Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„Cztery drogi” to debiutancka powieść Tommi Kinnunena, uhonorowana najważniejszymi fińskimi nagrodami literackimi.


Cztery drogiOto wnikliwy portret ludzi, których marzenia okazały się większe niż możliwości. Przekonująca, wzruszająca powieść o Finlandii, zwykłych ludziach, wielkich domach i niewygodnych sekretach.

Maria, położna i samotna matka, zyskuje sobie szacunek lokalnej społeczności dzięki zimnej krwi, z jaką odbiera nawet najbardziej skomplikowane porody.

Jej córka Lahja otwiera zakład fotograficzny, lecz przede wszystkim za wszelką cenę stara się utrzymać swoje małżeństwo. Jednak jej mąż Onni, podróżując od miasta do miasta w ramach pracy, szuka krótkotrwałego szczęścia w przelotnych romansach.

Kilkadziesiąt lat później Kaarina urządza dom odziedziczony po teściu. Kobieta postanawia poznać prawdę o przodkach swojego męża, do tej pory starannie przemilczaną przez rodzinę.

Debiutancka powieść Kinnunena została uhonorowana najważniejszymi fińskimi nagrodami literackimi.

Tommi Kinnunen
Cztery drogi
Przekład: Sebastian Musielak
seria: Don Kichot i Sancho Pansa
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 7 października 2015
 
 

Cztery drogi


Wbij to sobie do łba.
(Nie przejmuj się, nie daj po sobie poznać, nie reaguj).

Szpital • 1996

Ból wali we mnie jak fala o brzeg. Dopada i wbija w łóżko. Uderzenia tłumi ciecz spływająca z kroplówki do żyły. Ciało odczuwa palące rwanie, ja nie.
Johannes trzyma mnie za rękę, Kaarina za drugą. Ta kobieta mieszka ze mną pod jednym dachem od ponad trzydziestu lat, a ja ciągle nie mówię do niej po imieniu.
Znów widzę całą scenę, choć nie było mnie tam wtedy.
Okno na piętrze otwiera się na oścież. Najpierw pojawia się głowa, potem nagi tors. Szybkie spojrzenie na boki i zaraz potem w dół. Ile to metrów?

Nogi wykręcają mi się pod kołdrą, widzę je, ale ich nie czuję. Johannes próbuje coś mówić, ale przerywa w pół słowa. Nie mam siły go słuchać. Sznuruje wargi tak samo jak Onni. Jak jego ojciec.
Trudno mi oddychać. Nie chcę tego znowu oglądać, już nie chcę.
Cofa się do pokoju, chwyta koszulę i rzuca ją razem z butami za okno.
Walenie do drzwi. Na brzegu łóżka tamten, skamieniały ze strachu. Zaraz trzeba będzie otworzyć drzwi, inaczej je wyważą.

Dobrym mężem był ten Onni. Nie pił ani nie bił. Nie zaniemówił po wojnie, nie budził się w nocy zlany potem. Nie walczył znowu o karelskie rzeki, nie forsował lapońskich bagien. Wszystkiego się ten Onni po wojnie imał. Ledwo we wsi stanęły nowe domy, już zaczął robić do nich meble i zapełniać nimi puste pokoje. A kiedy już każdy miał stół, łóżko i kredensik, umyślił sobie jeszcze tkać ludziom zasłony.
O dzieci dbał. I lubił je, nawet tę Helenę. Ciągle im jakieś zabawy wymyślał.
Siada na parapecie, najpierw jedna noga, potem druga. Obraca się, chwyta za deskę i zwiesza nogi za okno. Chwilę dyndają. Wiem, że patrzy w stronę łóżka, wyciąga rękę na pożegnanie, a może prosi o pomoc. Puszcza futrynę i zgina kolana, do ziemi daleko.

I dom zbudował, duży i piękny, że próżno drugiego takiego szukać. Dobrym mężem był. Tylko nie dla mnie. Nie dla mnie. Raz w miesiącu jechał pocztowym samochodem do Oulu. Rzekomo odebrać zamówienie: a to tarcza do piły była mu potrzebna, a to klon na krzesła, bo u nas nie rośnie. A potem preteksty się skończyły. Domyślałam się od samego początku, ale nie wierzyłam. Chciałam go tylko dla siebie.
Skacze w głęboką zaspę, stacza się na róże. Do spoconych nagich pleców klei się śnieg.
Podnosi się. Zbiera ze śniegu buty i koszulę. Zwalnia na chwilę, byle tylko wcisnąć na nogę prawy but i zaraz potem lewy.
Drzwi na piętrze się otwierają i do pokoju wbiegają tamci. Jeden podbiega do okna i patrzy. Przywołuje resztę i pokazuje im, gdzie on ucieka.

