Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„Kaprysik” – zbiór reportaży napisanych z wyjątkowym wdziękiem i delikatnością mieści się w tym niewielkim, wrzosowym tomie. To drugie, poszerzone, wydanie opowieści o kobietach, w których Mariusz Szczygieł dostrzegł coś niezwykłego, wartego pokazania czytelnikom.


Kaprysik. Damskie historieHistoria Janiny Turek, kobiety z krakowskiego Podgórza, która począwszy od 1943 notowała w zeszytach, nieprzerwanie, dzień po dniu, wszystko co robiła, jest moją ulubioną. Ujawnia się w niej w całej pełni reporterski talent Mariusza Szczygła, nieprzeciętna wrażliwość pozwalająca wypatrzyć w codzienności niezwykłe historie.

W Podgórzu, miejscu gdzie się urodziłam i mieszkam przez większość życia, mówiono o tej sprawie różnie. I skrajnie: „a cóż to takiego robić z nudów jakieś notatki, co w tym ciekawego” albo „fascynujący dokument, świadectwo czasów, niebywała sprawa”. Mariusz Szczygieł pisząc o znalezisku w postaci ponad siedmiuset zeszytów dokonanym przez córkę pani Janiny, pozostał całkowicie transparentny, przenosząc czytelnika w świat autorki zapisków będący światem każdego z nas. Ta historia codzienności zatrzymanej w prostych notatkach, życia, które upłynęło na prozaicznych zajęciach i czynnościach, jest opowieścią wartą tego, by się nad nią zatrzymać na dłużej. Choć nie jedyną taką w „Kaprysiku”.

Zeszyty i notatki Janiny Turek w mieszkaniu córki, rok 2001

Ów zbiór reportaży, opublikowanych pierwotnie w magazynie „Wysokie Obcasy” w całości dotyczy kobiet. Reporterskie portrety sporządzone przez autora mają w sobie lekkość i świeżość, a nade wszystko delikatność. Podstawową cechą dziennikarstwa uprawianego przez Mariusza Szczygła jest empatia. Do swoich bohaterek odnosi się z życzliwą ciekawością, powstrzymuje się od jakiejkolwiek oceny, uchyla sobie i czytelnikowi drzwi do świata opisywanych postaci, obserwuje i pozwala obserwować wraz z nim. Udowadnia też jak pięknie się wszyscy różnimy, jak wiele odcieni te różnice mogą mieć.

Izabella Skrybant-Dziewiątkowska, rok 2003

Niewielki objętościowo „Kaprysik” pomieścił siedem reportaży, a jego tytuł pochodzi od opowieści o pani Annie, która od lat odwiedza tego samego fotografa, by uwieczniał ją w samodzielnie wymyślonych stylizacjach. Intrygująca jest historia listy kobiet przypadkowo znalezionej w kawiarni, a pochodzącej z pierwszej połowy lat pięćdziesiątych, zaś ciepłem i serdecznością emanuje reportaż o paniach wymieniających ze sobą listy co tydzień, od pięćdziesięciu dwóch lat, podobnie jak historia dowodu miłości danego przez Ryszarda Tadeusiewicza, rektora Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Po prostu nie można się nie uśmiechnąć. Za pomocą „Kaprysiku” Mariusz Szczygieł pokazał jakie małe, miłe rzeczy można odkryć dookoła nas, jeśli się wystarczająco uważnie spojrzy. Dobry jest taki kaprysik! Agnieszka Kantaruk

Mariusz Szczygieł, Kaprysik. Damskie historie, wydanie 2, Wydawnictwo Agora, Premiera: 6 września 2017
 
 

Mariusz Szczygieł
Kaprysik. Damskie historie
wydanie 2
Wydawnictwo Agora
Premiera: 6 września 2017
 

