louatah miesza w fabule wątki polityczne i rodzinne, tworząc zapierającą dech w piersiach powieść. On wie, jak wykreować napiętą atmosferę – a czytelnik uzależnia się natychmiast i całkowicie”
„Le Monde”

Louatah ma zdolność prowadzenia nas przez opowieść na własnych zasadach – niemal filmowe kadry, zmiana planu, akcja, ale nie zapominajmy również o warstwie psychologicznej, dla mnie najważniejszej. Widzę przerażone twarze kobiet, które nagle muszą całkowicie zmienić swoje życie. Widzę i odczuwam strach mężczyzn, którzy w jednej chwili muszą opuścić swój dom i uciekać. Czy goni ich strach, czy własna przeszłość? Dzikusy to jakże aktualna fikcja – a może proroctwo dla Europy?
Sylwia Chutnik

Sabri Louatah (ur. 1983) – francuski pisarz kabylskiego pochodzenia. Debiutował w 2012 r. powieścią „Les Sauvages”, za którą otrzymał „Lire” Magazine Prize za najlepszy francuski debiut i która stanowiła pierwszą część tetralogii o tym samym tytule. Saga została entuzjastycznie przyjęta we Francji i zagranicą, a sam autor został porównany do wybitnych pisarzy współczesnych i dawnych oraz wyróżniony prestiżową Lagardère Fellowship for Writing.

Sabri Louatah
Upiór nawiedził Europę
Dzikusy. Tom 2
Przekład: Beata Geppert
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 25 października 2017
 
 

Upiór nawiedził Europę


Niedziela

Rozdział 1

„Sarko morderca”

