Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Ostra jak brzytwa, przejmująco prawdziwa – “Hodowca świń” to przenikliwa opowieść o „korpożyciu” prowadzona z punktu widzenia kadry menedżerskiej firmy, która zajmuje się … ubojem świń i produkcją mięsa.


Hodowca świńNic tu nie jest przypadkowe – branża i sprzedawane produkty są symboliczną metaforą, która prowadzi fabułę do zaskakującego finału. Nawet nazwisko szefa – tyrana mówi samo za siebie – Rafał Tusza!
To prosty człowiek bez wykształcenia, który odniósł sukces dzięki determinacji, bezwzględności i manipulacji. W powieści jest archetypem brutalnego i pozbawionego wrażliwości psychopaty.
“Hodowca świń” to thriller psychologiczny okraszony solidną dawką czarnego humoru, który w czytelniku w równym stopniu wywołuje śmiech, co przerażenie.

Najnowsza książka Anny Zacharzewskiej jest opowieścią o menedżerach wyższego szczebla, których łączy miejsce pracy, zaciekła walka o władzę oraz szef-despota, wraz z którym tworzą pełen wewnętrznych napięć zespół zarządzający dużą firmą z branży mięsnej.

Kilka dni jak z najgorszego snu. I jeden człowiek, który rozpętał piekło. Rafał Tusza – budzący obezwładniający strach szef, uzależniony od poczucia władzy, chirurgii estetycznej i dobrobytu, prezes korpofirmy, wyrusza wraz z zespołem zarządzającym na wyjazd integracyjny. Nikt nie ma ochoty tam jechać, ale każdy udaje entuzjazm i perfekcyjnie gra swoją rolę.

Gdy docierają na miejsce – do pustego, małego i zaniedbanego gospodarstwa wiejskiego – szef zabiera im komórki, tablety i jedzenie. Przeszukuje walizki. Rozdziela ich pomiędzy dwie sypialnie. Wkrótce okazuje się, że w gospodarstwie nie ma nic do jedzenia. A to dopiero początek…

Kto chce przeżyć, musi walczyć o przetrwanie. Gra pozorów staje się rozgrywką o życie. Jak daleko się posuniesz, by zachować stanowisko, władzę i godność? Oto nowy wspaniały świat wielkiego biznesu. A może folwark zwierzęcy?

Metafora życia w korporacji, tym bardziej poruszająca, że sama autorka spędziła ponad 17 lat swojej kariery zawodowej w międzynarodowych firmach na najwyższych stanowiskach. Długotrwała praca na wysokich obrotach doprowadziła ją do częściowego paraliżu ciała. Na szczęście ten etap Zacharzewska ma już za sobą. Choć jej powieści to fikcja literacka, nie brak w nich wielu nawiązań do osobistych doświadczeń. O tym, że Anna Zacharzewska doskonale zna świat swoich powieści, świadczy niezwykła precyzja, z jaką buduje kolejne wątki.

***

Koszmarny obraz ludzi, którzy dla korporacji sprzedają duszę własną i swoich bliskich. Niestety, to nie jest horror, ta historia mogła zdarzyć się naprawdę. I zapewne zdarzyła się nie raz, gdzieś tuż obok.
Bartosz Węglarczyk. Onet.pl

Anna Zacharzewska – ekonomistka, finansistka, pisarka. Przez 17 lat swojej kariery zawodowej w międzynarodowych korporacjach była związana z branżami doradczą, mediową i reklamową. Zasiadała w zarządach licznych spółek. Od roku skupiona na prowadzeniu własnego przedsiębiorstwa oraz twórczości literackiej. Jako pisarka zadebiutowała w 2015 roku. “Hodowca świń” jest jej czwartą powieścią, którą otwiera całkowicie nowy rozdział w swojej karierze pisarskiej.

