Wokół pytania – czy dokonalibyśmy innych wyborów, gdybyśmy mieli szansę przeżyć nasze życie jeszcze raz, koncentruje się najnowsza powieść Zygmunta Miłoszewskiego pt. „Jak zawsze”.


Jak zawsze„Szkoda, że to nie jest kryminał o Szackim” – liczne warianty takiego stwierdzenia pojawiły się w sieci jeszcze przed premierą najnowszej powieści Zygmunta Miłoszewskiego. Zresztą zdaje się, że nie tylko internauci, przeświadczeni o swojej anonimowości, wyrażali takie przekonanie, o czym można domniemywać czytając podziękowania autora kierowane do ekipy wydawnictwa W.A.B. umieszczone, pośród innych słów wdzięczności, na końcu książki – za to, że „(…) uwierzyli w ten tekst na tyle, że z ich spojrzenia znikło nawet nieme pytanie: «człowieku, nie mógłbyś napisać czwartego Szackiego po prostu?»”. Tym samym atmosfera podejrzliwości, jaka wytworzyła się wokół nowego tytułu pióra popularnego autora, wiele mówi o powszechnym najwyraźniej problemie ze zrozumieniem, na czym polega zawód pisarza, a także i o tym, czego oczekuje się w naszym kraju od twórców literatury. Ale o tym później. Najpierw przekonajmy się co to za książka.

Powieść „Jak zawsze” opowiada o perypetiach Grażyny i Ludwika, małżeństwa z wieloletnim stażem. Czytelnik poznaje tę parę w dniu, gdy przygotowują się do świętowania pięćdziesiątej rocznicy ślubu. Towarzyszą im starcze niedomagania, wspomnienia i melancholia. Ósmy krzyżyk na karku nie zachęca do snucia optymistycznych planów na przyszłość, za to prowokuje do zadawania sobie i partnerowi pytań w rodzaju: „Wiesz, czego coraz częściej żałuję?”. Na układanie życia od nowa jest już jednak dla tych dwojga stanowczo za późno. Jak wielkie jest zatem ich zdumienie, gdy następnego dnia, po rocznicowym wieczorze, budzą się w swoich młodych ciałach z powrotem w 1963 roku, tym samym, w którym się poznali. Sen to czy jawa? Nie mogą tego rozstrzygnąć, wygląda jednak na to, że mają szanse przeżyć wszystkie wspólne lata jeszcze raz. Jest tylko jeden problem: Polska wygląda niezupełnie tak, jak zapamiętali ją ze swojej młodości i nie wiadomo, jak się po tej odmienionej krainie poruszać.

Historia opowiedziana przez Miłoszewskiego koncentruje się wokół pytania – czy dokonalibyśmy innych wyborów, gdybyśmy mieli szansę przeżyć nasze życie jeszcze raz, ale pytanie to nie odnosi się tylko do pary głównych bohaterów, ale do dziejów Polski w ogóle. „Wojna, potem trzy lata okupacji sowieckiej, teraz to histeryczne małżeństwo z Francją, nie wiadomo czy za chwilę francuski nie będzie drugim językiem urzędowym (…)” – tak w skrócie przedstawiają się realia 1963 roku stworzone w wyobraźni pisarza. Inne niż w rzeczywistości są nie tylko polityczne sojusze, różnic jest bez liku i wyłapywanie ich należy do jednej z głównych przyjemności podczas lektury „Jak zawsze”. Inna architektura, edukacja, kuchnia, społeczne sympatie i antypatie – bohaterowie odkrywają je krok po kroku, a próby niezdradzenia się z całkowitą niewiedzą na temat czasów, w których się znaleźli, stanowią źródło komizmu w powieści. Bo jest tu i humor, i przygoda, i refleksja – całkiem serio – na losami Polski. Czy, gdyby historia rozdała nam inne karty, to potrafilibyśmy nimi lepiej zagrać, czy może byłoby jak zawsze?

Zygmunt Miłoszewski napisał książkę, która przypomina o tym, że inteligentna literatura rozrywkowa nie musi być importem z zagranicy.

