Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„Upadek cesarstwa rzymskiego na Zachodzie”, trzeci tom dzieła wydanego po raz pierwszy w końcu XVIII wieku, wielokrotnie wznawianego i tłumaczonego na kilkanaście języków, które na stałe zagościło wśród klasycznych pozycji dziejów starożytnych.


Upadek cesarstwa rzymskiego na ZachodzieMonumentalna praca Edwarda Gibbona (1737–1794) należąca do kanonu klasyki historycznej. Znakomitym pisarstwem reprezentuje to, co w historiografii tradycyjnej najlepsze, a dzięki oświeceniowemu racjonalizmowi, inteligencji i odwadze intelektualnej autora wyrasta ponad ówczesne ograniczenia źródłowe i metodologiczne.

Całość dzieła obejmuje okres od pierwszych symptomów kryzysu imperium rzymskiego pod koniec II wieku aż do zdobycia „Nowego Rzymu”, Konstantynopola, przez Turków w roku 1453.

Kilkakrotnie wydawany przez PIW przekład początkowych tomów, któremu nadano tytuł „Zmierzch Cesarstwa Rzymskiego”, kończy się śmiercią cesarza Juliana Apostaty i wraz z nią klęską restytucji pogaństwa w Rzymie.

Niniejsza kontynuacja tego przekładu (lekturowo może być ona traktowana jako samodzielna książka) doprowadza czytelnika do symbolicznego roku 476, kiedy germańscy najemnicy zdjęli z tronu ostatniego cesarza zachodniorzymskiego, Romulusa Augustulusa.

Dalsze dzieje wschodniej części imperium składają się już, według naszej terminologii, na historię Bizancjum.

Edward Gibbon
Upadek cesarstwa rzymskiego na Zachodzie
Przekład: Irena Szymańska
Przekład przypisów: Mikołaj Szymański
Wydawnictwo PIW
Premiera w tej edycji: 7 września 2017
 
 

Upadek cesarstwa rzymskiego na Zachodzie


Rozdział pierwszy[I]

RZĄDY I ŚMIERĆ JOWIANA. – WYBÓR WALENTYNIANA, KTÓRY CZYNI WSPÓŁCESARZEM SWEGO BRATA WALENSA I DOKONUJE OSTATECZNEGO PODZIAŁU NA WSCHODNIE I ZACHODNIE CESARSTWO. – BUNT PROKOPIUSZA – ADMINISTRACJA ŚWIECKA I KOŚCIELNA. – GERMANIA. – BRYTANIA. – AFRYKA. WSCHÓD. – DUNAJ. – ŚMIERĆ WALENTYNIANA. – JEGO DWAJ SYNOWIE, GRACJAN I WALENTYNIAN II, DZIEDZICZĄ CESARSTWO ZACHODNIE

[I] W oryginale całe dzieło Gibbona ma ciągłą numerację rozdziałów. Tak więc ten rozdział nosi numer XXV, następne – odpowiednio.