Anna Zacharzewska
Hodowca świń
Wydawnictwo Burda Książki
Premiera: 13 września 2017
 
 

Hodowca świń


Był cięższy, niż się spodziewał. Jego bezwładne ciało wyślizgiwało mu się z rąk, mimo iż chwycił je mocno pod pachy, a kolebiąca się między barkami głowa obijała mu się o uda, sprawiając, że każdy kolejny krok stawał się coraz trudniejszy. Zerknął na Pawła trzymającego zwłoki za nogi i dostrzegł, że on również się krzywił. Ramiona Doktorowicza były naprężone z wysiłku, na szyi pulsowały mu żyły, a w zakolach pojawiły się krople potu.
– Cholernie ciężki! – mruknął Paweł, a on zgodził się z nim lekkim skinieniem głowy.
– Może położymy go na chwilę na ławce? – zaproponował, gdy pokonali próg domu.
– Lepiej nie. – Doktorowicz sapnął. – Jakoś damy radę go dowlec. Drugi raz już nie zdołam go podnieść.
– Najbliższa szopa?
– W porządku.
Cofał się, zerkając co chwila przez ramię i odmierzając kroki, które wciąż dzieliły ich od zaadaptowanego na skład drewna kurnika. Paweł stawiał nogi nieco pewniej od niego i w próbie przyspieszenia wszystkiego zaczynał go taranować zwłokami.
– Nie pchaj mnie! – warknął złowrogo, usiłując powstrzymać sapanie. – Baśka! Otwórz nam drzwi do drewutni!
Tomaszewska obejrzała się w jego stronę, niechętnie zmieniła trajektorię marszu, po czym otworzyła wejście do szopy.
– Rzućcie go na podłogę – mruknęła cicho, obserwując, jak wchodzą do wnętrza. – Nie ma sensu go specjalnie układać.
Doktorowicz potraktował jej sugestię dosłownie i gdy tylko przekroczył próg, bez ostrzeżenia wypuścił trzymane przez siebie nogi z rąk. Zerknął na zwłoki z gniewem i pociągnąwszy je nieco głębiej do środka, ułożył ostrożnie na ziemi. Myśl, że mógłby nimi rzucić jak workiem, wydawała się barbarzyńska. Nikt nie zasługiwał, by obchodzić się z jego ciałem w ten sposób. Nawet nieboszczyk. A może zwłaszcza: niemogący się bronić nieboszczyk.
Wyrównał podciągniętą w trakcie niesienia bluzę denata, poprawił mu głowę i wzdrygając się z obrzydzenia, przejechał mu dłonią po twarzy. Powieki przymknęły się nieco, lecz ciągle nie były zamknięte.
– Na filmach to wygląda tak prosto…
Spojrzał na Pawła stojącego obok i po raz pierwszy od długiego czasu dostrzegł na jego twarzy przejęcie. Doktorowicz był bledszy niż zwykle, a jego jasna, usiana piegami skóra lśniła mocno od potu. Niemal białe włosy miał zmierzwione i choć nie wiadomo było, czy powodem rozczochrania jest włożony w dźwiganie trupa wysiłek, czy raczej doznanie grozy, to założył, że raczej to drugie. Mimo pozornej gruboskórności Doktorowicz nie był potworem. Reagował inaczej niż inni, z opóźnieniem i po chwili refleksji, lecz to wcale nie umniejszało doznawanych przez niego emocji.
– Chryste… – jęknął Paweł i osunął się na podłogę. – Piotrek… Co ja najlepszego zrobiłem…?
Przyglądał mu się przez chwilę, nie znajdując słów, które powinien teraz z siebie wydobyć. Co niby miałby powiedzieć? Pocieszyć go? Zapewnić, że nic się nie stało? Ukoić dręczące wyrzuty sumienia jakimś okrągłym, pozbawionym sensu truizmem?
– Chcesz zostać sam? – wydusił z siebie w końcu i zanim zawiesił na końcu zdania pytajnik, zdał sobie sprawę, że raczej powinien był milczeć.