Kobieta z lustra

Czy można nagle, bez wyraźnego powodu intensywnie myśleć o kobiecie, której nigdy się nie poznało? Mężczyźni mówią, że można. A mnie zdarzyło się to tylko raz w życiu.
Na początku lat dziewięćdziesiątych wynajmowałem pokój w domku jednorodzinnym na warszawskiej Sadybie. Właściciel mieszkał na parterze, na piętrze zaś w jednym pokoju ja, w drugim reporter Piotr Lipiński. Mój pokój był ogromny, miał widok na ogród. Między dwoma oknami wisiało lustro. Ile razy w nie spoglądałem, pojawiała się Ona. Ale w myślach. Nie, nie widziałem żadnego ducha. Była bardzo konkretna. W głowie od razu słyszałem jej charakterystyczny głos.
Pytała na przykład: „Może herbatki, panie inżynierze?”. Inżynierem był Stefan Karwowski z „Czterdziestolatka”, a ona panią Zosią z baraku na budowie. Czasem mówiła coś z innego filmu, na przykład: „Całuję prawe oczko misia Rysia, całuję lewe oczko misia Rysia”…
Pewnego razu spytałem właściciela domu, dlaczego schody na piętro są oddzielone od jego mieszkania. Powiedział, że kiedyś piętro nie było jego. Należało do jednej aktorki. – Zofia Czerwińska się nazywa. Znasz pan? Chciałem powiedzieć: „Przecież ona tu jest na piętrze codziennie…” – ale wstrzymałem się, żeby plotek potem nie było.
Wziąłem książkę telefoniczną, odnalazłem numer pani Zofii.
– Dzień dobry pani. Mam dwadzieścia trzy lata i wciąż o pani myślę.
– Proszę pana, wyrosłam z takich żartów, poza tym nie umawiam się z tak młodymi mężczyznami.
– Ale ja – tu użyłem mojej najskuteczniejszej broni – myślę o pani, kiedy patrzę w lustro na Okrężnej 59A.
– Ono tam jeszcze wisi? Moje lustro? Którego zapomniałam zabrać?
– Wisi. I ja w nie codziennie patrzę. I panią widzę.
W ten sposób, Drodzy Państwo, Zofia Czerwińska przeobraziła się z ducha domu w moją przyjaciółkę. Przyjaźń trwa do dzisiaj.
Wszyscy, którzy znamy Zosię, cenimy ją za język. Niewyparzony, ironiczny i bardzo celny. Mottem pierwszego wydania tej książki były słowa Zofii Czerwińskiej, które idealnie opisują naturę człowieka, niezaspokojoną i chciwą. Dobrze też oddają los bohaterek moich reportaży. Brzmią: „Najlepsze miejsce na namiot jest zawsze trochę dalej”.
W drugim wydaniu „Kaprysiku” chcę Państwa wzbogacić o inne powiedzenia mojej przyjaciółki. Bardzo proszę:
„Często cena nie gra roli. Częściej roli nie gra aktorka. A najczęściej tą aktorką jestem ja”.
„Mężczyzna mojego życia to mężczyzna z walizką za drzwiami”.
„Z dnia na dzień brzydnę coraz bardziej, o ile w ogóle to jeszcze jest możliwe”.
„Gwarno, rojno i radośnie jest w domu samotnego, kiedy są w nim zwierzęta”.
„Teatr może być nieczynny z powodu choroby aktora. Gorzej, jeśli jest nieczynny z powodu choroby widza”.
„Był potrzebny skrócony akt urodzenia. Dostarczyłam. Skrócony. O parę lat”.
Myślę, że te nowe powiedzenia Zosi też świetnie wpisują się w treść moich reportaży o kobietach. Lubię pisać o kobietach, ponieważ odkrywam wtedy swoją wewnętrzną kobietę. Większość mężczyzn – z różnych powodów – zabija kobietę w sobie. Ja tę moją namówiłem do pisania.
Warszawa, czerwiec 2017

Reality


1.

Janina Turek, matka trojga dzieci, 1 października 1996 roku zjadła na obiad zupę pieczarkową z makaronem, gulasz z kartoflami, buraczki i winogrona na deser. Czterdzieści lat wcześniej, 19 lutego 1956 roku, też zjadła obiad zwyczajny i pożywny: kiełbasę grzaną z musztardą kremską, chleb, kompot z jabłek, łom kakaowy i keks. 21 marca 1973 roku odebrała dwa głuche telefony; 21 czerwca 1976 roku znalazła na ulicy nowe skarpetki elastyczne dziecięce; 15 sierpnia 1981 roku odstąpiła synowi kartki na mięso; 2 stycznia 1982 roku córka przyniosła jej kilka jabłek; 7 grudnia 1983 roku były mąż przyniósł jej dwie przeczytane gazety; 3 lutego 1985 roku zapukał do niej nieznajomy, pomylił mieszkania; 3 stycznia 11 lutego 1998 roku wyjrzała przez okno. Zobaczyła, jak z auta Volvo wysiada starszy, tęgi Austriak.