1

W chwili, gdy satelity naszych służb specjalnych zarejestrowały pierwsze niepokojące ruchy tłumów na przedmieściach Paryża, gdy zdawało się, że wyposażone w ekrany i telebimy stadiony, bary i place całego kraju zapadną się pod wpływem osłupienia i gniewu, Henri Wagner, sędzia śledczy z pionu do walki z terroryzmem paryskiego trybunału, spokojnie podziwiał kamienne figury świętych czuwające nad placem Świętego Piotra w Watykanie.
Poprzedniego dnia dołączył do małżonki, a nazajutrz miał zamiar wyjechać; Paola pragnęła jeszcze raz zobaczyć Kaplicę Sykstyńską, w której się spotkali dwadzieścia lat wcześniej, lecz pół godziny po nabyciu biletów wstępu sędzia pośpiesznie wyszedł na zewnątrz, z głową zaprzątniętą kłopotami zawodowymi.
Pani Wagner była dość znaną pianistką. Melomani kojarzyli ją głównie pod nazwiskiem panieńskim – Paola Ferris. Po chwili podeszła do stojącego nieruchomo męża, jak młody chłopak opartego łokciami o jedną z barierek odgradzających kolejki do kas, przed którymi tej pogodnej wiosennej niedzieli czekało zaskakująco mało osób.
– Czy coś się stało?
Sędzia wzruszył ramionami, zastanawiając się, czy powiedzieć małżonce, o co chodzi. Miał siwe włosy, ale czarne i gęste brwi. Cała jego twarz, choć poorana zmarszczkami, promieniała nieprzezwyciężoną młodzieńczością. Przy swoim wysokim wzroście poruszał się nieco niezgrabnie, miał wystające jabłko Adama, a rozpięte górne guziki koszulki polo jeszcze podkreślały jego swobodny wygląd. Oparł ręce na biodrach i wzniósł wzrok ku niebu.
Jeden z jego ochroniarzy odszedł na bok, żeby odebrać telefon. Drugi zwrócił spojrzenie w tym samym kierunku co sędzia. Obaj należeli do Służby Ochrony Rządu, która regularnie wymieniała oficerów strzegących bezpieczeństwa najbardziej zagrożonych pracowników wymiaru sprawiedliwości; choć dopiero niedawno zostali mu przydzieleni, byli do siebie podobni nawet w nieformalnym stroju, na który się zdecydowali, mając w planach weekend w towarzystwie „klienta”: skórzane kurtki, sportowe buty, ciemne okulary. Sędzia Wagner był pewien, że wcale się ze sobą nie umawiali. Przy obiedzie nazwał to „mimetyzmem zawodowym”, ale żaden z goryli o ogolonych czaszkach nie skwitował tego zwrotu nawet cieniem uśmiechu.
– Zaskakujące, prawda?
Sędzia zadał pytanie żonie, która po raz trzeci z rzędu poczuła wibrowanie komórki w torebce. Zapytała, co takiego jest zaskakujące, i nie czekając na odpowiedź, nacisnęła zielony klawisz telefonu. Z rękoma założonymi za plecy sędzia Wagner zrobił kilka kroków wzdłuż kolumnady. Potężne posągi odcinały się od prawdziwie wiosennego nieba, po którym śmigały figlarne obłoczki. Goniący je wiatr mógł się okazać dotkliwie zimny, sędzia postawił więc kołnierz kurtki, dumając nad złudzeniem optycznym, które w równym stopniu zachwycało go, co budziło niepokój i zawroty głowy: wydawało się, że po niebie płyną nie obłoki, ale majestatyczne posągi świętych, nagle przebudzone z wiecznego snu – podobnie jak się to dzieje, gdy siedzimy w stojącym pociągu i odnosimy wrażenie, że pociąg na sąsiednim torze wcale nie ruszył z miejsca, tylko nadal stoi, a to nasz niezauważenie zaczął sunąć do przodu.
– Spójrz, Paola…
Gdy obrócił głowę w stronę żony, zobaczył, że jej twarz zszarzała. Dłoń przykrywała na wpół otwarte usta, duże jasne oczy zmatowiały ze zgrozy.
Oficer ochrony, który również rozmawiał przez telefon, chwycił sędziego Wagnera za łokieć i poprowadził na drugi koniec placu, przekazując mu słuchawkę. Podczas gdy szef sekcji antyterrorystycznej na szczeblu prokuratury wyjaśniał mu sytuację, Paola usiłowała dodzwonić się do Aurélie, chcąc sprawdzić, czy u niej wszystko w porządku. Córka odpowiedziała nieco zaspanym głosem. Paola zaproponowała, że zanim oni wrócą do domu, zaopiekuje się nią ciotka. O dziwo, Aurélie nie zaprotestowała.
W samochodzie jadącym do hotelu wzięła męża za rękę, która w przeciwieństwie do jej dłoni nie drżała; gdy zadzwoniła kolejna osoba, aby go poinformować o nowych, tragicznych szczegółach, jego wzrok był spokojny i poważny.
Kiedy się rozłączył, czułym wzrokiem obrzuciła jego pociągłą, mocną czaszkę okrytą siwą czupryną.
– Przyszłość jest teraz – szepnęła.
Mąż położył rękę na jej dłoni.
– Zawsze uważałam, że jego slogan wyborczy jest… –Nie znajdując żadnego przymiotnika, zamilkła.
– Proroczy? – rzucił nieoczekiwanie sędzia, nie spuszczając wzroku z wyświetlacza smartfona.
– Nie to miałam na myśli… Słuchaj – podniosła nagle głos, jakby się rozzłościła. – Wyglądasz, jakby to cię zupełnie nie obeszło. Ostatecznie ktoś próbował zabić kandydata na prezydenta!
– Paola…
– Boże, to po prostu straszne. Ktoś do niego strzelał. To straszne. Jakim cudem udaje ci się zachować taki… olimpijski spokój?
Na twarzy sędziego Wagnera pojawił się trudny do rozszyfrowania uśmiech. Siedząc przez chwilę w milczeniu, jakby się zastanawiał nad dziesięcioma innymi sprawami, odchrząknął, a następnie odpowiedział żonie, podczas gdy ich wynajęty samochód pędził nabrzeżami Tybru:
– Moja droga, o ile mitologia od samego początku nas nie oszukiwała, na Olimpie panowało wszystko z wyjątkiem spokoju…

