Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„Zimowy wiatr na twojej twarzy” to przejmująca panorama ludzkiego losu, z którego kpi wielka historia. Najnowsza i najbardziej osobista powieść autorki bestsellerowej „Szmaragdowej Tablicy”.


Zimowy wiatr na twojej twarzyLata dwudzieste XX wieku. W górach Asturii rozbija się samolot – ta katastrofa odmienia życie pewnego mieszkańca wioski leżącej u ich podnóża.

Bohaterowie tej poruszającej powieści biorą udział w hiszpańskiej wojnie domowej, walczą w hiszpańskiej Błękitnej Dywizji na froncie wschodnim i w wyniku zdumiewających zbiegów okoliczności działają w polskim ruchu oporu – mamy tu Warszawę okresu okupacji, walkę w partyzantce, ucieczkę z transportu do Auschwitz.

Nie wszyscy odnajdują się w nowym powojennym porządku.

„Zimowy wiatr na twojej twarzy” to przejmująca panorama ludzkiego losu, z którego kpi wielka historia.

Carla Montero, hiszpańska pisarka, jest absolwentką prawa i zarządzania w biznesie, jednak od zawsze uwielbiała pisać. Jej debiutancka bestsellerowa powieść „Wiedeńska gra” otrzymała nagrodę Círculo de Lectores. „Szmaragdowa Tablica”, jej druga powieść, także okazała się bestsellerem.

Carla Montero
Zimowy wiatr na twojej twarzy
Przekład: Wojciech Charchalis
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 24 października 2017
 
 

Zimowy wiatr na twojej twarzy


Ty, coś na twarzy czuł zimowy wiatr,
Widziałeś chmury śniegowe we mgle,
Śród lodowych gwiazd czarne szczyty drzew,
Wiosną czas zbiorów będziesz miał.

JOHN KEATS

Wiem, że do kresu zbliżę się przeznaczeń
W chmurach przeszytych na nieboskłonie;
Nie nienawidzę tych, z którymi walczę,
Nie umiem kochać tych, których bronię.
W Kiltartan Cross ojczyznę mam na ziemi,
Moją siostrą tamtejsza jest bieda;
Ani jej losu klęska nie odmieni,
Ani zwycięstwo szczęścia jej nie da.
Nie obowiązek wzywał mnie do bitew,
Patos orędzia czy poklask tłumu,
Własne pragnienia porwały mnie skryte
W nieba wrzawę i obłoków tumult.
Wszystko zważyłem i przywiodłem na myśl,
Wielka otchłań przyszłość moją wchłania.
I przeszłość w wielkiej waży się otchłani
Na szalach życia i umierania.

WILLIAM BUTLER YEATS
Lotnik z Irlandii przeczuwa swą śmierć
(przeł. Artur Międzyrzecki)

