Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

W nocy z 4 na 5 stycznia na Morzu Śródziemnym tonie łódź z uchodźcami. W tym samym czasie dwoje Szwedów prowadzi śledztwo, które zamienia się w thriller. Los uchodźców przypomina polityczny mord z premedytacją.


Łódź 370. Śmierć na Morzu ŚródziemnymMattias Beijmo, działacz szwedzkich organizacji non profit, i dziennikarka Annah Björk krok po kroku ujawniają kulisy tragedii milionów ludzi, rozgrywających się na naszych oczach.

Ta historia jest symbolem niszczenia świata na naszych oczach, tak jak 3-letni Alan Kurdi stał się symbolem wszystkich dzieci umierających na Morzu Egejskim. Dzięki dociekliwym wywiadom i intensywnym badaniom Mattias Beijmoutorzy i Annah Björk zebrali świadectwa tego, co działo się na ciemnym morzu z łodzią wypełnioną ludźmi. W sprawę uwikłani są prawnicy i sądy w Wielkiej Brytanii, Turcji, Rosji i Libii.

„Łódź 370” to również bardzo osobisty portret dwójki zwykłych ludzi, bez doświadczenia w szpiegostwie, egzekwowaniu prawa lub dyplomacji, którzy decydują się na starcie z przemytnikami, skorumpowaną policją oraz śmiertelnym zagrożeniem. Ich podróż i praca zamieniają się w gorączkowy thriller, w którym ujawnia się tajemnica morderstw z politycznymi podtekstem.

„Łódź 370” demaskuje tych, którzy stoją za globalnym kryzysem uchodźczym. Podnosi głosy ich ofiar i rzuca światło na wielomilionowy przemysł, w którym przemytnicy i politycy z Turcji i UE grają w grę geopolityczną, której stawką jest ludzkie życie.

***

„– Ratujcie nasze dzieci! – krzyczą co sił w płucach, lecz człowiek na pokładzie nie reaguje. Zapala papierosa. Patrzy, jak toną pięćdziesiąt trzy osoby, ale nie reaguje. Zaciąga się głęboko i rzuca w ich stronę niedopałek. Żarzące się resztki opadają w kierunku maleńkiej gumowej łodzi. Człowiek na statku zamyka za sobą drzwi. Więcej go nie zobaczą.”
– fragment

Mattias Beijmo, Annah Björk
Łódź 370. Śmierć na Morzu Śródziemnym
Przekład: Irena Kowadło-Przedmojska
Wydawnictwo Agora
Premiera: 11 października 2017
 
 

Łódź 370. Śmierć na Morzu Śródziemnym


ŁÓDŹ 370 powstała na podstawie licznych wywiadów z ocalonymi i ich rodzinami. Pragniemy podziękować za okazane zaufanie i zgodę na przedstawienie wydarzeń z nocy z 4 na 5 stycznia. Bez was ta książka nie mogłaby powstać. Nazwiska, miejsca i daty są zgodne z rzeczywistością. Niewielkie zmiany wprowadzono z uwagi na bezpieczeństwo osób lub organizacji.

Pamięci tych, którzy utonęli w Morzu Śródziemnym.
Naszym dzieciom.