2

Na oddziale ratunkowym uniwersyteckiego szpitala klinicznego w Grogny najpierw pojawiła się chmara facetów wyposażonych w słuchawki douszne, a po chwili dwie fale umundurowanych motocyklistów. Do wrzasków tych pierwszych dołączyły gwizdki tych drugich, którym towarzyszył rozkaz natychmiastowej ewakuacji parteru. Jakaś pielęgniarka wyprowadzająca pacjenta z pokoju ośmieliła się poskarżyć, ale ordynator natychmiast kazał jej wykonać polecenie i nie marudzić.
Po burzy nastąpiła jeszcze bardziej przerażająca cisza, którą ledwo zakłócały sygnały aparatury medycznej. Nikt spośród personelu nie ważył się nawet przełknąć śliny. Wydawało się, że wystarczy jedno słowo, a ci potężni, spięci, naładowani adrenaliną faceci mogą eksplodować.
Jakiś cherlawy i prawie łysy stażysta upuścił stetoskop, który upadł na wyłożoną kafelkami posadzkę. Żujący gumę oficer spiorunował go wzrokiem. Najwyraźniej był obdarzony nadludzkim słuchem, bo jako pierwszy usłyszał zbliżający się konwój. Dwie sekundy przed resztą obecnych ruszył w kierunku automatycznych drzwi.
Nosze błyskawicznie przemknęły przez próg, po drodze mijając osłupiałe pielęgniarki i pozwalając im odkryć to, co dotychczas zaledwie podejrzewały: tożsamość pacjenta, dla którego cały oddział zamieniono w strefę pod najwyższym nadzorem.
Młoda stażystka zajęła się żoną kandydata, zmierzyła jej ciśnienie, przyniosła wody.
W niedużym pomieszczeniu, do którego zaprowadzono Esther Szawisz, stażystka nie zdołała powstrzymać szlochu. Po chwili dołączył do niej doświadczony ratownik, który w pierwszej kolejności sprawdził źrenice pacjentki.
– Pani Szawisz, zapewniam, że pani mąż jest w bardzo dobrych rękach. Profesor Lu…
– Dokąd go zabraliście? Co macie zamiar…?
– Proszę się uspokoić. Pani mąż jest w bardzo dobrych rękach.
Korzystając z chwili nieuwagi ratownika, Esther Szawisz wstała, wyszła z pokoju i ruszyła korytarzem, gdzie żaden z ochroniarzy nie ośmielił się jej zatrzymać. Stanęła przed pomalowaną w czerwone pasy szybą, za którą można było dostrzec zakrwawioną głowę jej męża pod oślepiająco białym światłem jarzeniówek. Kula trafiła w lewy policzek, rozrywając tkankę po prawej stronie; widok był wstrząsający.
Esther Szawisz zemdlała. Gdy odzyskała świadomość, zobaczyła nad sobą ochroniarza i Jean-Sébastiena Vogela, szefa kampanii, który zdjął krawat i z pochyloną głową przyglądał się jej nie tyle ze współczuciem, ile z pełną niepokoju i lekkiej paniki ciekawością.
Esther spędziła kwadrans na rozmowie przez telefon ze swą córką Jasminą, która parę godzin wcześniej wróciła do domu; Vogel spojrzeniem zapewnił Esther, że mieszkanie Jasminy przy kanale Saint-Martin należy do najlepiej strzeżonych w stolicy. Pół godziny później przyszedł do niej ordynator, pomógł usiąść na łóżku i wyjaśnił sytuację głosem tak łagodnym, że przez chwilę odniosła wrażenie, jakby została nafaszerowana morfiną lub opatulona niewidoczną substancją o konsystencji waty, która miała ją chronić przed całą przemocą świata.
– Pani Szawisz, nazywam się profesor Lucas, przez ostatnie pół godziny staraliśmy się…