Zygmunt Miłoszewski napisał książkę, która przypomina o tym, że inteligentna literatura rozrywkowa, podobnie jak literatura wysokoartystyczna, której dobrych przykładów mamy w Polsce sporo, nie musi być importem z zagranicy. Słowo «przypomina», pojawia się tutaj nieprzypadkowo, dlatego że w krajowej literaturze popularnej ostatnich lat najwięcej jest książek, na które najlepiej byłoby spuścić zasłonę milczenia. Wydawcy oczekują od pisarzy utworów zbliżonych do sprawdzonych bestsellerów lub kontynuowania lubianych serii, nawet jeśli nie ma to logicznego uzasadnienia, czego dowodem jest wspomniane na początku marzenie o „czwartym Szackim”. Do takich działań motywują zresztą wydawców sami czytelnicy, postępujący według przekonania: „Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem”. Mamy więc w literaturze popularnej zalew dworków/domków/pensjonatów odziedziczonych po zapomnianych krewnych, odnajdywanie siebie na nowo, cudowne życie żony i matki, które wali się w gruzy i trzeba posprzątać, ewentualnie sztampowe kryminały, koniecznie z udziałem antypatycznych policjantów po przejściach i osnute skandynawsko-radomskim mrokiem. I tak w kółko.

Miłoszewski napisał natomiast coś świeżego i zaskakującego, na co najchętniej nie pozwoliliby mu zarówno wydawca, jak i czytelnicy. Powstaje pytanie: skąd te obawy, że książka będzie kiepska i nie usatysfakcjonuje odbiorców? Rozwiązanie tej zagadki zdaje się leżeć gdzieś w sąsiedztwie problemów ze zrozumieniem, kim jest prawdziwy pisarz. O dziwo jakimś sposobem nie występuje w narodzie problem z przyswojeniem, że cieśla, który potrafi postawić stodołę, a później jeszcze pięćdziesiąt sześć takich samych stodół, to nie jest to samo, co zawodowy architekt wykształcony w stopniu pozwalającym mu na wzniesienie dowolnego budynku. Natomiast w polskiej literaturze popularnej mamy w ostatnich latach zalew budowniczych potrafiących w miarę sprawnie powielać tę samą stodołę, a zaledwie kilku architektów dysponujących wystarczającymi umiejętnościami, by wznieść dowolną budowlę. Za zatarcie granic między jednymi a drugimi odpowiada w największym stopniu bezmyślna promocja książek, kierowanych do szerokiego grona odbiorców, niezasłużenie zrównująca jednych i drugich twórców. Czytelnik nie bez powodu boi się więc, że jeśli lubiany przez niego autor zechce napisać coś w innym niż dotychczas gatunku, to sobie z tym nie poradzi, a lektura takiego dzieła sprawi czytelnikowi zawód. Często tak właśnie bywa, ale nie w przypadku Miłoszewskiego. To pisarz. Jeśli napisze coś innego niż kryminał, to też będzie dobre. Jak zawsze. Agnieszka Kantaruk

Zygmunt Miłoszewski, Jak zawsze, Wydawnictwo W.A.B., Premiera: 8 listopada 2017
 
 

Jak zawsze

Zygmunt Miłoszewski
Jak zawsze
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 8 listopada 2017
 