Łódź wyłaniająca się z ciemności jest nieprawdopodobnie blisko. Widzę ich twarze. Woda przelewa się przez burty. Nie rozumiem słów, ale trudno nie wyczuć w nich lęku. Wchodzimy szybko do wody. Mattias przyciąga gumową łódź i stara się uspokoić ludzi na pokładzie. Są niecierpliwi i wystraszeni – zrywają się na nogi, niektórzy wpadają do wody i kuśtykając, wychodzą na brzeg.
– Nie, siadajcie. Najpierw dzieci! – krzyczę po szwedzku, wskazując na te najmniejsze.
Niemowlęta.
Biorę w ramiona małego chłopczyka, wychodzę szybko na brzeg i podaję go mężczyźnie, który wyskoczył z łodzi. Wracam do wody i biorę jeszcze dwoje dzieci, żadne nie ma kamizelki ratunkowej. Przemoczone od pasa w dół morską wodą w grudniową noc.
Siedmioletnia dziewczynka rzuca się w moją stronę, traci równowagę i znika pod wodą. Chwytam ją i wyciągam na brzeg. Ściągam z niej mokre ubranie i zawijam w koc. Zanoszę do samochodu. Silnik pracuje, ogrzewanie ustawione na maks. Mała uśmiecha się, mimo że była przemarznięta. Odwzajemniam uśmiech. Na brzegu inne dzieci czekają na słowa otuchy, wszyscy marzną i proszą o wodę. Mattias podaje napój energetyczny starszej kobiecie. Kobieta oddycha z trudem.
– Grypa, very sick – mówi zaniepokojony mężczyzna obok.
Wybrzeże otaczają strome góry. Piszę wiadomość, usiłuję ściągnąć lekarza. Podaję swoje położenie i wysyłam jeszcze raz „Lekarz potrzebny teraz”. Stres powoduje, że przestawiam litery, robię błędy. Jest wczesny ranek. Nad Morzem Egejskim, na jasnoróżowym niebie, wschodzi krwistoczerwone słońce.
Trzymam w ramionach kolejne dziecko, dziewczynka jest spokojna i cicha. Ma mokry dres, a nóżki tak lodowate, że nie wiem, czy się kiedykolwiek rozgrzeją. Podchodzi do mnie jej mama, cała zdenerwowana. Wyjmuje z kieszeni smoczek i wymachuje mi nim przed nosem. Smoczek śmierdzi benzyną. Kobieta tłumaczy, że przemytnik po tureckiej stronie zamoczył smoczek w benzynie z silnika i wcisnął dziewczynce do ust. Miała być cicho, nie płakać, nie ściągać uwagi na łódź, żeby mogli niepostrzeżenie odbić od brzegu.
Po drugiej stronie widać słabe światełka Turcji. Mattias wskazuje ręką na morze. Widać tylko świecący na pomarańczowo punkt. To następna łódź. Po chwili coraz więcej punktów, kolejne przepełnione pontony. Ani ja, ani Mattias nie byliśmy nigdy w takiej sytuacji, nie mamy uprawnień medycznych, nie potrafimy ratować życia. Ledwie znamy zasady udzielania pierwszej pomocy.
Jesteśmy na Lesbos, bo nie mogliśmy postąpić inaczej.

Jesteśmy z powrotem w domu i obchodzimy Wigilię rozwodników bez dzieci. W mieszkaniu w zaniedbanej dzielnicy Berlina nie ma choinki, ozdób ani Kaczora Donalda1.

1 W Szwecji tradycją wigilijną jest między innymi oglądanie w telewizji filmów z Kaczorem Donaldem.

Telefon Mattiasa błyska – dociera do nas wezwanie o pomoc z Morza Egejskiego. Help, help! Dwa tysiące trzysta osiemdziesiąt kilometrów od nas. Możemy tylko przekazać alarm do wolontariusza, który pozostał na miejscu. Wigilia jest oczekiwaniem na kanapie, odpuszczamy śledzia, nie wychodzimy z domu. Po kilku godzinach przychodzi wiadomość z podaną pozycją łodzi na greckim wybrzeżu. Wstaję z kanapy.
– Nie chcę prezentu na Gwiazdkę – mówię.
Mattias podnosi na mnie zdziwiony wzrok.
– Nic ci nie kupiłem.
– Wracajmy tam. Chcę jechać na drugą stronę, do Turcji.
– Ja też o tym myślałem.