Jakiś pyłek utknął mu w gardle. Profesor uniósł palec i odwrócił się, żeby odkaszlnąć. Ton profesora, tembr jego głosu… Esther Szawisz objęła głowę ramionami w przekonaniu, że to już koniec, a profesor próbuje ją poinformować o śmierci męża. Zdążyła nawet postawić się na miejscu tego lekarza, który ma za zadanie wyjaśnić jej, dlaczego nic się nie dało zrobić, na miejscu tego niepozornego lekarza, który zapewne setki razy setkom rodzin mówił o śmierci ich bliskich, za każdym razem zmuszony używać tych samych odrażających, pozornie wstrzemięźliwych peryfraz: zmarł, nie przeżył, a nawet haniebnego odszedł…
Nie tym razem.
– Przepraszam. No więc tak. Zrobiliśmy tomografię, która pozwoliła stwierdzić, że kula nie dosięgła mózgu. Przeszła przez czaszkę od jednego policzka do drugiego. Można więc mówić o ogromnym szczęściu, niemniej istnieje prawdopodobieństwo, że pod wpływem szoku u pani męża nastąpiło pęknięcie tętniaka. Przez pół godziny staraliśmy się ustabilizować ciśnienie tętnicze, żeby móc bezpiecznie przetransportować pacjenta do specjalistycznego ośrodka. Uprzedziliśmy neurochirurgów i neuroradiologów ze szpitala Val-de-Grâce…
– Czy on z tego wyjdzie?
– Przytrafiło mu się coś… naprawdę poważnego i nie będę ukrywać, że operacja, której musi zostać poddany, niesie ze sobą ogromne ryzyko, ale przeprowadzą ją jedni z najlepszych chirurgów w kraju, może pani być tego pewna.
Esther Szawisz stłumiła szloch. Łagodny, profesjonalny ton lekarza ponownie przełamał jej wrodzone opory.
– Jak będziecie go przewozić? – zapytała nagle, wstając, żeby towarzyszyć mężowi w transporcie.
– Śmigłowcem to zaledwie dziesięć minut stąd. Może pani pojechać autem, konwój chyba już czeka. A pani córka – dodał profesor Lucas, rzuciwszy okiem na Vogela – jest już w drodze do szpitala Val-de-Grâce.
Esther Szawisz odwróciła się w stronę Vogela.
– Jean-Sébastien, czy to był zamach terrorystyczny?
– Oczywiście, ale na razie jest zbyt wcześnie, aby…
– Dlaczego nikt nam nie powiedział, że rzeczywiście coś mu grozi? A… Valérie Simonetti? Nie wiedziała? Ale ty wiedziałeś, prawda?
– Esther, będzie śledztwo i ci, którzy są za to odpowiedzialni…
– Czy teraz nic mu nie grozi? Odpowiedz: czy on teraz jest bezpieczny?
– Esther – odparł Vogel ze spuszczoną głową – dzwonił do mnie prefekt paryskiej policji i poinformował, że wysłano sześć jednostek CRS1, by zabezpieczyć całą okolicę szpitala Val-de-Grâce.
Esther Szawisz uniosła ręce i gniewnie pokręciła głową.
– Prefekt policji? Dieuleveult? Przecież on nie znosi Idera…
– Esther, przestań – przerwał jej Vogel.
Ten, który miał największe szanse na objęcie stanowiska premiera za prezydentury Szawisza, wziął w dłonie zaróżowione od niepokoju ręce Esther.
– To nie tak, tu już nie chodzi o politykę, to był atak na całą Francję, rozumiesz? Na Francję.
Kilka sekund później eurocopter pogotowia ratunkowego wystartował z dachu uniwersyteckiego szpitala klinicznego w Grogny i oddalił się w kierunku słońca, przelatując nad bliskimi przedmieściami, obwodnicą, wschodnimi dzielnicami Paryża i Sekwaną, po czym wylądował na dziedzińcu szpitala wojskowego Val-de-Grâce, gdzie zgromadzona wokół noszy grupa lekarzy i pielęgniarzy szykowała się na przyjęcie najważniejszego pacjenta tego roku.