– Nie! Piotr! – Doktorowicz spojrzał histerycznie na zwłoki, zerwał się z ziemi i złapał go gwałtownie za rękę. – Nie zostawiaj mnie tutaj samego!
Kiwnął głową w milczeniu i wypchnął Pawła powoli na zewnątrz.
– Musisz się uspokoić.
Przyparł kolegę plecami do ściany składziku i trzymając silnie za barki, spróbował pochwycić jego spojrzenie.
– Z dwojga złego wolę już, żebyś był taki zimny jak wcześniej. Stało się. Nic już tego nie zmieni. Weź się w garść. Oni wszyscy liczą tylko na ciebie.
Wzrok Pawła się nie uspokajał. Przeciwnie, w jego oczach widział coraz większą panikę. Tak jakby świadomość, że nie tylko jest współwinny tej śmierci, ale na dodatek musi teraz pokierować innymi, wprawiała Doktorowicza w dodatkowe rozedrganie.
– Nie zmuszaj mnie, żebym przyłożył ci w mordę! – ostrzegł go szorstko w nadziei, że tamten się w końcu pozbiera. – Zrobię to. Słowo daję.
Paweł zerknął na niego półprzytomnie i kiwnął głową zachęcająco.
– Zrób to! Zasłużyłem!
Puścił jego ramiona i odwrócił się z niesmakiem plecami.
– Daruj sobie. Jeśli uważasz, że to załatwi sprawę i będzie odpowiednią pokutą, to znajdź sobie kogoś innego.
– Przepraszam – wybełkotał Doktorowicz i zasłoniwszy twarz dłońmi, zakwilił bezradnie jak dziecko. – Nie daję sobie z tym rady.
– Nikt z nas sobie nie daje. Wszyscy czują się tak samo paskudnie.
– Gdyby nie ja… – płaczliwy głos Pawła rwał się teraz w spazmatycznych, pozbawionych oddechu szczeknięciach. – To przeze mnie… przeze mnie… nie żyje.
Odwrócił się w jego stronę z namysłem, pokiwał głową, po czym objął go mocno ramieniem.
– Posłuchaj mnie teraz uważnie – szepnął mu prosto do ucha. – W tym gronie nie było nikogo, kto rzeczywiście chciałby cokolwiek zrobić. Nikt nawet nie ruszył się z miejsca. A jeśli już, to tylko po to, by upewnić się, że gnój nie przeżyje. Ty mi dałeś z kułaka w kręgosłup, lecz to Pola podpuściła Marcina, żeby walnął mnie piąchą w bebechy. A potem na dodatek zaczęła coś bredzić na temat szkolenia z pierwszej pomocy. Wszystko po to, żeby zyskać na czasie. A Baśka? Ona również życzyła mu śmierci. Dokładnie tak samo jak Lena.
– Nie ty… – wycharczał cicho Doktorowicz. – Nie skończyłem. – Przyciągnął go mocniej do siebie i jeszcze bardziej zniżył głos: – Ja też nie znosiłem skurwiela. Zareagowałem w ten sposób pod wpływem impulsu.
Doktorowicz wciągnął głęboki haust powietrza i wypuścił je po chwili przez usta. Był spokojniejszy. Jego dłonie już nie drżały, a sylwetka wyprostowała się nieco. Uwolnił go z objęć, odsunął się o pół kroku i znacząco spojrzał mu w oczy.
– Wszyscy tu jesteśmy bestiami. Ja po prostu jestem nieco bardziej tchórzliwy. – Uśmiechnął się krzywo pod nosem, a Paweł spapugował ten grymas.
– Dzięki.
– Drobiazg. Jeśli o cokolwiek mam do ciebie pretensje, to że powiedziałeś im o Violetcie. Rozumiem powody… ale mogłeś mi tego oszczędzić.
– Masz rację. Przepraszam.
– Nie przepraszaj. Powiedziałem już, że rozumiem.
– Co zatem teraz robimy?
– Sprawdźmy, co z Baśką. Nie powinniśmy jej zostawiać samej.