Styczeń

Czuł się młodo, jak zawsze. Czuł się nawet wyjątkowo młodo, biorąc pod uwagę, że jego budzącą się świadomość wypełniało wspomnienie wczorajszego wspaniałego wieczoru. Aby trwać w tym błogostanie jak najdłużej, nie otwierając oczu, przekręcił się na bok, wtulił twarz w rozrzucone na poduszce włosy swojej żony i odetchnął głęboko jej zapachem.
I omal nie puścił pawia. Włosy i poduszka śmierdziały dymem papierosowym tak potwornie, jakby importowano je specjalnie z koszarowej kantyny jakiejś republiki bananowej, gdzie nie dotarły ani zakaz palenia, ani nawet informacja o szkodliwości papierosów. Wrażenie było fizycznie odstręczające, wstręt sprawił, że zapomniał na chwilę, ile ma lat, odrzucił kołdrę i zerwał się na równe nogi, walcząc z odruchem wymiotnym.
I nie zemdlał. Nawet nie zakręciło mu się w głowie. Naprawdę, seks czyni cuda.
– O psiakrew – powiedział na głos.
Znajdował się w cudzym mieszkaniu. Dziwnym mieszkaniu. Bardzo nowoczesnym i bardzo staroświeckim zarazem. Nowoczesnym, bo ściana niewielkiej sypialni składała się w całości z okna, wychodzącego na balkon z ażurową betonową balustradą i zimowe bladoniebieskie niebo. A przez otwarte drzwi pomieszczenia widział kawałek korytarza i biegnące w dół schody, wskazujące na to, że mieszkanie jest dwupoziomowe.
Staroświeckim, bo całe wyposażenie mieszkania – krzesła na cienkich nóżkach z giętego metalu, regał z przesuwnymi szklanymi drzwiami, dywan w geometryczne wzory, a przede wszystkim ogromna popielniczka pełna petów na szklanym stoliku do kawy – wszystko to wyglądało jak eksponaty ze skansenu, prezentującego życie codziennie w latach sześćdziesiątych albo siedemdziesiątych XX wieku.
Zaskoczony przejechał dłonią po włosach; jego najbardziej charakterystyczny gest, wyrażający w zależności od sytuacji zamyślenie, zdumienie albo zniecierpliwienie.
– O psiakrew – powiedział.
Jego dłoń zamiast na czaszkę z paroma cienkimi pasemkami włosów, natrafiła na czuprynę gęstą jak sierść owczarka niemieckiego. Spojrzał na dłoń – żadnych plam, wykrzywień i pomarszczeń. Spojrzał na brzuch – prawie płaski. Klata normalna, bez siwych włosów i obwisłych męskich cycków. Członek wystawał z normalnego ciemnoblond zarostu, a jego nogi kończyły się normalnymi stopami, a nie sękatymi tworami, do których ktoś krzywo przytwierdził sine krogulcze pazury. Innymi słowy: był młody. Nie zatrważająco młody, ale gdzieś między trzydziestką a czterdziestką.
W sypialni nie wisiało żadne lustro, podszedł więc do regału i przejrzał się w szybie etażerki. Patrzył na niewyraźną twarz, przypominającą jego własne stare zdjęcia. Co oznaczało, że był w ciele młodego siebie, sprzed jakichś pięćdziesięciu lat.
– O psiakrew – powtórzył.
– Nie mógłbyś zaczynać dnia od jakiegoś innego słowa? – dobiegło spod kołdry. – Dzień dobry? Kocham cię? Chcesz kawy? Pociągnęła nosem.
– Jezu, co to za sztynk.
Smród nikotyny wygonił Grażynę z łóżka tak samo jak jego. Przeciągnęła się, spojrzała na stojącego w obcej sypialni obcego mężczyznę i zaczęła przeraźliwie krzyczeć, szybko zakrywając gołe ciało ściągniętą z łóżka kołdrą.
– Grażyna, to ja!
– Jaki ja? Jaki ja, na miłość boską?
– Ludwik, no.
Zaśmiała się histerycznie.
– Spójrz na siebie! Grażyna, mówię ci, spójrz na siebie.
Zajrzała pod kołdrę.
– Matko Boska Przenajświętsza.
Odrzuciła kołdrę i zaczęła dotykać swojego gołego ciała. Idealnego, perfekcyjnego, pozbawionego wad ciała dwudziestokilkulatki. Coraz szybciej, coraz łapczywiej dotykała dłońmi szyi, piersi, ramion, bioder, obmacywała się tak zapamiętale, że zaczęła dyszeć, przestraszył się, że zaraz dostanie jakiegoś ataku.
– Grażyna? Wszystko w porządku?
Spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem.
– Maryjo, Królowo Polski, co za wspaniały sen. Szybko, kładź się, zanim się obudzę. Raz, raz, kładź się.
Bez czekania na dodatkowe zachęty, skoczył na łóżko swoim wspaniałym, jędrnym, sprawnym ciałem i położył się na wznak, jego członek sterczał już jak reklama środka na potencję. Chichocząc, cmoknęła go w czubek penisa i usiadła na nim okrakiem z głośnym westchnieniem. Przeciągnęła się, zaplotła dłonie na karku gestem, którego nie widział u niej od dobrych dwudziestu lat, i zabrała się energicznie za miłość.