Jak Onni ostatni raz jechał do Oulu, to wiedziałam, że już nigdy nie wróci.
Gdy zadzwonili z policji, że znaleźli go na Raksili, zdziwiłam się tylko, że nie użył tego swojego mausera, którego dwanaście lat chował pod schodkiem wygódki.
Johannes się porusza. Przymykam lewe oko, jednym lepiej mi się patrzy. Moje kciuki wpijają im się w dłonie. Puszczam rękę Johannesa, żeby nie miał siniaka. Kaarinę trzymam dalej.
Śnieg sięga mu do kolan. Pospiesznie wciąga koszulę. Kiedy ją zdejmował, jeden rękaw wywrócił się na lewą stronę. Przy furtce się waha, w którą stronę pobiec. Rzuca się w lewo, choć wie, że to bez znaczenia. Uciekaj! – krzyczę za nim, choć wiem, że tego nie słyszy. Nie może i nie chce. A przecież jestem teraz inna niż wtedy.

Za okiem powoli pulsuje rozżarzony węgiel i pali do żywego, ale tamtego przerzutu już nie pozwoliłam kroić. Ból usuwa w cień rozdzierające obrazy. Przetacza się gorącymi falami przez całe ciało, naprężam się w ich rytmie i znowu wiotczeję. W tym kołysaniu ściana sali rozpływa się w powietrzu i widzę teraz lato z dzieciństwa. Unoszę się na powierzchni lodowatej wody, prąd rzeki wlecze moje długie włosy po piaszczystym dnie. Na brzegu matka gotuje zakrwawione fartuchy. Wyciąga szyję, szuka mnie wzrokiem. Ukryłam się za wikliną, ale mnie widzi i wybucha śmiechem.
– Chodź, Lahja, wypłuczesz mi pranie, skoroś już weszła do wody.
Już nikt przed nikim nie ucieka, więc i ja się śmieję i chwytam sięgającą wody gałązkę, przez listki sączy się na taflę plama słonecznego światła.
Jestem teraz córeczką mamy. Przed wojnami. Przed Onnim.
Matka, rzeka i wiklina bledną i stapiają się z białymi kafelkami. Słońce wybarwia się w jarzeniówkę. Czuję, że jest już blisko. Nareszcie.
Słyszy własne tętno, swój oddech i krok. Boi się nawet obejrzeć i ocenić, ile ma przewagi nad pościgiem.

Kaarina wyciągnęła już rękę z mojej dłoni, siedzi teraz pod oknem.
Widzę jego oczy – oczy spłoszonego konia, oczy prowadzonego na rzeź byka, który poczuł odór krwi.
Biegnie więc przed siebie, ile sił w nogach, choć nie ma dokąd. Ale najważniejsze teraz to nie dać się złapać goniącym go rzeźnikom.
Kaarina wpatruje się we mnie.

Dokąd on idzie? Oddala się ode mnie. Już go nie widzę!
Ktoś mnie ciągle trzyma za drugą rękę. To musi być Johannes. Chcę obrócić głowę, ale nie mogę. Ból miażdży mi plecy. Krzyczę, lecz nie czuję żadnego ruchu warg.
– Nie uciekaj ode mnie!
Kaarina coś mówi. Nie rozumiem jej. Naprężam się, wyginam niemal wpół. Krzyczę, bardzo pragnę, by Onni mnie usłyszał, choć już tyle lat minęło.
– Wróć do mnie!
Kaarina się odzywa. Nie słyszę, co mówi.
Tak bardzo pragnę, żeby do mnie wrócił.
Otwierają się drzwi sali i wchodzi Johannes. Kaarina wstaje, coś mu tłumaczy. Johannes podbiega do łóżka. Kaarina pospiesznie wychodzi. Wypuszczam powietrze z płuc, tułów się prostuje, zapada z powrotem w pościel.
Czuję na dłoni mocniejszy uchwyt. Tak pragnę zobaczyć, kto to jest. Mięśnie szyi nie słuchają, ale usiłuję skierować wzrok na lewo. Widzę go jednym okiem. To Onni. Spocony i zdyszany. Trzymam go za rękę, jest gorąca.
– Wybacz mi – mówię błagalnie, a on nieznacznie potakuje głową. Potem spogląda mi prosto w oczy.
Wciąż taki przystojny.