2.

W codzienności cały czas coś się dzieje. Nieprzeliczone drobne czynności wykonujemy, nie żywiąc nadziei, by utrwaliła je nasza pamięć, a co dopiero pamięć innych. Nie dla pamięci są jednak podejmowane, lecz z konieczności. Z czasem zapomniany zostaje każdy wysiłek podjęty w codziennej krzątaninie. Janina Turek – gospodyni domowa – przez ponad pół wieku obiektem swoich obserwacji uczyniła właśnie to, co codzienne, więc niezauważalne. Jako pierwsza dowiedziała się o tym jej córka. Po śmierci mamy, jesienią 2000 roku, Ewa Janeczek otworzyła szafę i ujrzała stosy zeszytów. (Potem okazało się, że zeszytów jest 728, a jeszcze potem, że o kilkanaście więcej). Wyszło na jaw, że mama zapisała wszystko, co robiła. Nieprzerwanie, dzień po dniu, od roku 1943 do 2000 zanotowała:
ile razy odbierała telefon w domu i kto dzwonił (38 196 razy);
ile razy dzwoniła do kogoś (6257 razy); gdzie i kogo widziała przypadkowo i powiedziała „Dzień dobry” (23 397 razy);
ile odbyła spotkań umawianych (1922);
ile dała prezentów, komu i jakich (5817);
ile dostała prezentów (10 868);
ile razy grała w brydża (1500);
ile razy w domino (19);
ile razy była w teatrze (110);
ile obejrzała programów w telewizji (70 042)
i tym podobne.
Przez pięćdziesiąt siedem lat zanotowała i policzyła wszystkie przyjęcia, wycieczki, tańce, przedmioty znalezione, listy, lektury, wyjścia do kina, noclegi poza domem, wizyty przyjmowane, wizyty składane, śniadania, obiady, kolacje. Najpierw prowadziła jeden zeszyt dla wszystkich dziedzin życia, potem każda dziedzina otrzymała własny notes. Nie notowała każdego posiłku, tu stosowała pewien system: w jednym roku notowała wszystkie śniadania, w następnym – obiady, w jeszcze następnym – kolacje. Po trzech latach – znów śniadania. Dzięki temu znamy 4463 śniadania Janiny Turek, 5387 obiadów, 5936 kolacji. Odnotowywała nawet reklamy obejrzane w telewizji. Zaznaczała, czy program był czarno-biały, czy kolorowy i na jakim go widziała odbiorniku. Ostatnie na elemisie.
Spodobałoby się to filozof Jolancie Brach-Czainie, która opisała metafizyczny wymiar codzienności. Podstawę naszego istnienia stanowi bezwiedne krzątactwo. „Nie można godzić się na rolę nieświadomego wyrobnika czynności egzystencjalnych. I w obronie własnej trzeba ścigać sens codzienności jak przestępcę” – napisała uczona.
Janina Turek, mieszkanka Krakowa, zaczaiła się na swoją codzienność. Mimo że przeczytała 3517 książek, nie czytała żadnej książki Jolanty Brach-Czainy. Jednak z własnego wyboru, intuicyjnie postanowiła nobilitować swoje krzątactwo. Każdy, nawet banalny fakt z jej życia otrzymywał w dzienniku swój numer. Przy filmach dbała o wpisanie nazwy kina. Kiedy umierał Stalin, Janina Turek była na filmie „Fanfan Tulipan”. Weszła do kina Wanda jeszcze za życia Stalina, wyszła po jego śmierci. Córka zaczęła czytać wszystko pół roku temu i do dziś nie skończyła.

3.