Prolog
Październik 1990

Czaszki. Wyraźny kształt kości pod pergaminową skórą, przezroczystą. Patrzyły na nią puste oczodoły, błagały. Czarno-białe duchy. Czuć swąd prochu i krwi. Pijani Rosjanie, fałszując, śpiewają piosenki, których nie potrafi zrozumieć. Są blisko, bardzo blisko. Orientalne oczy i zgniłe usta; smród wódy. Groźba karabinu i obsceniczna mina. Na koleni, faszystskaja suka!
Ocknęła się przestraszona. Pociła się, mimo że koc zsunął się na podłogę i chłodne powietrze muskało jej skórę. Przez kilka sekund nie mogła rozpoznać znajomych kształtów pokoju i uspokoić oddechu. Przez szparę w okiennicach wnikał szary promyk. Światło nadchodzącego poranka.
Już nie uda się zasnąć, wiedziała o tym. Cicho wstała z łóżka. Zimna podłoga pod stopami pomogła odpędzić resztki snu. Stawiając pierwszy krok, sztywny jak krok starej lalki, poczuła dziwne ukłucie w biodrze. Miała tylko nadzieję, że to nie zapowiedź rwy kulszowej; kiedy nieszczęsna wejdzie w nogę, nie sposób jej stamtąd wyrzucić.
Skrzypienie schodów obudziło Laszla; stary seter drzemał przy wygasłym kominku. Jak co rano przywitał ją przy pierwszym stopniu, zawzięcie merdając ogonem i niestrudzenie obwąchując jej ubrania. Pogładziła go po kudłatym brązowym grzbiecie i obiecała mu jedno z tych psich ciasteczek, które Pablo przywozi z miasta. W kuchni otworzyła okno, żeby wpuścić do środka szary, chłodny poranek i ćwierkanie ptaków. Otuliła się długim wełnianym szalem i nastawiła ekspres. Zwyczajny zapach kawy napełnił całe wnętrze życiem, a jej ciało energią. To był zapach domu. Wypiła zwyczajową filiżankę, powoli, rozmyślając nad niewieloma obowiązkami czekającymi ją tego dnia. Laszlo, któremu jedno ciasteczko nigdy nie wystarczało, wylizywał podłogę w poszukiwaniu okruszków. W sumie zabijał czas, czekając, aż jego pani przygotuje się do porannego spaceru.
Zwykle myła twarz różanym mydłem i zimną wodą, spinała włosy w zgrabny kok i narzucała na siebie jakiekolwiek wygodne ubranie. Później otwierała drzwi na dwór i patrzyła w niebo. Tego dnia ściągnęła z wieszaka nieprzemakalny płaszcz, ale zrezygnowała z parasola. Nie lubiła parasoli, wolała czuć na twarzy mżawkę. Nigdy nie przeszkadzało jej moknięcie na deszczu; przecież to tylko woda. Laszlo czekał cierpliwie na otwarcie furtki, po czym rzucił się na ulicę i biegł zygzakiem po poboczu kilka kroków przed nią. Zwierzak znakomicie znał drogę, od lat codziennie tę samą: pośród pól do pustelni, brzegiem strumienia i koło cmentarza. Zatrzymają się na chwilę na moście, żeby nasłuchiwać i węszyć. Głosy strumienia i bydła wznoszące się w stronę gór; w oddali kukułka. Woń wilgotnej ziemi i palonego drewna, budzącego się bukowego lasu. Do tego czasu Laszlo wysika się już kilka razy w swoich ulubionych miejscach, pobawi się kilkoma patykami i może zje jakiegoś chrabąszcza. Potem ruszą drogą w stronę wioski zawieszonej na zboczu, będą szli pod górę po kocich łbach ulic pokrytych lśniącą rosą jak warstwą lakieru. Przejdą obok romańskiego kościoła i kolumnady jego atrium dokładnie w chwili, kiedy dzwony będą wybijać ósmą. I w ciszy, z echem ostatnich uderzeń dzwonu, zatrzymają się przy małej płycie wciśniętej w jedną ze ścian świątyni. Na białym kamieniu data i trzy francuskie nazwiska wypisane na czarno. Bez mogiły.
Każdy obcy pytał o historię tej niewielkiej pamiątki, zaskakującej w tym miejscu. A don Telmo, proboszcz, uznawał za stosowne opowiedzieć ją przy każdej nadarzającej się okazji. Ona jednak nie. Lena nie lubiła opowiadać o historii francuskich lotników. Było to coś nazbyt osobistego, niemal intymnego. Wspomnienie, które przechowywała jak klejnot. Bo tam się wszystko zaczęło. Początek życia równoległego, niczym tory kolejowe.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Czerwiec 1927