3

– Czerwone konie.
Takie były pierwsze słowa wypowiedziane przez Rabi’ę po przebudzeniu z głębokiego snu, trwającego w jej odczuciu przez cały dzień. Gdy wreszcie zdołała w miarę normalnie podnieść powieki, dodała, że widziała, jak czerwone konie cwałują po niebie wśród milczących, proroczych grzmotów. Fu’ad zmierzył jej puls i przyłożył wierzch dłoni do zlanego potem czoła.
Uderzywszy kilkanaście razy ramieniem, od czego przez cały następny dzień miał siniaki i obolałe mięśnie, zdołał wyważyć drzwi mieszkania Rabi’i. Okruchy szkła na posadzce w przedpokoju nieco go zaskoczyły. W końcu znalazł ciotkę leżącą bez kołdry na łóżku, pogrążoną w głębokim śnie.
Kiedy uniosła dłoń, chcąc w powietrzu zmaterializować galop koni, Fu’ad zobaczył, że wyraz jej twarzy się zmienia. Pył z innego świata opadł. Zaczęła sobie przypominać.
– Gdzie jest Karim? Gdzie mój syn?
Chwyciła Fu’ada za nadgarstek i wyskoczyła z łóżka.
– Ciociu, co się stało? – krzyknął. – Wytłumacz mi!
Rabi’a straciła równowagę i opadła na łóżko. Wymamrotała kilka słów, które z trudem zrozumiał: Omar, telefon, Paryż.
– Omar? – zapytał Fu’ad.
– Jak Omar Sharif – mówiła półprzytomnie Rabi’a. – Poznaliśmy się przez Meetic, a potem… potem…
– Przyniosę ci wody.
– A Luna? Gdzie jest moja córka?
Nalewając wody do butelki, żeby sobie oszczędzić wielokrotnych wędrówek, lewą ręką wyjął z kieszeni komórkę i ze zgrozą zobaczył około trzydziestu nieodebranych połączeń: nieco wcześniej wyłączył opcję wibrowania. A migającego nieprzerwanie od kwadransa wyświetlacza po prostu nie widział. Ścisnął nieduży, pokryty plastikiem prostopadłościan, aż zbielały mu kostki u rąk.
Nie zakręcając wody, wpatrywał się w wyważone drzwi, które widział nie tyle oczami, ile obolałym ramieniem, tak obolałym, że w tej właśnie chwili uważał za absolutnie i przeraźliwie oczywiste, iż widzenie to ból i być może nigdy dotychczas w swoim życiu nie widział niczego innego niż ten rozwalony zamek wiszący jak metalowy strzęp na brzegu wyłamanej framugi.
Dokładnie w tej chwili Fu’ad wiedział, że już wie, tylko jeszcze nie wiedział co. Zamiast oddzwonić na ostatni zapisany numer, zamiast odebrać telefon Rabi’i, który od jego wejścia do mieszkania nie przestawał dzwonić, popchnął dwuskrzydłowe przeszklone drzwi do salonu i włączył telewizor: wszystkie programy telewizji naziemnej przerwano i zastąpiono wydaniami specjalnymi. Poszukał LCI. Od dawna przywykł do czerwonego paska u dołu ekranu w stacjach informacyjnych. A to przegłosowano jakąś ustawę, a to jakąś zaginioną osobę znaleziono martwą, a to na którymś letnim uniwersytecie wygłoszono jakieś politycznie niepoprawne zdanie. Tym razem jednak to kandydat Partii Socjalistycznej na prezydenta kraju padł ofiarą zamachu. Tyle to Fu’ad już wiedział. Ale było jeszcze coś.
Podkręcił głośność.
Zaproszeni komentatorzy usiedli w studiu bez uprzedniej wizyty w charakteryzatorni. Ich nosy lśniły, pot przyklejał kosmyki włosów do zmarszczonych czół. Nigdy gorączkowość tych ludzi, zmuszonych do zabrania głosu w ciągu mniej niż dwudziestu sekund pod rygorem wykluczenia z rozmowy, nie wydała się Fu’adowi tak namacalna. Miał już za sobą udział w kilku programach, wkrótce czekały go następne w ramach intensywnej promocji wysokobudżetowej komedii, która tego lata wchodziła na ekrany, a w której grał jedną z głównych ról.
– Fu’ad?
Sylwetka Rabi’i była nieco zdeformowana przez wypukłe szkło szybek w drzwiach. Nie zdążywszy ściszyć telewizora, Fu’ad obrócił się w stronę ciotki, żeby zagrodzić jej drogę do salonu. Głos dziennikarza prowadzącego debatę właśnie po raz kolejny przypominał breaking news stulecia:
– W chwili, gdy do państwa mówimy, tożsamość zamachowca nie została jeszcze ustalona. Na wideo z zarejestrowanym momentem strzału, którego postanowiliśmy państwu nie pokazywać, widać, że jest to młody człowiek, może nawet nastolatek, zapewne azjatyckiego lub północnoafrykańskiego pochodzenia. Więcej dowiemy się…
Fu’adowi nie udało się powstrzymać ciotki zbyt długo. Złapała pilota. Oszołomiony Fu’ad, który wreszcie wiedział to, czego od początku się spodziewał, nadal nie był w stanie w to uwierzyć. Uwierzył dopiero wówczas, gdy Rabi’a kilkakrotnie gorączkowo przeleciała pilotem przez ileś stacji, aż w końcu zamiast spiętych, nieprzyzwoicie zajadłych twarzy komentatorów i dziennikarzy pojawił się nieruchomy, powiększony wizerunek młodego zamachowca o płaskich kościach policzkowych i szeroko otwartych oczach, pełnych strachu i łez, wyraźnie widocznych pomimo pikseli.
– Karim…