Maria

Przysięgam na Pana Boga i na Jego Święte Ewangelie, że będę odbierać poród u każdego, kto się do mnie o pomoc zwróci. U wysoko i nisko urodzonego, u bogatego i biedaka, tak w dzień, jak i w nocy.
– PRZYSIĘGA POŁOŻNEJ, 1890 –

ul. Ślepy Kąt • 1895

Oczy Marii powoli przyzwyczajały się do mroku. Izba była niewielka. W dwóch przeciwległych ścianach były maleńkie okienka, ale połowę jednego zasłaniał obrzynek deski i tylko przez drugie wpadało do środka trochę światła jesiennego popołudnia. Od samego progu izby wznosił się prosty kamienny piec, na którym zapalono akuszerkom łuczywo, choć na dworze było jeszcze widno. Piec miał już komin, ale ściany były czarne jak smoła. Na warsztacie leżał szary zaczątek chodnika. Rodzącą umieszczono na ziemi na czworakach i oparto o łóżko. Deski podłogi były usłane zakrwawionymi gałganami.
Marię przywieziono dopiero dziś. W tutejszej parafii położnej do porodów z reguły nie wołano, a tej nowej, młodej to już nikt w ogóle nie chciał. Jej poprzedniczka całkiem się rozpiła w tej zapomnianej przez Boga i ludzi tajdze – przebrała się jej miara krwi i śluzu, trudnych porodów i zmarłych z wycieńczenia matek. Podobno za cztery tylko miesiące wykrwawiło się w parafii aż pięć położnic, bo ta pijanica nie była w stanie nawet wyjść z domu. Raz zimą wcisnęli ją jakoś między płozy sanek i opatulili futrami i kobiercami, a i tak zaraz wypadła i wielki lament podniosła. Woźnica próbował ją więc do sanek przywiązać, ale tak się szarpała i darła wniebogłosy, że musiała na koniec wracać do domu na czworakach jak pies.
Dlatego nowej położnej od miesięcy nikt do porodu nie wołał, nawet kościelny nie brał jej ze sobą do szczepień. Owszem, we wsi kościelnej pomogła powić kobietom kilka bachorów, które i bez jej pomocy same by na świat przyszły i przy życiu się utrzymały, poza tym jednak nie mogła się poszczycić w parafii żadną reputacją. A że każda najmniejsza wioska miała swoje akuszerki, babki i mądre, które z niejednej wrzeszczącej chłopki wyciągały oporne potomstwo, a i umiały szybko je ochrzcić, jeśli zaszła potrzeba, o położnej z dalekiej wsi kościelnej nikt tam nawet nie myślał. Taka młoda, bez dziecek. Co taka mogła wiedzieć o kobiecych sprawach?
Kiedy więc wczesnym wieczorem zapukała do drzwi jej izby żona kantora, Maria aż się wzdrygnęła, bo już się rozbierała i myślała położyć, choć szło dopiero na piątą.
– Czy Maria jeszcze nie śpi? – spytała kantorowa i nie czekając na odpowiedź, otworzyła drzwi i przekuśtykała przez próg. – Kobieta przyjechała i o położną pyta.
Maria owinęła ramiona szalem i poszła za kantorową do drewnianej werandy. Stała tam drobna staruszka i popatrywała niespokojnie w okna. Kiedy zobaczyła Marię, zsunęła z głowy czarną jedwabną chustę i się przedstawiła.
– Pojechałaby położna do nas? – spytała staruszka i dla pewności dygnęła przed Marią, tyle młodszą. – Nim się bardziej zmroczy.
Żona kantora użyczyła im bryczki, życząc wylewnie na drogę pokoju Pańskiego. Zasłużyła już na własne dziecko, pomyślała Maria. Bo kantorowa zawsze tak się ożywiała, kiedy inna miała rodzić. Potrafiła jechać wyboistym gościńcem wiele wiorst tylko po to, żeby zobaczyć nowo narodzone dziecię i je ucałować, czym zawstydzała biedne położnice leżące w izbach upstrzonych mysimi bobkami na spróchniałych deskach. Szczęściem nie przyjeżdżała nigdy z pustymi rękami – brała zawsze w drogę świeżo upieczony chleb, tłusty ser i gęstą maślankę. Wiele położnic i jeszcze więcej noworodków zawdzięczało pewnie życie tej tęsknocie kantorowej. I tylko szkoda, że kobiecie, której nie brakowało władzy i pieniędzy, by dziecko chcieć urodzić i na ludzi wychować, los wciąż skąpił potomstwa, a u wychudzonej chłopki w głodowej chudobie co rok to prorok.