Grzmot przeszył powietrze i rozbrzmiał pośród szczytów gór. Nie trzeba było długo czekać na świetliste echo błyskawicy, już po chwili białe światło zalało pokój. Lena nie potrafiła zrozumieć, jak jej siostry mogą twardo spać – Renata zwyczajnie pochrapywała – przy takiej burzy! Nawet bydło było niespokojne, słyszała, jak kopie i dyszy na dole, w oborze. A jednak nic nie zakłócało snu dziewczynek, zupełnie nie przeszkadzały im ani burza, ani ulewny deszcz hałaśliwie bębniący o blaszany dach niczym fanfary w wiejskie święto.
Lena lubiła deszcz; nieprzerwane bulgotanie wody i te nieprawdopodobne, wyczuwalne każdy z osobna zapachy wsi: drewno, mech, glina… Burze, dla odmiany, wzbudzały u niej szacunek – były jak kłótnia; kłótnia żywiołów.
Jednym susem wypadła z łóżka i oparła się łokciami o parapet uchylonego okna. Pod złotym światłem lampy ulicznej krople wody rozbijały się o biało-niebieską tabliczkę z zardzewiałymi krawędziami, obwieszczającą jedyny telefon w promieniu wielu kilometrów. Niskie chmury połknęły szczyty i ledwie było widać most znaczący koniec wioski. Spektakl świateł i dźwięków rozgrywał się, nie bacząc na brak publiczności, za nic mając podszytą niepokojem uwagę dziewczynki. Wtedy to się stało. Lena nawet nie zdążyła zrozumieć, co zaszło. Cień, który runął z wysokości, a po nim eksplozja wysoko w górach. Kula ognia przeszyła chmury i rozpłynęła się na ciemnym niebie, zostawiając po sobie pomarańczowawą poświatę i słup dymu gęsty jak smoła. Burzę zabarwiło czarne magiczne zaklęcie. Lena się przeżegnała i natychmiast wybiegła z sypialni prosto do pokoju naprzeciwko.
– Guillén, Guillén… – wyszeptała, potrząsając gwałtownie jedną z czterech osób leżących na dwóch złączonych łóżkach. – Guillén, obudź się.
– Co się dzieje?… Daj mi spać… – Tylko tyle wykrztusił chłopak zdrewniałym językiem, po czym naciągnął koc na głowę.
Ona jednak wcale nie miała zamiaru go słuchać.
– Coś wybuchło w górach… Słyszysz mnie, Guillén? Spadło z nieba, narobiło strasznego hałasu i zamieniło się w ognistą kulę… Jeszcze się pali… – wyszeptała, hamując cisnące się do gardła emocje.
– Przyśniło ci się, Lena… Wracaj do łóżka.
– Nie! – Zerwała z niego koc i odkryła twarz chłopaka. – Przysięgam, że nie spałam. Patrzyłam na burzę przez okno.
– Jesteś mokra! – przestraszył się Guillén, trochę bardziej rozbudzony.
– Mówiłam ci, wyglądałam przez okno. Musisz mi uwierzyć. Coś wybuchło w górach.
– To na pewno błyskawica. Idź wreszcie do łóżka i daj mi spać.
Urażona Lena podparła się pod boki. Musiała się zastanowić, jak sobie poradzić z takim lekceważeniem. Po kilku sekundach położyła się obok Guillena.
– Ale co ty robisz?
– Pozwól mi spać z tobą… Boję się… U nas w pokoju obie śpią.
– Tutaj też wszyscy spaliśmy – fuknął Guillén, niechętnie robiąc miejsce wpychającej się do łóżka Lenie.
– A jeśli to anarchiści?… Albo bolszewicy? Ksiądz mówi, że to dzikusy.
– Żadni tam wicy… ani inni… – Guillén dał za wygraną. Znał to zdecydowane spojrzenie Leny. Mógł je dojrzeć nawet po ciemku. – Ech… rób, co chcesz, tylko zamknij się już i daj spać.