Paweł skinął głową i wskazał mu brodą wychodzącą właśnie ze stodoły Tomaszewską, która tuliła do siebie spory kawał wyjętego z przemysłowej chłodziarki mięsa. Na jej twarzy malowały się zadowolenie i czułość. Jakby nie trzymała w ramionach szynki, lecz urodzonego przed momentem w bólach noworodka. Wzdrygnął się i odwrócił spojrzenie.
– Pomóc ci, Basiu? – Doktorowicz wykonał gest, jakby pragnął odebrać jej tuszę.
– Nie, dziękuję! – Głos Barbary był radosny i bardziej energiczny niż zwykle, a jej palce jeszcze mocniej zacisnęły się na mięsie. – Dam sobie radę.
Sapnął pod nosem i ruszył w stronę domu, mając nadzieję, że Tomaszewska go nie dogoni. Serdeczność, z jaką traktowała niesioną przez siebie wieprzowinę, kojarzyła mu się z kanibalizmem, z nieposkromionym apetytem, który wymykał się kontroli umysłu i sprawiał, że gdyby nie wypakowana po brzegi lodówka, to rozważyłaby pewnie wygryzienie z trupiej twarzy policzków. Wzdrygnął się z odrazą i parsknął. Czy naprawdę była tak głodna? Czy zezwierzęcenie mogło postępować tak szybko? W kilka dni przekształcić cywilizowaną osobę w niezważającego na nic potwora? Ludożercę, dzikusa, oprawcę?
– Nie chciałbym z nią trafić na bezludną wyspę. – Doktorowicz zdawał się czytać mu w myślach.
– Fakt. Zjadłaby cię, zanim byś się zdołał obejrzeć – mruknął ponuro i przyspieszył niemalże do truchtu.
– Hannibal? Policzki Miszy?
– Przestań! Sam już o tym myślałem.
– Jest przerażająca, nie sądzisz?
Zatrzymał się gwałtownie i zmierzył Pawła wzrokiem.
– Jeśli się natychmiast nie zamkniesz, to dam ci w pysk. Zrozumiano?
– Kurwa, stary, daj spokój! To tylko skojarzenia. Obaj wiemy, że nie byłaby zdolna zjeść trupa…
Zanim Doktorowicz zdążył się zorientować, kolega podniósł pięść i wymierzył mu prawy sierpowy. Paweł zachwiał się i przewrócił na ziemię.
– Ostrzegałem.
– Kurwa, Piotrek! Pojebało cię?! O co, do cholery, ci chodzi?!
Zignorował pytanie i zostawiwszy go na ziemi, pobiegł do domu. Nie był teraz w stanie rozmawiać. Nie o Tomaszewskiej ani jej głodzie. Nie o perspektywie patrzenia, jak łakomie pożera tę szynkę. Nie chciał tego widzieć ani nawet wyobrażać sobie tej sceny. W głowie kołatała mu się myśl, że pozwoliła komuś zdechnąć tylko po to, by wreszcie móc zeżreć tę świnię. Dorwać się do chłodziarki i wydrzeć jakiś ochłap z jej wnętrza. Dzisiaj była w stanie zjeść wszystko, polędwicę, karkówkę, podroby… Policzki Miszy, policzki Tuszy, policzki Leny, Marcina czy Poli… Może i jego własne, usmażone na grillowej patelni.
W ostatnim momencie dopadł zlewu w kuchni i zwymiotował. Pozbawiony treści żołądek wyrzucił z siebie kwaśną dawkę wilgoci, zwinął się w kłębek i ponownie wybuchł torsjami. Tym razem na poobijanej bieli emalii wylądował fragment nieprzetrawionego liścia rzodkiewki. Spojrzał na niego, poczuł, że zaraz zemdleje, i kurczowo przytrzymał się blatu. Obraz przed oczami zniknął, zasypany przez czarne pląsające plamy, których brzegi zdawały się pulsować i gorzeć niczym rozpalające się powoli krawędzie grillowego węgla drzewnego. Myśli o pieczonych policzkach wróciły, a spocone palce ześlizgnęły się z kuchennego pulpitu. Osunął się na kolana, przewrócił na bok i w ostatnim przebłysku świadomości dostrzegł nachylającą się nad nim Letycką. Poruszała ustami, powtarzając jego imię i pytając, czy dobrze się czuje.