W drodze kobiecina w czarnej chuście powiedziała, że jest matką rodzącej i że wybrała się po położną, choć wszyscy byli temu przeciwni. Ponieważ poród trwał już długo i córka czegoś bardzo źle wygląda, staruszka wymknęła się z domu po pomoc. Położna powinna jednak pamiętać, że nawet jej córka nie chciała nikogo spoza wsi.
Takie oto okoliczności zawiodły Marię do tej nędznej chaty. Na schodach siedzieli dwaj mężczyźni i czekali na rozwój wypadków. Spojrzeli znacząco na niemiłego gościa.
– Takie dziecko – prychnął młodszy, bardziej wyglądający na gospodarza.
– Dobrze mieć takie małe rączki – rzekł na to starszy. – Opuść portki, to ci pokaże, o co chodzi – próbował żartować.
Młodszy jednak nie miał powodów do śmiechu i tylko patrzył na położną bez słowa. Maria przepchnęła się do izby między nimi, żaden nie odstąpił na bok.
Rodząca powitała położną wzrokiem udręczonej krowy. Czoło miała zroszone potem. Siedziały przy niej dwie wiejskie akuszerki. Starsza spojrzała na Marię i wstała. Wytarła ręce w ścierkę, brązową już od zaschniętej krwi. Maria postawiła torbę obok balii za progiem. Teraz zauważyła ją młodsza. Starsza tymczasem podeszła do pieca, przytknęła drzazgę do płonącego łuczywa i zapaliła fajkę. Stanęła przed Marią i zmierzyła ją spojrzeniem od stóp do głów. Wyciągnęła rękę i pogładziła ją po ściśniętej gorsetem talii.
– Podfruwajka jeszcze ta nasza nowa położna.
Mądra odwróciła się ku rodzącej i pyknęła z fajki.
– Cisnęły my z każdej strony, ale za Boga nie chce wyleźć. Zakleszczony musi.
Maria patrzyła na unoszący się ku powale dym z fajki. Mądra ciągle przed nią stała. Położna nie widziała rodzącej, bo ta z fajką znów się obróciła twarzą do niej i zasłoniła tamtą. Gdy Maria postąpiła nieco w bok, mądra znowu stanęła jej na drodze.
– Trzy ćwierci jej do śmierci. Za dzieckiem musi pójdzie – wyrzekła akuszerka i Maria pomyślała, że niepotrzebnie tak głośno. Kobiety umierają w porodzie, wiedziała to i bez niej, a rodzącej też nie trzeba o tym przypominać.
– Dużo straciła krwi? – zapytała Maria.
– Dużo, a może i więcej.
– W jakim stanie?
– Żywa jeszcze.
Mądra była od Marii co najmniej dwakroć starsza. Znowu pyknęła z fajki, wypuszczając przez nos dym, który snuł się pod czarny od sadzy pułap. Jej wzrok spoczął na Marii.
– I co rzekniesz, dziewczyno?
Maria odwróciła się i podeszła do progu. Matka rodzącej wślizgnęła się do izby i stała przy drzwiach, patrząc w stronę łóżka. Maria rzuciła jej szybkie spojrzenie i przeniosła je na rodzącą. Kobieta wbiła w nią szklany, nieruchomy wzrok. Młodsza akuszerka masowała jej plecy. Nie przerywając pracy, rzuciła:
– Pójdzie położna przed dom, chłopom raźniej będzie, a zaś zawołamy, jak już będzie co do trumny włożyć.
Maria przeniosła na nią wzrok. Też młoda jeszcze, za młoda na akuszerstwo. Słowa wypowiedziała twarde, ale z jej oczu wyzierał strach.
Za Marią stanęła staruszka w czarnej chuście. Nie spuszczała wzroku z rodzącej córki, która złożyła ciężką głowę na poduszce i nie miała już nawet siły patrzeć.
– Jak mi dziecko stracicie – wyrzekła staruszka, wskazując na córkę – to was pozabijam.
– Co ona gada?
– To moje jedyne dziecko. Nie mam innych.
Młodsza akuszerka spojrzała na starszą, szukając wzrokiem jej oczu.
– Co położna powie?
– Nie dam jej umrzeć.
– Niby jak?
– Jeszcze nie wiem. Ale nie dam.
Mądra spojrzała na Marię i staruszkę w czarnej chuście, po czym odstąpiła na bok, pod piec, niby żeby ostukać fajkę, ale wskazała zarazem głową na rodzącą. Maria wzięła swoją torbę i podeszła do leżącej. Przytknęła palce do jej szyi, sprawdziła puls. Kobieta z trudem rozwarła powieki i usiłowała skupić spojrzenie na Marii.