2

Sen czy nie sen, po czwartym razie byliśmy już porządnie zmęczeni. Leżałam nago na wznak i nie mogłam przestać wodzić palcem po swoim ciele. Nie uważałam się nigdy za piękność, trochę za nisko miałam tyłek i za krótkie nogi, za to od pasa w górę, no tutaj nie mogłam sobie nigdy nic zarzucić. Święta Trójca: duże oczy – duże usta – duży biust, robiła wrażenie na każdym, co oczywiście wiem teraz, kiedyś byłam za młoda, za głupia i zbyt wstydliwa.
Miałam nadzieję, że ten sen potrwa jak najdłużej, a rano nie zapomnę wszystkiego, jak to zwykle ze snami bywa i opowiem wszystko Ludwikowi.
Leżałam, dotykałam delikatnie warg jak niewidomy, który chce poznać kształt czyjejś twarzy, i nie mogłam przestać się zachwycać. Nie za wąskie, nie za szerokie, twarde i sprężyste, z dolną wargą większą i wychylającą się ku przodowi, normalnie gdybym mogła, to sama bym się całowała.
Oblizałam swoje boskie usta, przełknęłam ślinę i głośno zaburczało mi w brzuchu. Głodna byłam jak nie wiem co. Szturchnęłam Ludwika. Nawet we śnie każdy facet idzie spać po seksie.
– Hm?
– Głodna jestem.
Wymamrotał coś niewyraźnie.
– Co?
– To tylko sen…
– Tak, wiem, rozmawialiśmy o tym. Ale i tak jestem głodna.
Pięćdziesiąt lat temu poleciałeś po kurczaka i faworki, to teraz rusz tyłek w naszą rocznicę.
Ziewnął i usiadł. O Jezu, ale był przystojny.
– Pięćdziesiąt lat temu byłaś miła, szczebiocząca, trzepocząca rzęsami i mówiłaś do mnie „proszę pana”.
– To było pół wieku feministycznej walki wcześniej. Rusz się, bo do końca snu będę już tylko cnotliwa.
Wstał i podrapał się po świeżym zaroście na policzku.
– Musi tu być jakaś kuchnia czy coś…
Wyskoczyłam z łóżka za nim i zawinięci wspólnie w kołdrę wyszliśmy na balkon. Zimno jak diabli. Widok nie był zbyt zachęcający. Staliśmy na ósmym, może dziesiątym piętrze czegoś, co musiało być dość paskudnym blokiem. Prosty wniosek, biorąc pod uwagę, że z okna widzieliśmy kolejne bloki, bardzo betonowe, bardzo gigantyczne, bardzo identyczne i z niewiadomych przyczyn bardzo gęsto ustawione, jakby ktoś się uparł, żeby na każdy metr kwadratowy gruntu przypadało jak najwięcej mieszkańców. Nie przypominały polskich bloków z wielkiej płyty, wyglądały raczej jak odlane z betonu leżące na dłuższym boku pudełka od zapałek, zadrukowane w kształt geometrycznej kratki, bo taki rytm miały pokrywające całą fasadę loggie.
Pomiędzy blokami rozlewał się ocean wymieszanego ze śniegiem
błota.
– To Warszawa? Polska w ogóle? – spytał Ludwik.
Wzruszyłam ramionami. Może być i Mars, byleby mieli sklep spożywczy. Sądząc po śniegu i błocie, raczej nie Lazurowe Wybrzeże, tylko jakiś właśnie rejon wiecznej szczęśliwości na Wschodzie. Może Polska, może Białoruś, może Rurytania albo Borduria, co to ma za znaczenie. Śnić jak najdłużej – tylko to się liczy. Dlatego, choć wymęczona seksem, bałam się zamknąć oczy, bałam się nawet mrugnąć. Żeby nie stać się na powrót starą babą w Warszawie.