* * *

– Piotr! Piotrek! – Szarpnęła go ponownie za ramię, po czym opadła na podłogę. – Nic ci nie jest? Piotr! Odezwij się! Proszę!
Leszczyński się nie poruszył, więc tłumiąc zbliżające się spazmy, nachyliła się bardziej, by przyłożyć mu ucho do klatki. Serce biło. Westchnęła z ulgą i poczuła, że wstrzymywane przez chwilę drgawki wracają. Łzy leciały jej teraz ciurkiem, a roztrzęsione ręce nie dawały się uspokoić. Przesuwała nimi po twarzy Piotra, gładząc jego policzki, czoło i brodę i nie umiejąc powiedzieć, czy chce tym gestem uspokoić Leszczyńskiego, czy siebie. W końcu, pokonana przez nadmiar emocji, przywarła do niego i objęła go ramionami jak dziecko. Nie odpowiedział na gest Leny, co tylko spotęgowało jej rozpacz.
– Ocknij się, błagam! – jej szept zagłuszony był łkaniem.
Leszczyński jęknął, więc oderwała się od niego i znów przejechała mu dłonią po twarzy.
– Co tu się stało?! – usłyszała za sobą przerażony głos Poli i odwróciła się w jej kierunku.
– Nie wiem. Chyba stracił przytomność.
Potocka przyklęknęła obok, po czym oparła głowę Piotra na swoich kolanach. Obserwując jej ruchy, Lena poczuła się odtrącona i jeszcze bardziej samotna. Rozczulenie nad sobą znów w niej wezbrało i sprawiło, że zadławiła się własną goryczą.
– Nie płacz, Lenka. Na pewno mu przejdzie. – Pola dostrzegła jej rozżalenie, wysunęła rękę i złapała ją mocno za palce.
Zaniosła się niepohamowanym płaczem, podpełzła do Potockiej i wtuliła w nią z nadzieją, że jej nie odsunie. Czuła się teraz całkowicie bezbronna. Pozbawiona siły i bezradna jak dziecko. Przytłoczona przez nadmiar wydarzeń.
– Już dobrze. – Pola pogłaskała ją lekko po włosach. – Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz. Będzie dobrze…
To przypomniało jej mamę. Lata temu mówiła do niej tak samo. Głaskając ją uspokajająco po głowie, przekonywała, że wszystko się jakoś ułoży, że da sobie radę, że ten smutek i rozpacz to chwila. Że za tydzień o wszystkim zapomni…
Załkała ponownie. Wspomnienie matki rozczulało i czyniło ją jeszcze bardziej bezbronną. Nie była już teraz Leną, lecz wypłakującą się w matczyny podołek dziewczynką. Małą Lenką o długich jasnych warkoczach, której koleżanki dokuczyły w przedszkolu. Zrozpaczoną, pozbawioną wiary w siebie i jedyną otuchę czerpiącą z miękkiego dotyku, gdy matka gładziła jej włosy. Skupioną tylko na nim. Tak jakby mama była wyłącznym godnym zaufania gwarantem przyszłego sukcesu. Jakby tylko ona była w stanie ją zrozumieć, pocieszyć, ukoić. Naprawić świat.