13 grudnia 1981 roku Janina Turek zjadła na obiad „omlet szybki” i suchary (poz. 2124). Odwiedziła ją córka z mężem i dziećmi („Wizyty zapowiedziane”, poz. 3605, zesz. 237/II). Przyniosła skrzynki z drewna i dykty po drożdżach na podpałkę („Prezenty otrzymane”, poz. 5184). Gdy dzieci i wnuki poszły, ktoś znienacka zapukał („Wizyty niezapowiedziane”, poz. 3606): „Wizyta nie wiadomo kogo, bo nie otworzyłam drzwi”. Obejrzała w telewizji „Gdy Polska da nam rozkaz” – recital Adama Zwierza (poz. 11 986). Była w kościele, widziała siedemnaście osób („Osoby widziane mimochodem”, poz. 58 213 – 58 229). Wieczorem skończyła „Zeldę” Nancy Milford (poz. 2435). Następnego dnia wzięła się do „Skalpel ma dwa ostrza”. W dziesiątą rocznicę stanu wojennego, 13 grudnia 1991 roku, zjadła na obiad: „kotlet z kartoflami i z przysmażoną cebulką, surówkę z selera, ciasto francuskie”, a po nim wypiła „wodę kryniczankę z sokiem z pomarańczy i z kiwi – owoc zagraniczny”.

4.

Od wojny mieszkała w tym samym XIX-wiecznym dwupiętrowym domu w Krakowie, na Parkowej 6. Najpierw z mężem i dziećmi, potem z mężem, a potem przez trzydzieści lat sama. Na parterze miała trzy okna wychodzące na ulicę. Wychylając się z nich, po lewej widziała Rynek Podgórski z kościołem, po prawej – park. To był jej mikrokosmos. Ważni byli ci, którzy przechodzili w zasięgu jej wzroku.
„Osoby widziane mimochodem” to osoby, które znała osobiście lub z widzenia, widziała je na ulicy, ale nie zamieniła z nimi ani słowa. Nie należy ich mylić z „Osobami widzianymi przypadkiem”. Do tej grupy kwalifikowała tych, z którymi zamieniła słowo lub ukłon.
Łącznie ujrzała mimochodem obok swego domu 84 523 znajome osoby:
7713 – Parkowa – wysoka tęga blondyna, która pracowała w sklepie spożywczym przy Limanowskiego;
7685 – Parkowa – jedna pani podobna trochę do żaby;
7756 – Parkowa – Aniela Ryszkowa (dawniej omyłkowo zapisywana jako Nowakowa);
7908 – Parkowa – jeden cacany chłopczyk;
17 110 – Parkowa – Ewa (Ewunia) i Jacek (Jacuś) Rodakowie z córeczką (dawniej zwaną „niemowlęciem”);
19 539 – Rynek Podgórski – żona z młodego małżeństwa, które miało trzy wilczury, z jednym wilczurem;
19 945 – Parkowa – małżeństwo modernistyczne;
69 896 – Parkowa – dziewczyna bardzo podobna do Grecii Colmenares (aktorka z seriali „Maria” i „Manuela”);
80 825 – Parkowa – Sulichowa z psem Miśkiem (dawniej: „pieskiem”);
18 września 1998 roku nad ranem w samochodzie Wysockich zaparkowanym na ulicy siedział Wysocki z kobietą, która nie była Wysocką. Janina Turek widziała wiele, lecz była dyskretna. Nie pozwalała sobie na swobodną interpretację faktów. Nigdy nie sugerowała, że ktoś spacerował w nocy z kochanką. Ewentualnie – z „panią, o której istnieniu żona raczej jeszcze nie wie”.
Kilka razy odnotowała przejście ulicą profesora Aleksandra Krawczuka.
Czasem denerwowała dorastające dzieci, potem – dorastające wnuki. Nie była natrętna, ale lubiła ustalić stan faktyczny. – Babcia, gdy do nas przyszła i tylko zobaczyła nową osobę, zaraz po jej wyjściu wypytywała, co za koleżanka była u mnie i jak się nazywa – mówi wnuczka Luiza. – „Po co ci to, babciu” – pytałam, bo całe życie dziwiło mnie, że chce znać nazwiska osób, które widziała raptem minutę. – Jak my się denerwowaliśmy, gdy delikatnie, ale uporczywie dawała do zrozumienia, że musi znać nazwisko kolegi – opowiada Ewa. – Wtedy się irytowała i mówiła, że nasze pokolenie dotknęło dna: potrafimy siedzieć z kimś w restauracji przy jednym stoliku i nie znać jego nazwiska.