Ahmad jest w Turcji po raz pierwszy i długo tu nie zostanie. Właściwie już się stąd zbiera. Jeśli człowiek, który obiecał mu miejsce na łodzi, wkrótce się odezwie, Ahmad wyjedzie jeszcze dziś wieczorem. Kelnerka podaje mu czwartą filiżankę herbaty, zapala kolejnego papierosa. Jest pełen nadziei, podekscytowany, sama myśl o podróży wydaje się nierzeczywista. Najpierw Grecja, potem dalej. Wypija herbatę i sięga po telefon. Na ekranie jest data – poniedziałek 4 stycznia 2016 roku.
Wybiera ostatnie połączenie.
– Halo? – To ja, Ahmad Al-Zou’bi.
Jego rozmówca również pochodzi z Syrii. Spotkali się kilka godzin temu i tamten od razu rozpoznał w Ahmadzie uchodźcę. Ahmad sądzi, że zimowe ubranie i walizka zdradzały, że szuka kogoś, kto umożliwi mu dalszą podróż.
– Witaj, bracie. Już jadę. Jak masz kasę, to mogę cię zabrać już teraz – mówi mężczyzna.
Ahmad spędził wiele godzin w tej samej kawiarni. Teraz zaczyna się ściemniać, w zaułkach rozbrzmiewa turecka muzyka z pobliskiej restauracji. Ahmad ma dwadzieścia dziewięć lat i pochodzi z Dar’a, małego, zaledwie stutysięcznego miasta w południowej Syrii, w pobliżu granicy z Jordanią. Wczesnym rankiem wylądował w Stambule i od razu złapał autobus do Izmiru. Podróż trwała dwanaście godzin i po przybyciu na miejsce nie wiedział dokładnie, dokąd skierować. Zdezerterowali z jednostki wojskowej Assada. Nie chcieli strzelać do swoich. Teraz Ahmad podróżuje sam. Towarzyszy mu ogromna nadzieja. Rozpocznie nowe życie, bez wojny i zagrożeń. Znajdzie pracę i może kogoś spotka. W czasie gdy rewolucja wyzwala Syrię, on będzie żył. Ahmad nie ma pojęcia, dokąd jedzie, ale to nie ma znaczenia. I tak tu nie zostaje. Jazda taksówką to tylko początek długiej podróży.

Samochód zatrzymuje się przed hotelem.
– Wejdź tam i czekaj – mówi mężczyzna.
Ahmad wchodzi po schodach do niewielkiego pokoju. Siedzi tam już kilku Syryjczyków, Irakijczyków, Algierczyków i jeden Chińczyk. Ahmad jest zaskoczony widokiem Chińczyka, lecz wkrótce orientuje się, że wszyscy obecni należą do tej samej grupy – są uchodźcami. Z początku czuje się nieswojo, ale przedstawia się i zaczyna rozmawiać z mężczyznami. Każdy ma do opowiedzenia jakąś historię. I tak jak on powód, dla którego się tu znajduje. Rozmowy przerywa powrót mężczyzny albo – jak nazywają go pozostali – agenta, który każe im zejść na dół. Przed hotelem parkują żółte taksówki, które zawiozą ich do łodzi. Ahmad wsiada do auta, razem z nim jedzie Chińczyk Zahi i dwóch Irakijczyków.
– Cześć. Nazywam się Thaer – mówi wyglądający na młodszego Irakijczyk z szerokim uśmiechem, jakiego Ahmad dawno nie widział.
Następnie wskazuje na siedzącego obok mężczyznę.
– To mój kuzyn, Farazdeak.
Thaer jest świetnie ubrany w krótki płaszcz i wąski szalik w czarno-białe paski. Ma modną fryzurę piłkarza i starannie przystrzyżoną brodę. Czarne, gęste rzęsy podkreślają oczy. W bagażu Thaera leżą paszporty kuzynów i trzy tysiące siedemset dolarów. Pieniądze mają starczyć na całą podróż do Niemiec, gdzie czeka brat Farazdeaka. Wojna wygnała ich z Iraku, jednak rodzina Thaera nie chciała, żeby wyjeżdżał. Do końca robiła wszystko, aby go zatrzymać.
Farazdeak wskakuje na przednie siedzenie samochodu. Zegar na środku tablicy rozdzielczej wskazuje ósmą wieczór, to dzień jego urodzin. Dziś kończy trzydzieści dwa lata. Czwórka pasażerów gawędzi podczas jazdy, kierowca milczy. Małe auto jest przeciążone, słychać słaby jęk opon na E87 idącej na północ. Autostrada ma kilka pasów i jest zupełnie nowa. Ruch minimalny. Nie wiedzą, dokąd jadą, i niewiele widzą z mijanego krajobrazu. Ciemne pola, góry, od czasu do czasu stacja benzynowa.
Farazdeak i Zahi zapadają w drzemkę. Ahmad i Thaer nie zasypiają ani na chwilę. Po dwóch, trzech godzinach jazdy samochód zwalnia, zjeżdża na prawą stronę szerokiej szosy i przystaje. W tej samej chwili kierowcę taksówki ogarnia niezwykły pośpiech. Wyciąga błyskawicznie walizki z bagażnika i natychmiast odjeżdża z wygaszoną tabliczką. Pobocze jest zaśmiecone, Ahmad słyszy z tyłu odgłos innego silnika. Następna taksówka. I jeszcze jedna. Z mroku wyłaniają się nieznani mężczyźni. Przemytnicy. Niektórzy mówią po arabsku, każą im szybko przejść przez środkową barierkę na drugą stronę szosy, Ahmad rozumie, że trzeba się spieszyć, przebiega przez szeroką szosę i niknie w mroku.
Nie chce się spóźnić na łódź.