Zadowolona Lena skuliła się na skraju materaca. Połowa ciała zwisała jej za łóżkiem, a mała poduszka nie wystarczała, żeby wesprzeć na niej głowę. Ale nie przeszkadzało jej to. Czuła się tam pewnie, a była w stanie spać nawet na czubku igły. Myślała, że Guillén śpi, ale po chwili chłopak wyciągnął poduszkę spod głowy i podsunął ją Lenie. Bez słowa wsparł głowę na ramieniu i zamknął oczy. Ona uśmiechnęła się.
– Dziękuję – szepnęła, zatapiając policzek w jeszcze cieplutkiej poduszce.
On nie odpowiedział.
Mimo pewnej szorstkości w zachowaniu Guillén był dobrym chłopcem. Jej ulubionym bratem. Chociaż tak naprawdę to był jej bratem przyrodnim.
Lena doskonale pamiętała dzień, w którym pojawił się w wiosce. Od dziecka cherlawy i tyczkowaty, wiecznie uczepiony maminej spódniczki; na imię miała Balbina. Była kobietą nadzwyczaj wysoką i chudą, w wiecznej żałobie po mężu, wcale nieprzystającej do jej nieustannie serdecznego uśmiechu. Ona i mały Guillén przeprowadzili się z Madrytu, żeby zająć rozpadającą się chatkę na skraju wioski, odziedziczoną po ciotce, ciotce Ignacii, która umarła ze starości, gdy doiła kozę (głowa opadła jej na grzbiet zwierzęcia, jakby wsparła się na nim dla odpoczynku). Lena i jej bracia myśleli, że Guillén, syn Balbiny, jest opryskliwy i zarozumiały, że udaje ważniaka, bo przyjechał ze stolicy. Jednak on cierpiał na chorobliwą nieśmiałość. I prawda jest taka, że kilka lat później, kiedy już stał się członkiem rodziny, ledwie rozmawiał z Leną, a z resztą prawie nigdy. W czasie, gdy ta dziwna para pojawiła się w wiosce, wzbudzając najbardziej fantastyczne, raczej nieprzychylne plotki, Lena matkowała rodzeństwu od niemal sześciu lat; jej prawdziwa matka zmarła przy porodzie. Dlatego dziewczyna odczuła swego rodzaju ulgę, kiedy niedługo po przybyciu młodej wdowy dowiedziała się, że jej ojciec i Balbina mają zamiar się pobrać. Jej bracia – szczególnie Pepe, najstarszy – niechętnie przyjęli w domu macochę, intruza; tylko Lena się cieszyła. Kobieta jednak w krótkim czasie zjednała sobie całą rodzinę. Była uważna, cierpliwa, czuła, gotowała jak anioł i z pomocą katechizmu uczyła dzieci czytać i pisać; w lecie nawet bawiła się z nimi w chowanego na łące. Balbina wniosła do domu wszystko to, czego Ramón, ojciec rodziny, nie mógł albo nie był w stanie im dać, całkowicie pochłonięty pracą kolejarza i do końca życia skazany na gorycz z powodu śmierci pierwszej żony. Ramón był mężczyzną nieokrzesanym, z odciskami na rękach i brodą niczym papier ścierny na poczerniałej od węgla twarzy; jego pocałunki i pieszczoty drapały.
Tymczasem Guillén prześlizgiwał się niczym samotny cień po domu wypełnionym piszczącymi dzieciakami – siedmiorgiem od narodzin Matiasa, owocu małżeństwa Ramona i Balbiny. Lena przewróciła się w łóżku, żeby popatrzeć na Guillena pogrążonego we śnie. W wieku piętnastu lat dalej jest dziwnym chłopcem, ale ma dobre serce, pomyślała, zanim zamknęła oczy i pogrążyła się w modlitwie różańcowej, żeby łatwiej zasnąć.