5.

Janina – z domu Gurtler – marzyła o skończeniu farmacji. Miała osiemnaście lat, gdy wybuchła wojna, nie zdała więc matury. Jej mama prowadziła dom, ojciec był urzędnikiem w elektrowni i nauczycielem rysunku w gimnazjum plastycznym. Janina powieliła życie swojej mamy: była panią domu. Ale z ambicjami – skończyła na przykład kurs angielskiego dla zaawansowanych. Czesław Turek był inżynierem, budował drogi i mosty, dostawał odznaczenia. Był przystojny i lubiły go kobiety. Wzięli ślub w roku 1941, rozwiedli się w roku 1958. Po rozwodzie przyjaźniła się z mężem, w „Prezentach otrzymywanych” raz po raz notuje przyniesione przez niego czasopisma. Zmarł w 1988 roku. Mieli troje dzieci: córkę Ewę i dwóch synów, Lesława – linotypistę i Jurka – inżyniera, który zamieszkał w Austrii.
Na Parkowej Janinę Turek pamiętają wszyscy: była miła i nie dawała po sobie poznać, że jej rodzina trzymała w domu służącą. Organizowała tańce, wycieczki i brydża. Pracowała jako sekretarka. Nie dawała też poznać, że tęskni za mężem. Ewa mówi, że po rozstaniu z ojcem mama nigdy nie przyprowadziła do domu żadnego obcego mężczyzny. Na Mikołaja w 1946 roku wręczyła mężowi: „1. papierosy amerykańskie Chelsea, 2. papierosy Bałtyk, 3. św. Mikołaja z cukru. To wszystko w żelatynowej torebce, przybranej u góry różyczką srebrnego koloru i zielenią oraz jasnoróżową wstążką z przywiązaną jedną paczką amerykańskich papierosów Raleigh”.

6.

Kiedy nieznajoma w pociągu poczęstowała ją mandarynką, Janina odnotowała jedną mandarynkę w „Prezentach otrzymywanych”. Prezentem nazywała zarówno serwis z porcelany na dwanaście osób, jak i kwiatek polny od wnuczki. Napiwki dla listonosza czy też okrawki z szynki („prezent dla psa Dżokusia”). Skrupulatność w zapisywaniu prezentów nie świadczy jednak o tym, że Janina Turek miała nieznośny charakter, jak na przykład Tomasz Mann. Jego dzienniki odkrywają skrajny egocentryzm pisarza. Mann notował wizyty u dentysty, wszystkie „uporczywe obstrukcje”, „uderzenia krwi do głowy”, wizyty u fryzjera, napiwki dla służących, cenę wypitego wina itd. Na podstawie zapisków Janiny można uznać, że była towarzyska i oddana ludziom. Lubiła świętować i obdarowywać znajomych. Zjedzenie bitej śmietany na deptaku w Rabce-Zdroju odnotowywała jako „wydarzenie towarzyskie”. Dostawało ono numer i w podsumowaniu było tak samo ważne jak przejazd Fidela Castro przez miasto, obserwowany z klombu.
Swoją codzienność Janina Turek obiektywizuje. Spogląda na siebie z zewnątrz jak własna księgowa. Kiedy w 1960 roku ujrzała mimochodem na ulicy swojego syna Leszka z kolegą, zapisała tę obserwację bezstronnie: w „Mimochodem” poz. 36 364 – „Lesław (Lesiu) Turek i Bogdan Zaleski”. Ani słowem nie wspomniała, że to jej najstarszy syn. Ta rzeczowość szokuje córkę. Tata przeszedł przez dwa obozy koncentracyjne. Pierwszą datą, jaką Ewa odszukała w zeszytach mamy, był powrót ojca z obozu. Okazało się, że Janina nie napisała nic, czego byśmy oczekiwali, na przykład: „Powrót mojego ukochanego męża, o którego tak się martwiłam, z Oświęcimia”. Janina Turek odnotowała tylko „wizytę Czesława Turka (Sławka)”. W dziale „Wizyty niezapowiedziane”. Co więcej, o sobie samej także pisze w trzeciej osobie: 23 marca 1974 roku – „Brydż u Janiny (Aćki) Turek przy ul. Parkowej”.