Z lotniska w Izmirze kierujemy się wynajętym samochodem na północ. Jedziemy przez wygaszony kraj. Na stacji benzynowej kupujemy torebkę orzeszków ziemnych i ruszamy w stronę turystycznej miejscowości pogrążonej w głębokim zimowym śnie. Mattias włączył długie światła, jesteśmy sami na ciemnej drodze. Tam gdzie góry opadają w kierunku morza, pojawiają się inne światła – pulsujące czerwone reflektory ostrzegające samoloty przed różnicą wysokości. Dla nas to zupełnie inny sygnał.
Szosa się zwęża i nagle na poboczu spostrzegamy dużą grupę ludzi. Mijamy ich szybko. W zimnym świetle reflektorów rejestruję, że najmłodsze dzieci nie mają więcej niż rok, dwa lata. Odwracam się i widzę, że kierują się w stronę wybrzeża z walizkami, reklamówkami, w lichych butach. Uchodźcy w drodze przez noc na przeprawę przez Morze Egejskie.
Mattias zwalnia, jego pierwszy odruch to zapakować do auta jak najwięcej ludzi. Najpierw rodziny z najmłodszymi dziećmi. Dowieźć ich na brzeg, a potem wrócić po resztę. Musimy się jednak powstrzymać. Przewożenie uchodźców na wybrzeże, gdzie odbywa się nielegalne kursowanie łodzi, może być w Turcji równoznaczne z udziałem w przemycie ludzi i w najgorszym razie grozi surową karą więzienia. Poza tym nie wiemy, co – lub kto – czeka na wybrzeżu. W ciemnościach nie widać zresztą brzegu, tylko mroczny bezkres niskich drzew.
– Najwyraźniej są w drodze. Gdzieś tam musi być brzeg – mówię.
– Odjeżdżamy stąd. Okej? – odpowiada Mattias. Kiwam w milczeniu głową.
Nie czuję się gotowa na spotkanie twarzą w twarz z przemytnikami, jeszcze nie.

Przed wyjazdem spotkaliśmy się ze szwedzkimi członkami organizacji humanitarnych, którzy pracowali zarówno w obozach na wybrzeżu, jak i w Gaziantep w południowej Turcji, blisko granicy z Syrią. Szukaliśmy dodatkowych informacji, ale trudno było coś znaleźć o tej części kraju. Usiłujemy więc połączyć fragmenty relacji uchodźców, którzy pokonywali ten szlak, z przekazem wolontariuszy, którzy byli tu przed nami. I świeżo nabytą wiedzą z tymczasowego obozu w Cesme.
Lokalna policja w Cesme przymykała oko przez dwie godziny dziennie, w czasie gdy dostarczano żywność i leki afgańskim uchodźcom czekającym w starym, opuszczonym i niedokończonym kompleksie hotelowym. Niewielu zaangażowanych wolontariuszy ma jednak odwagę pracować tak blisko przemytników. Stanowisko państwa tureckiego jest nieprzejednane. Kary za pomoc w przemycie ludzi są znacznie wyższe niż w Grecji czy w innych krajach europejskich, a przepisy prawa stosuje się uznaniowo. Wystarczy butelka z wodą w niewłaściwych rękach, aby oskarżyć o pomocnictwo, i nawet praca w charakterze wolontariusza wymaga trudno dostępnych zezwoleń.
Wszyscy nasi rozmówcy podkreślali ryzyko, jakie wiąże się z bezpośrednią pomocą dla uchodźców w Turcji. Jednak największy element ryzyka znajduje się w moim turkusowym portfelu – legitymacja prasowa działa na tureckie tajne służby jak płachta na byka. Zaledwie dwa miesiące temu uwięziono dziennikarzy gazety „Cumhuriyet”, Cana Dündara i Erdema Güra, którzy ujawnili, że Turcja dostarcza broń islamskim ugrupowaniom w Syrii. Tydzień przed naszym lądowaniem w Izmirze syryjski dziennikarz Naji Jerf został śmiertelnie postrzelony w Gaziantep z pistoletu z tłumikiem. Przed końcem roku zatrzymano i uwięziono w Turcji osiemdziesięciu jeden dziennikarzy.