Szybko wróciliśmy do środka, musiało być z minus dziesięć, minus piętnaście stopni. Z sypialni wyszliśmy na wąski korytarz, pełen szaf i drzwi do innych pomieszczeń, z których do tej pory zwiedziłam tylko maciupeńką toaletę. Cały poziom wydawał się dość długi i wąski, o proporcjach przerośniętego wagonu kolejowego. W połowie znajdowały się prowadzące na dół wąskie schody.
– Może coś do ubrania znajdziemy, zimno, cholera. – Ludwik zapalił światło i otworzył na oścież szafy. W jednej były garnitury, w drugiej damskie ciuchy. Zabraliśmy się do grzebania. Pięć minut później Ludwik miał na sobie szare spodnie, białą koszulę i wycięty w serek błękitny sweter. Do tego proste czarne sztyblety. Ubrania wyglądały jak uszyte na niego na miarę.
Ze mną było gorzej. Jeśli to sen, wtedy po raz pierwszy pomyślałam „jeśli”, moja podświadomość, jak to zwykle u kobiet bywa, chciała mi pokazać, że moje ciało do niczego się nie nadaje i do niczego nie pasuje. Właścicielka garderoby miała mniejszy od mojego tyłek i mniejszy biust, była za to wyższa i miała większą stopę. I zapewne była ruda, biorąc pod uwagę ilość zielonych i brązowych ubrań, tylko rude dobrze wyglądają w takich połączeniach. W końcu znalazłam jako tako pasującą spódnicę i włożyłam luźny kasztanowy golf, nawet ładny. Na stopy zamiast butów założyłam najgrubsze znalezione skarpetki.
On wyglądał jak z żurnala, ja wolontariuszka Armii Zbawienia.
Zeszliśmy na dolny poziom.
– No nieźle – powiedziałam.
Schody prowadziły do połączonego z kuchnią salonu, przestronnego pomieszczenia, ładnie urządzonego delikatnymi ciemnymi meblami. Owalny stół na cienkich, częściowo mosiężnych nogach, tapicerowane na czerwono krzesła, smukły kredens, dywan w geometryczne wzory. Mieszkanie wychodziło na obie strony budynku, salon znajdował się po przeciwnej stronie niż sypialnia, jego część tuż przy oknie została otwarta w górę na wysokość obu poziomów, a że tu okno również zajmowało całą ścianę – efekt wywierał wspaniałe wrażenie. Stanęliśmy przy tym ogromnym oknie, nie kwapiąc się do wizyty na balkonie, ciągle zziębnięci po poprzedniej eskapadzie. Wychodziło na kolejne dwa bloki, za którymi widać było elegancki pałacowy budynek z ogrodem, w którym rozpoznałam Pałac Krasińskich. Z tyłu przeplatały się czerwone, chaotyczne dachy Starego Miasta, nad którymi górował stromy dach katedry świętego Jana.
– A więc jednak Warszawa?
Skinęłam głową.
– Czyli te wstrętne bloczyska stoją na terenach getta? Jakoś przy Bonifraterskiej? Tam, gdzie stoi ambasada chińska? W sensie tam, gdzie normalnie stoi?