*

Codziennie, oprócz niedziel, rodzina wstawała przed świtem. Ramón pierwszy wychodził z domu, kierując się na swoje stanowisko hamulcowego w kolei górniczej; czapka naciągnięta na uszy i węzełek z obiadem. Wracał dopiero późnym wieczorem; siadał nad talerzem duszonych jarzyn, które metodycznie pożerał, wypalał papierosa, wychylając przy tym przydziałową szklankę wina, zbierał rodzinę na różaniec i po modlitwie kładł się do łóżka. Balbina, która wstawała jeszcze wcześniej niż Ramón, krzątała się pomiędzy garnkami i zwierzętami, zajmując się domem i obejściem – rodzina miała koguta, sześć kur, kilka królików i cztery kozy, ponadto kawałek ziemi, gdzie uprawiali warzywa i kilka drzew owocowych. Zajmowała się też najmniejszymi dziećmi. Tylko Pepe i Lena z niejaką regularnością bywali w szkole.
Wioska, zasiedlona przede wszystkim przez robotników kolejowych i chłopów, miała własną szkołę dla czterdziestki dzieciaków, które tam mieszkały. Jednak kiedy zmarł nauczyciel, szkoła została zamknięta i z powodu gnuśności mieszkańców i władz nigdy więcej jej nie otworzono. Z tej czterdziestki mniej niż połowa pokonywała długą drogę pieszo do sąsiedniej wioski, a spośród nich niewiele czyniło to regularnie, wszak w okolicy dzieci były potrzebne do pomocy przy licznych obowiązkach domowych i nie miały czasu przesiadywać w ławkach, żeby uczyć się cyfr i liter, których z całą pewnością nigdy w życiu nie użyją. Do tych okoliczności należało dodać surowość klimatu: ulewne deszcze jesienią i obfite śniegi w zimie często zrywały drogi i zmuszały maluchy do pozostania w domach. Pepe, który od zawsze był chłopcem żywym i niespokojnym, a przy tym wyróżniał się w arytmetyce i czytaniu, co rano zachęcał Lenę do przezwyciężenia lenistwa, włożenia butów i wyjścia do szkoły mimo deszczu czy śniegu. On niósł obiad dla siostry, zeszyt i ołówek i zawsze trzymał dziewczynkę mocno za rękę, w drugiej trzymając kij na zwierzęta, które mogły pojawić się na drodze. Balbina starała się, żeby Guillén im towarzyszył, ale chłopak, który był częstym przedmiotem kpin i kar, bardzo szybko się zniechęcił do szkoły. I chociaż czasem matka używała pasa jako środka perswazji, on wolał spędzać dnie w górach, prowadząc kozy po stromych wzgórzach, i wylegiwać się w trawie, patrząc na pasące się stado. Poza tym, według Ramona, peseta, którą na tym zarabiał, nie za bardzo pomagała przekonać opornego chłopaka do zalet wykształcenia.
Tamtego czerwcowego dnia, wróciwszy ze szkoły ze słodką perspektywą nadchodzących wakacji, Pepe i Lena zastali w wiosce nadzwyczajne poruszenie. Większość mieszkańców, na czele z alkadem – lokalnym kacykiem, brzuchatym i niezbyt dbającym o higienę osobistą, który sprawował władzę, uciekając się do ciemnych machinacji – zebrała się na placu przy studni. Wszyscy gestykulowali żywo i przekrzykiwali się nawzajem. Pośród nich znajdował się również don Mariano, proboszcz, co bardzo dziwne, bo nie rozmawiał z alkadem od czasu, kiedy tamten zmusił go do powieszenia plakatu Unii Patriotycznej na dzwonnicy, chcąc się przypochlebić rządowi Prima de Rivera. Najbardziej zaskakująca była jednak obecność patrolu Guardia Civil, w czarnych pelerynach i lakierowanych trójgraniastych czapkach, wyróżniających się pośród burego wiejskiego tłumu.
– Co się dzieje? Skąd to zamieszanie? – zapytała Lena, wchodząc do kuchni.
Balbina, która pewnie była jedną z niewielu osób niebiorących udziału w zbiegowisku, obierała kartofle nad wiadrem, siedząc na swoim małym wiklinowym stołeczku.
Lena wzięła kawałek marchewki.
– A bo ja wiem… – odpowiedziała Balbina, nie odrywając oczu od roboty. – Mówią, że w górach rozbił się samolot… Jezu, co za czasy…
Lena niemal zakrztusiła się marchewką. Szeroko otworzyła oczy, znieruchomiała, jakby dochodziła do siebie po straszliwym szoku, po czym niemal natychmiast wypadła z domu jak huragan.
– Lena! Dokąd lecisz, dziewczyno? Musisz iść do studni…! Lena!