– Jak na rodzącą wołacie?
– Rieti – odpowiedziała jej matka.
Marii przemknęło przez myśl pytanie, jak też tę Rieti w księgach pastor zapisał: Riikka czy może Frederiikka? A zatem dziewczyna dostała imię po żonie kantora. Kantorowa na pewno się ucieszy, kiedy się o tym dowie. A Rieti nie zabraknie maślanych ciastek.
– Przewróćcie ją na plecy.
Akuszerki spojrzały po sobie, ale usłuchały. Ująwszy rodzącą pod biodra, podniosły ją i złożyły na posłaniu. Starsza starła jej z piersi zimny pot, matka otuliła wyświechtaną derką. Rieti pojękiwała. Maria uniosła brzeg okrycia i złożyła go na brzuchu rodzącej.
Główka dziecka wyszła do połowy, twarz zwrócona była ku Marii. Zielonkawe oczy były otwarte. I nieruchome. Maria dotknęła czoła Rieti. Zimne. Przeniosła ręce na jej brzuch, obmacała boki. Lewą dłoń położyła z powrotem na brzuchu, a prawą ucisnęła ją mocno z boku. Brak reakcji. Młodsza akuszerka uważnie śledziła ruchy położnej, starsza stała przy wąskim okienku, ale i ona przypatrywała się młodej położnej. Maria sięgnęła do torby i wyjęła z niej słuchawkę Pinarda. Przycisnęła ją do naprężonego brzucha i przyłożyła ucho. Nic, cisza. Ostrożnie wsunęła do środka palce po szyjce dziecka i obmacała delikatnie jego bark. Lewy obojczyk był złamany, prawy prawdopodobnie również. Dziecko uwięzło ramionkami w kanale rodnym.
– Od dawna tak jest?
– Trzecią noc wypycha – odparła młodsza.
Starsza pokręciła głową.
– Już teraz z niej nie wyjdzie.
– Nie wyjdzie. – Maria uczyniła palcami mały znak krzyża na czole dziecka.
Rozwarły się drzwi, po podłodze rozlało się zimne powietrze. Stary chłop stanął w progu, młody gospodarz wszedł do izby. Powiódł wzrokiem po kobietach, wreszcie zatrzymał spojrzenie na staruszce w czarnej chuście.
– Żyje?
– Zależy, o kogo pytasz.
Gospodarz nie rzekł ani słowa. Przeszedł powoli w zabłoconych łapciach przez izbę i usiadł na łóżku przy żonie. Powieki kobiety nawet nie drgnęły. Mężczyzna dotknął jej spoconego czoła, lecz zaraz cofnął rękę. Po chwili wahania opuścił ją z powrotem i pogłaskał żonę po włosach.
– Pan Jezus przyjmie cię do siebie i odpuści grzechy.
Kobieta w czarnej chuście wybuchnęła płaczem.
– Co by tu taka mogła poradzić, nieopierzona jeszcze. – Młodsza akuszerka spojrzała wyzywająco na Marię.
Starsza odeszła od okienka i stanęła przy położnej.
– Pochować razem czy osobno? – spytała cicho, żeby inni nie usłyszeli, i położyła rękę na ramieniu Marii. – Jak każą, to ją potem wyciągnę, kiedy już Rieti skona. A we wsi się powie, że ochrzczone było, bo gadać zaczną. To niechaj będzie, że powiła Riikkę.
Maria rozejrzała się po izbie. Na dworze zapadł już prawie zmrok. Młodsza akuszerka odpaliła nowe łuczywo od starego. Zrezygnowany gospodarz siedział na łóżku ze splecionymi dłońmi. Staruszka w czarnej chuście nie mogła się uspokoić. Maria poczuła, że narasta w niej złość.
– Macie w tym domu nóż? – spytała.
– A ta czego jeszcze?
– Musicie mieć nóż.
Matka rodzącej pierwsza się ocknęła i podeszła do stołu.
– Nóż, nóż… – powtarzała machinalnie. – Dajcie położnej nóż.
Maria zebrała się w sobie i rzekła pewnym głosem:
– Gospodarz znajdzie mi nóż. A ty przyniesiesz wiadro – zwróciła się do młodszej akuszerki.
– A na co? – zapytała starsza, choć pomysł jej się nie spodobał.
– Może być cebrzyk od mleka? – spytała młodsza.
– Nie, nie drewniane. Blaszane mi znajdź. Gorąca woda jest?
Starsza obróciła się do pieca, a młodsza wybiegła z izby. Gospodarz ani drgnął, wodził tylko wzrokiem za teściową, która wciąż szukała noża. Stojący ciągle w progu chłop przypomniał sobie, że ma nóż. Odczepił go od pasa.