Wszystko na to wskazywało. Nie chciało mi się komentować oczywistości. Już te bloki były wystarczająco dziwne, ale najdziwniejsza budowla była widoczna na horyzoncie. W Warszawie starej baby i starego dziada, patrząc z tej perspektywy za dachem katedry, widzielibyśmy wysoki pylon mostu nad Wisłą, a za nim koszyk Stadionu Narodowego i nic poza tym. Gdyby uznać, że śnią mi się lata sześćdziesiąte lub siedemdziesiąte, to w ogóle przestrzeń za dachem katedry powinna być pusta. Tymczasem za Wisłą stała monstrualna wieża, tak na oko ze trzydzieści pięter. U podstawy prostokątny gruby klocek, na nim prostokątny średni klocek, na nim cienki, a na czubku szpikulec. Dość to było paskudne, a pomalowanie każdej z części na kolor flagi francuskiej – od góry niebieski, biały i czerwony – nie poprawiało sytuacji. Budowla byłaby w każdej skali obleśna, ale w tej musiała być najbrzydszym obiektem architektonicznym planety.
– Cudownie – skomentował w końcu Ludwik. – Nie dość, że mamy drugi Pałac Kultury na Pradze, to jeszcze brzydszy niż prawdziwy. Lepiej poszukam lodówki w tym całym układzie.
I poszedł. Ja tymczasem nie mogłam przestać gapić się za okno.
Mimo zimna uchyliłam okno, wystawiłam głowę na zewnątrz i głęboko wciągnęłam kilka razy powietrze przez nos. Czułam przede wszystkim metaliczny zapach zimy, ale też węglowy dym z kotłowni, gorące mleko i bigos na zmianę z jakąś smażeniną, zależy, skąd wiatr powiał. Papierosy ktoś musiał palić na balkonie.
Starałam się łowić dźwięki, wyłuskać coś konkretnego z szumu miasta. Niektóre były proste – dzwonek ostrzegawczy tramwaju, trzask otwierania harmonijkowych drzwi w autobusie, pisk nienaoliwionej karuzeli na placu zabaw. To z dołu. Wokół, z mieszkań, dobiegały odgłosy życia domowego. Szum wody spuszczanej w toalecie, trzask garnków przestawianych na fajerkach, pisk małego dziecka, amatorskie rzępolenie na skrzypcach, niemożliwy do zrozumienia fragment rozmowy, damski poirytowany głos, przerwany przez trzask zamykanego okna. Jedyne, co zrozumiałam, to „raz w życiu mógłbyś…”, zapewne wtedy stała najbliżej.
Barwy, zapachy, dźwięki, im więcej ich czułam, tym bardziej rosła we mnie wściekłość, że tak się dałam oszukać. Jak cholerna żaba. Ta cholerna żaba, co jakby ją wrzucić do wrzątku, to by w try miga wyskoczyła z garnka. A jak się jej podnosi temperaturę o pół stopnia, to nawet nie zauważy, kiedy się w końcu ugotuje. Ja tak samo. Gdyby mi w wieku czterdziestu lat na chwilę pokazali, jak będzie wyglądało życie w wieku lat osiemdziesięciu – wyblakłe barwy, nieostre krawędzie, nierozróżnialne dźwięki, stłumione zapachy, wszystkie zmysły zepsute, opóźnione, nieprecyzyjne – palnęłabym sobie w łeb bez chwili wahania. A tak…
Zamknęłam okno. Zmarźluchem byłam zawsze, od urodzenia.
– Nic nie ma w tej lodówce! – Ludwik krzyknął z głębi mieszkania. – Tylko jakiś dziwny gulasz w słoiku zjedzony do połowy. Idę na zakupy.
Zanim zdążyłam krzyknąć, żeby mnie nie zostawiał samej we śnie, już go nie było.