Nissan juke jest brzydki. Jaskrawoczerwony plastikowy crossover nie wtopi się raczej w otoczenie miejsc, które zamierzamy odwiedzić. Zaparkowaliśmy przed malowniczym hotelem, w którym mamy spędzić noc, przyglądam się z powątpiewaniem nissanowi.
– W tym na pewno nie będziemy się rzucać w oczy na wybrzeżu.
– Dobra. Możesz się śmiać, ale to jedyne auto z napędem na cztery koła, jakie znalazłem. Mam wrażenie, że nam się przyda – odpowiada Mattias.
Zanim wejdziemy do hotelu, zatrzymujemy się chwilę nad morzem. Wieczorne fale budzą grozę, lecz z daleka ich potęga i żywiołowość robią wrażenie. Mattias dotyka mojej dłoni. Spoglądamy na ciemny zarys wyspy Lesbos, celu podróży tysięcy osób pokonujących burzliwe wody.
Daleko na horyzoncie migają słabo czerwone światła. Jak gdyby sztuczny gwiazdozbiór, niemal zupełnie powleczony mgłą. Widzimy go, bo wiemy, w którą stronę kierować wzrok. To światła lotniska w pobliżu Mityleny.
Przełykam ślinę, żeby się nie rozpłakać. Wiem, że za kilka dni to minie, ale nie mogę się pozbyć widoku dzieci na drodze. Duże twarde krople wody spadają z nieba. Deszcz ląduje na nosie, pryska do oczu. Teraz dotarli wreszcie na wybrzeże i czekają na miejsce w łodzi. Chronią się wśród drzew. Mam nadzieję, że osłaniają ich choć trochę przed wiatrem i deszczem. Tureckie wybrzeże, z którego odchodzą łodzie, to nie to samo co obozy dla uchodźców, gdzie na miejscu są wolontariusze i lekarze. Jest tylko goły brzeg.
Mattias obejmuje mnie ciężkim ramieniem, jest zimno. Wiem, że przemytnicy nie liczą się z pogodą, co najwyżej sprzedają taniej podróż. Dają szansę tym, których w przeciwnym razie nie byłoby na nią stać.
– W taką pogodę żadna łódź nie wypłynie – mówię.
Odwracam się. Idę do hotelu. Mattias stoi jeszcze chwilę i wchodzi za mną.

Łóżko jest wyziębione, leżymy w pościeli na upalne letnie miesiące, a nie chłodne styczniowe noce. Cienkie szyby brzęczą złowieszczo. Jest jeszcze ciemno, słychać dudnienie morza za oknem. Potężne fale uderzają w piach, pozostawiając po sobie syczącą pianę. Podciągam kolana do góry i chłonę ciepło Mattiasa. Wdycham jego zapach: proszek do prania i poczucie bezpieczeństwa. Dotykam lekko wargami jego skóry. Nagle błyska światło komórki. Mattias też już nie śpi, szybkim ruchem przeciąga kciuk po ekranie i zaczyna czytać. Za oknem wyje wicher.
– Na Lesbos zwiało nowy przejściowy obóz. Namioty, wszystko – mówi chropawym, jeszcze zaspanym głosem.
Chwila rozmowy i znów zasypiam. Kiedy otwieram oczy, do pokoju wdziera się już słońce, zimny, biały blask przenika przez jasne zasłony. Szum wiatru jest bardziej przyjazny. Ranek. Wstaję z łóżka, ściągając prześcieradło, i owijam się nim jak ręcznikiem. Wlokę je za sobą w stronę okna, po zimnych płytkach podłogi. Po raz pierwszy widzę Dikili w świetle dnia.
Błękit, turkus, zieleń. Śródziemnomorskie wybrzeże.