* * *

Dwa tygodnie wcześniej

Piotr

Wszedł do pubu i rozejrzał się uważnie po zatłoczonym mrocznym wnętrzu. Jak zawsze w piątek wieczorem pracownicy okolicznych biurowców zebrali się tutaj na kończącego tydzień zasłużonego drinka. Wielu z nich zdążyło już zdjąć marynarki oraz rozluźnić krawaty. Nieliczne kobiety uwolniły włosy z gumek, rozpięły dwa najwyższe guziki biurowych koszul i zbite w grupki rozglądały się dokoła w poszukiwaniu towarzystwa na wieczór. Mężczyźni byli bardziej skupieni na sobie. Niektórzy wciąż jeszcze omawiali służbowe tematy, inni wymieniali uwagi na temat meczów, samochodów i koni, które miały w sobotę startować w obstawianej przez nich wszystkich gonitwie. Słyszał podekscytowanie w głosach, lecz nie pojmował emocji, jakie budziły w nich rozgrywki sportowe. Bycie kibicem wydawało mu się wyjątkowo jałową rozrywką. Jaką przyjemność mogli odczuwać z obserwacji cudzego wysiłku? Jaką gratyfikację dawała im wygrana ulubionej drużyny? Z czego brała się ich satysfakcja? Sport miał sens tylko wówczas, gdy samemu się walczyło o puchar. Kiedy stawało się w szranki, by wykazać swą przewagę nad resztą. Bez uczestnictwa tracił znaczenie. Był równie głupią formą relaksu jak oglądanie latynoskich seriali, tworzonych dla ludzi, których nie stać na hobby i życie pełne emocji.
Przebił się do baru, zamówił podwójną whisky i uzbrojony w szklankę wyszedł na zewnątrz. Tu również kłębił się tłumek, a jedyną różnicę w stosunku do wnętrza stanowiło to, że przeważały kobiety. Palące papierosy, śmiejące się do siebie, wymieniające uwagi na temat przechodzących ulicą facetów. Popatrzył na nie z uśmiechem, oparł się o ścianę budynku i sięgnął do kieszeni po paczkę marlboro. Trzymana w dłoni szklanka przeszkadzała mu teraz wyraźnie, postawił ją zatem na gzymsie, mając nadzieję, że nie zsunie się z niego, zanim uda mu się zapalić. Stojąca obok dziewczyna dostrzegła jego wahanie i bez słowa podała mu ogień. Uśmiechnął się lekko, po czym podziękował skinieniem głowy. Przejechała wzrokiem po jego sylwetce i zamiast wrócić do prowadzonej uprzednio rozmowy, zastygła. Jakby czekała, aż w końcu się do niej odezwie. Jej usta rozchyliły się lekko, czubek języka przesunął się zwinnie po wargach, a ramiona nachyliły delikatnie ku niemu w podświadomej próbie domknięcia niewidzialnego intymnego uścisku. Całe jej ciało wyraźnie się napięło, a w oczach pojawiły się błyski. Rozpoznał ten stan i mruknąwszy coś niezbornie pod nosem, zabrał szklankę i odszedł.
Dziewczyna była w sumie dość ładna. Z błękitnymi oczami, grzywą zafarbowanych na rudo włosów, upchniętymi w nieco zbyt ciasne spodnie okrągłymi biodrami i atrakcyjnym duetem piersi, które dostrzegł w dekolcie koszuli. W normalnych warunkach spytałby ją pewnie o imię, postawił drinka i zaprosił do siebie na wieczór. W każdy inny dzień, lecz nie dzisiaj. Cóż, może spotka ją tu znowu w środę?