3

Nie czekając na to, czy i co odpowie, po chwili mocowania się z ogromnymi, przedpotopowymi zamkami otworzył drzwi na klatkę schodową.
Na wycieraczce siedziała kura.
Dość duża, wsiowa, zwyczajna białobrązowa kura. Nawet na niego nie spojrzała. Ostrożnie zrobił duży krok, żeby jej nie spłoszyć, i zamknął drzwi. Korytarz był długi i pusty, nie licząc kury, nieprzyjemnie mroczny przez oszczędnie rozmieszczone świetlówki, które musiały być zapalone non stop, jedyne okna znajdowały się na końcach korytarza i nie miały szans oświetlić tego miejsca.
Czy to na pewno jest Polska?, pomyślał.
Jakby w odpowiedzi na jego pytanie po schodach zadudniły kroki. Najpierw szybko większa grupa, jakieś dzieciaki, potem wolniej jedna osoba.
– Kurwy, świnie, brudne puty, łachudry, chuligani, jeszcze was dorwę! – darł się wściekły damski głos.
Polska. Nie ma wątpliwości.
W końcu trzasnęły drzwi i z klatki schodowej weszła na korytarz drobna kobieta o kwadratowej szczęce wschodnioeuropejskiej chłopki. Mogła mieć około czterdziestki, ale sprawiała wrażenie, jakby koniecznie chciała uchodzić za siedemdziesięciolatkę w rozdeptanych kapciach, rozciągniętej granatowej podomce i włosach owiniętych chustką w kwiatki.
– Jezu, Zofia, a ty znowu u doktora wysiadujesz, dzień dobry, panie doktorze, potrzeba coś? Jajeczka jutro będą, to przyniosę. Pozmywać, poprasować, łazienkę może umyję? Na szyby to za zimno jeszcze.
Podeszła do niego, zdecydowanym gestem wzięła pod pachę kurę, która nie straciła nic ze swego spokoju i spojrzała wyczekująco.
– E… nie, dziękuję. Mam trudną pacjentkę, lepiej jej nie przeszkadzać.
Kobieta przeżegnała się, pocałowała wiszący na szyi krzyżyk i cofnęła dwa kroki.
Czyli tutaj też jest psychologiem, dobrze wiedzieć.
Razem podeszli do wind, wdusił czerwony guzik i czekali.
– Ja na dół, a pani?
– Na dernier wracam.
Nie zrozumiał i nie za bardzo wiedział, jak się zachować, więc spróbował uśmiechnąć się dobrodusznie, ale ze zdenerwowania wykrzywił tylko twarz w dziwny grymas. Kobieta patrzyła na niego podejrzliwie i widać było, że czuje się niekomfortowo. Szybko zgasił więc uśmiech, co z jej punktu widzenia wyglądało, zapewne jakby przybrał groźną minę i jej dyskomfort zamieniał się pomału w lęk, do tego ciemny korytarz, migająca lekko jak w horrorze jarzeniówka, sytuacja robiła się coraz bardziej niezręczna.
Wtedy przed nosem Ludwika zatrzymała się kabina windy. Drzwi się nie otworzyły, a nigdzie nie widział klamki. Popchnął drzwi, potem pomachał ręką przed czerwonym guzikiem, myśląc, że może fotokomórka, potem przejechał po nich delikatnie dłonią, szukając dotykowych paneli, czując się przy tym coraz bardziej idiotycznie.
– Pan doktor klucza zapomniał? – szepnęła sąsiadka.
Pokiwał tylko głową.
Zbliżyła się niepewnie, wyciągnęła z fartucha krótki klucz z dużą główką, otworzyła i przepuściła go przodem. Otworzył podwójne wewnętrzne drewniane drzwi i wszedł do środka. Drzwi już się zamykały, kiedy gwałtownie wyrzucił rękę i zacisnął na krawędzi – od strony korytarza musiało to wyglądać jak scena z taniego horroru.
– Tak, panie doktorze? – Kobieta nie próbowała już ukryć strachu, cofnęła się od windy, jak mogła najdalej, opierając się plecami o ścianę korytarza.
– A te jajka to jutro chętnie wezmę.
Pokiwała głową bez słowa.
– W takim razie do zobaczenia!
Ostatnie musiało w uszach sąsiadki zabrzmieć jak groźba. Zatrzasnął zewnętrzne drzwi, potem wewnętrzne, wdusił RC, uznając, że winda musiała zostać importowana z Francji i dopiero wtedy odetchnął głośno z ulgą.
Winda zatrzymała się na trzecim piętrze. Dopiero teraz zwrócił uwagę, że choć w mieszkaniu miał wrażenie patrzenia na świat z wysokości około dziesiątego piętra, to guzików było tylko 8. RC i od jedynki do siódemki. On sam wsiadł na piątce, co nie miało żadnego sensu.