7.

Tak naprawdę nigdy nie pisała o sobie. Jeśli zapisała, co zjadła – był to zapis o jedzeniu, a nie o tym, czy jej smakowało. Jeśli zapisała, jaki przedmiot przypadkowo znalazła – był to zapis o tym przedmiocie, a nie o tym, czy znalezisko sprawiło jej jakąś szczególną radość. Zastanawiamy się z córką, dlaczego jej mama wpadła na pomysł księgowania zdarzeń. – Może to uraz – mówi Ewa Janeczek. – Przed wojną, w 1938 roku, mama jako nastolatka prowadziła pamiętnik. Ale znalazła go babcia i przeczytała. Pamiętnik zniknął na zawsze. Był tam fragment o orgii, w której brała udział z kolegami. Tylko że cała orgia to był taniec na stole. Babcia zrobiła jej awanturę przy jakimś chłopcu. Mama napisała potem, że gubi ją używanie nieodpowiednich słów. „»Orgia« oznacza chyba coś innego”.
Po zbezczeszczeniu intymnego pamiętnika szesnastoletnia Aćka poczuła się jak „czarownica przeznaczona na stos”. „Jakby krew zalała mi głowę” – napisała. Od tego czasu przestała zwierzać się na papierze. Tajemnice Janiny Turek musiały kryć się w przemilczeniach. Ludzie pisali dzienniki z różnych powodów. Lechoń notował wydarzenia dnia w celu autoterapii. Tomasz Mann – gdyż lubił „przytrzymać uciekający dzień”. Fernando Pessoa – bo chciał „swoje życie uczynić własnością ludzkości”, a jego bohater księgowy Soares – bo „lepiej jest pisać, niż odważać się żyć”. Gombrowicz pisał dziennik, by „rozwiązać swój największy problem: ja”. Tyrmand chciał poprzez dziennik „sprawdzenia siebie, co jest klasycznym pożądaniem wyrzuconych na margines życia”. Dla Pascala zaś skrupulatne notowanie codziennych zdarzeń było „stylem, w jakim powoli umiera przeszłość”. Powodu, dla którego pisała Janina Turek, nie znamy.
Dla psychoterapeuty byłoby to jasne: nerwica natręctw. Dla rodziny Janiny Turek jasne nie jest. Gdyby tak było, Claude Monet, który przez dwadzieścia jeden lat malował te same nenufary, też miałby nerwicę natręctw. Ewa nadal przegląda papiery, zdjęcia i zeszyty. Pisała w tajemnicy. Nie chciała, aby ktokolwiek wiedział o istnieniu jej dzienników. Kiedy wyjeżdżała z domu, w gościach notowała wieczorem coś z boku na skrawkach papieru. Nie zanotowała żadnych poglądów. Ponumerowanych zdarzeń nigdy nie omotała żadną refleksją. Może posegregowanie życia na działy i codzienne dodawanie nowych pozycji w każdym z nich uspokajało ją? W klasycznych dziennikach intymnych, które po rewolucji francuskiej zaczęły prowadzić kobiety ze środowisk mieszczańskich, badacze dopatrywali się roli terapeutycznej, uspokajającej, wyciszającej. Codzienne zapisywanie miało dać piszącym kobietom poczucie bezpieczeństwa. Mimo że moda, by pisać o sobie, bardzo się upowszechniła w XIX wieku, kobiety kryły się z pisaniem. Czy Janina Turek wracała do starych zapisków, bo miała potrzebę przeżycia jeszcze raz tego samego?
– Nie wiem – mówi córka.
– Nie wiem – mówi wnuczka.
– Nic nie wiemy – mówi zięć.