Przeszedł wzdłuż tłumu, rejestrując kolejne mało dyskretne spojrzenia i wyłapując pełne seksualnego zainteresowania uśmiechy. Takie same jak zawsze, gdy zjawiał się w pubie. Może właśnie dla nich tu bywał? Bo przecież nie dla szklanki podłego, ale drogiego łyskacza? Nie dla toczonych tu rozmów czy z powodu niechęci przed powrotem do domu. Lubił, gdy kobiety patrzyły na niego w ten sposób. Chętne, pełne złudzeń, gotowe. Przekonane, że noc, którą z nim spędzą, nieuchronnie przerodzi się w związek. Fantazjujące już teraz o białej sukni, ołtarzu i ryżu wyrzucanym w powietrze. Ich łakome spojrzenia sprawiały mu wyraźną przyjemność. Nie dlatego, że każda z tych dziewczyn uznawała go za wartego napinania pośladków, potwierdzając tym samym jego seksualną atrakcyjność, lecz dlatego, że dostrzegały w nim kandydata na męża. Zauważały coś, czego on w sobie nie widział. Jakiś rodzaj budzącej zaufanie pewności. Otwartość na związek z drugą osobą. Umiejętność stworzenia długotrwałej relacji. Czy były naiwne? Możliwe, choć mało prawdopodobne. Po dziesiątkach spędzonych w tym miejscu wieczorów i niezliczonych jednonocnych przygodach stanowiły grupę prawdziwych ekspertek. Szansa na to, że mogły się mylić, była naprawdę niewielka. Cóż, może rzeczywiście dobił do wieku, który predestynował go do założenia rodziny? Może przekonanie, że to nie dla niego, było jedynie wyparciem? Może jego introwertyczna potrzeba zamykania się w domu samemu z czasem osłabnie, a chęć milczenia w towarzystwie drugiego człowieka przybierze na sile? Pewnie się w końcu przekona. Może już wkrótce? Gdy obudzi się rano w pulchnych objęciach tej uroczej rudowłosej dziewczyny, dostrzeże rozmarzenie w jej wzroku i pomyśli, że nie chce jej zawieść. Może wówczas zapisze na kawałku papieru jej imię, numer telefonu i adres, umówi się na randkę, a miesiąc później przedstawi ją rodzicom?
Zaśmiał się głośno. Nie był kandydatem na partnera czy męża, ale zwykłym, pozbawionym wyższych uczuć łajdakiem. Cynicznym kolesiem, który kierował się w życiu wyłącznie własną wygodą. Niezdolnym do kompromisów, empatii, poświęceń. Obojętnym na cudze potrzeby. Tak było prościej, bo nie potrzebował dzięki temu nikogo. Z pewnością nie po to, by odczuwać zbędne, osłabiające koncentrację emocje albo robić z kimś rzeczy, które bez trudu mógł wykonać sam. Jeśli zdarzało mu się potrzebować kobiety, to wyłącznie do tego, by realizować swoje pragnienia. By wykorzystać ją jako adekwatne i posłuszne narzędzie. Nie musiał się oszukiwać. Nawet gdyby skończył dziś w łóżku z tą rudą, to nie zadałby sobie trudu nie tylko, aby później do niej zadzwonić, ale nawet żeby zapamiętać jej imię. Po co zresztą miałby to robić? W ramach zaśmiecania pamięci nazwiskiem przypadkowej, pozbawionej znaczenia osoby, która w żaden sposób nie była w stanie mu pomóc? Od której nie zależały jego dalsze istnienie, wygoda, dobrobyt czy spokój? Która nie mogła nic dla niego załatwić? Zdecydowanie lepiej było zużyć siły i środki na zyskanie przychylności kobiety, której wsparcie byłoby przydatne w kluczowym dla kariery momencie. Być może powinien patrzeć na siebie jak na kurwę, która gotowa była się sprzedać w zamian za banknot z Sobieskim, ale jego sumienie nie było tak czułe. Może dlatego, że w tym wszystkim nie chodziło wyłącznie o kasę, a może z powodu urody zaproszonej na ten wieczór kobiety? Tak, była piękna, a on się nie zmuszał, aby pójść z nią do łóżka. Ich seks był świetny. Znacznie lepszy niż podejmowana w przerwach rozmowa. Choć może powinien o to winić własną mrukliwość? Ostatecznie Viola nie należała do kobiet, które nadrabiały we wszystkim urodą. Była bystra, inteligentna i sprytna. Czasem myślał, że nawet bardziej od niego.