Drzwi się otworzyły i do środka wszedł mężczyzna w szarej jesionce, ciągnący za sobą kraciastą torbę na kółkach, po brzegi wyładowaną zakupami. Spod zamkniętej klapy wystawały jak rogi dwie bagietki. Przyjrzał się torbie z zainteresowaniem – bardzo przypominała podstawowe wyposażenie każdego emeryta z XXI wieku, on sam nie ruszał się bez takiego sprzętu na bazar. Ta jednak miała dodatkowo przymocowane do stelaża szelki, jak plecak.
– Dzień dobry – powiedział do towarzysza podróży. – Wszystko w porządku?
– W porządku to będzie, jak jeszcze obskoczę trójkę i szóstkę, chwilę mi zajmie, żeby się przebić przez te błota. Nieźle to wymyślili, jebaniutcy, co nie? Wszystko tak pięknie opracowane, a chodników kurwa nie ma. Bo natura. Trzy razu już petycję żeśmy z siódemki wysyłali, bo u nas serwisy i na dodatek żadnych smikardów ani szomerów nie ma jak u was, żeby się na dachu urządzili. No to musimy zapierdalać na te pielgrzymki, kurwa jego mać, raz w tygodniu biorę wolne, bo żona nie daje rady, z kręgosłupem od okupacji problemy. Natura, kurwa. Naturę to niech sobie robią, gdzie klimat na to pozwala. U siebie w Afryce najlepiej.
Kiwał głową z życzliwym zainteresowaniem, nie rozumiejąc ani słowa z tej przemowy. Pomyślał, że polska cecha każąca na pytanie „co słychać?” odpowiadać zgodnie z prawdą i ze szczegółami, ma swoje ciemne strony.
– Pomoże mi pan z korbiarką? – zapytał towarzysz podróży, wskazując na torbę, kiedy winda zatrzymała się na parterze. Ludwik przytaknął skinieniem głowy, mężczyzna odwrócił się i pochylił, opierając dłonie na kolanach.
Podniósł ciężką torbę – czując się rozkosznie młodym i silnym – i pomógł mężczyźnie wsunąć ramiona w jej szelki.
– Wielkie dzięki. Dobrego! – krzyknął mężczyzna, poprawił kołnierz jesionki i wymaszerował z windy.
Ludwik wyszedł za nim do holu. Przestronnego i przeszklonego, na planie kwadratu. Ściana z trzema windami i drzwiami prowadzącymi zapewne na klatkę schodową była lita, pozostałe trzy natomiast szklane, co pozwalało zobaczyć, że, po pierwsze, blok nie stoi swoją podstawą na gruncie, lecz na betonowych nogach poustawianych pod różnymi kątami, skrzyżowanie żuka ze statkiem kosmicznym. Po drugie – wszystkie sąsiadujące budynki zostały skonstruowane identycznie. Gdzie spojrzeć, na bliższym i dalszym planie krzyżowały się ze sobą betonowe odnóża, pomiędzy którymi chodzili ludzie, wielu z takimi samymi torbami na plecach jak ta, którą przed chwilą podnosił.
Rozejrzał się, ale w zasięgu wzroku nie znalazł niczego, co by wyglądało na sklep spożywczy. Tylko bloki i ich betonowe nogi, żałował, że nie spytał faceta w windzie, skąd niesie pieczywo.
Obok wind znajdowała się mała kanciapka, z całą ścianą pokrytą małymi karteczkami z odręcznie wypisanymi nazwiskami lokatorów. Wśród lokatorów piątego piętra znalazł swoje nazwisko.
W kanciapce siedział dozorca, czytał gazetę i palił papierosa bez filtra. Dozorcy, jak wiadomo, dzielą się na latających z miotłą cieciów i na dostojnych kierowników nieruchomości, ten należał zdecydowanie do drugiej kategorii, wyglądał na arystokratę czystej krwi, który nigdy nie pohańbił się nawet minutą pracy fizycznej, a szmatę do podłogi widział tylko na ilustracjach w książkach przedstawiających codzienność ubogich i dalekich cywilizacji. Garnitur, krawat, zapięta pod szyję koszula, wybrylantynowane włosy, zaczesane na gładko i tak świecące, że przypominały czuprynę ludzika lego. Wąsik wypielęgnowany do ostatniego włoska, jakby dozorca miał asystenta, który niczym innym poza dbaniem o zarost pana kierownika się nie zajmuje.
Zauważył Ludwika i utkwił w nim pytający wzrok. Nie powiedział ani słowa, nie wyjął też papierosa z ust. Patrzył, niby zachęcająco, ale tak naprawdę z sugestią, żeby odejść i nie zawracać mu głowy. Ludwik myślał gorączkowo, nie miał pojęcia, jak sformułować pytanie, żeby nie wyjść na wariata, który nie wie, gdzie jest sklep spożywczy.
– Zimno dziś, cholera – powiedział w końcu.
Cieć nawet nie drgnął.