Po śmierci Juliana sprawy publiczne cesarstwa znajdowały się w nader niepewnym i groźnym położeniu. Armię rzymską ocalił (363 r.) sromotny, choć może konieczny traktat1 i bogobojny Jowian poświęcił pierwsze chwile pokoju sprawie przywrócenia spokojnej egzystencji Kościoła oraz państwa. Jego poprzednik swoją nieoględnością nie tylko nie doprowadził do pojednania, ale przemyślnie podsycił wojnę religijną: równowaga między wrogimi stronnictwami, którą pozornie starał się utrzymać, służyła tylko utrwaleniu sporu skutkiem zmiennych kolei nadziei i strachu, jak też rywalizujących z sobą roszczeń związanych z dawnym stanem posiadania i z obecną przychylnością władz. Chrześcijanie zapomnieli o duchu Ewangelii, a poganie wchłonęli ducha Kościoła. W zwykłych rodzinach naturalne uczucia przyćmiła ślepa zaciekłość fanatyzmu i chęć odwetu; majestat prawa był deptany i wykorzystywany do niecnych celów; miasta Wschodu splamiła krew; najbardziej nieubłagani wrogowie Rzymian znajdowali się w ich własnym kraju. Jowian wychowany został w wierze chrześcijańskiej i kiedy ciągnął z Nisibis do Antiochii, chorągiew z krzyżem, labarum Konstantyna, znowu powiewająca na czele legionów, głosiła jego poddanym, jaką wiarę wyznaje nowy cesarz. Natychmiast po wstąpieniu na tron wysłał do wszystkich gubernatorów prowincji list okrężny, w którym opowiadał się za prawdą Bożą i czynił chrześcijaństwo religią państwową. Zdradzieckie edykty Juliana zostały zniesione; przywrócono i rozszerzono immunitety duchowieństwa. Jowian wręcz ubolewał, że ciężkie czasy zmuszają go do zmniejszania datków na cele dobroczynne2. Chrześcijanie jednogłośnie i z zapałem dawali wyraz szczeremu uznaniu dla pobożnego następcy Juliana. Wciąż jednak nie wiedzieli, które wyznanie wiary czy też który synod uzna on za kryterium prawowierności, i pokój w Kościele natychmiast wskrzesił zapalczywe spory wstrzymane w okresie prześladowań. Biskupi, którzy przewodzili rywalizującym sektom, wiedząc z doświadczenia, w jak wielkiej mierze ich przyszły los zależeć będzie od pierwszego wrażenia, które odniesie ów niewykształcony żołnierz, pospieszyli na dwór w Edessie czy w Antiochii. Na gościńcach Wschodu tłoczyli się biskupi homouzjańscy, ariańscy i semiariańscy, eunomiańscy; wszyscy zaś oni usiłowali wygrać ten święty wyścig. Pałacowe komnaty rozbrzmiewały wrzawą, a władcę wręcz ogłuszała i może też dziwiła osobliwa mieszanina argumentów metafizycznych i gwałtownych obelg3. Powściągliwość Jowiana, który – zalecając zgodę i miłosierdzie – odsyłał skłóconych do orzeczenia przyszłego soboru, uważano za oznakę obojętności. W końcu jednak dzięki respektowi, jaki wyrażał dla „niebiańskich”4 cnót wielkiego Atanazego, wyszło na jaw jego przywiązanie do nicejskiego wyznania wiary. Nieustraszony i zahartowany w bojach o wiarę siedemdziesięcioletni Atanazy opuścił swoje schronienie na pierwszą wieść o śmierci tyrana. Lud obwołał go znowu arcybiskupem i mądry Atanazy przyjął zaproszenie Jowiana, a może nawet zjawił się, zanim cesarz go wezwał. Dostojeństwo Atanazego, jego spokojna odwaga i ujmująca elokwencja utwierdziły sławę, którą sobie już zdobył na dworach czterech kolejnych władców5. Skoro tylko pozyskał zaufanie i umocnił wiarę chrześcijańskiego cesarza, tryumfalnie wrócił do swojej diecezji, skąd nadal z roztropnością i niesłabnącą energią jeszcze przez dziesięć lat6 sprawował władzę kościelną nad Aleksandrią, Egiptem i całym Kościołem katolickim. Przed wyjazdem z Antiochii zapewnił Jowiana, że nagrodą za jego prawowierność okaże się długie i spokojne panowanie. Atanazy sądził, nie bez racji, że albo przyznają mu zasługę trafnej przepowiedni, albo usprawiedliwi go pełna wdzięczności, choć daremna modlitwa7.

Nawet nikła siła użyta, by pchnąć ciało tam, dokąd samo ze swej natury zmierza, działa z nieodpartą mocą. Jowian na szczęście dla siebie przyjął poglądy religijne zgodne z duchem epoki, które miały gorliwych i licznych zwolenników8. Pod jego panowaniem chrześcijaństwo odniosło łatwe i trwałe zwycięstwo. Zaledwie zabrakło uśmiechu królewskiej życzliwości, duch pogaństwa, hodowany i podtrzymywany troskliwymi zabiegami Juliana, nieodwołalnie uległ zapomnieniu. W wielu miastach świątynie stały zamknięte lub opustoszałe. Filozofowie, którzy poprzednio nadużywali krótkotrwałych przywilejów, uznali, że ostrożniej będzie, jeśli zgolą brody i nie będą napomykać o swej profesji; chrześcijanie cieszyli się, że są teraz w stanie przebaczyć lub pomścić krzywdy, jakich doznali pod poprzednim panowaniem9. Przerażonych pogan uspokoił mądry i łaskawy edykt o tolerancji, w którym Jowian dobitnie oświadczył, że chociaż będzie surowo karał świętokradcze obrzędy magii, jego poddani mogą swobodnie i bezpiecznie odprawiać ceremoniały dawnego kultu. Pamięć tego prawa dochowała się do naszych czasów dzięki mówcy Temistiuszowi, którego wydelegował senat Konstantynopola, żeby dał wyraz jego wiernemu przywiązaniu do nowego cesarza. Temistiusz rozwodzi się nad łaskawością Boskiej Istoty, nad łatwością, z jaką człowiek popełnia błędy, nad prawami sumienia i niezależnością umysłu; wymownie wszczepia słuchaczom zasady tolerancji filozoficznej, o której pomoc nie wstydzi się ubiegać nawet sam Zabobon, gdy znajdzie się w opresji. Słusznie podkreśla, że w czasie ostatnich przemian obie religie kolejno zhańbiły się zdobywaniem bezwartościowych neofitów, owych czcicieli cesarskiej purpury, którzy bez powodu i bez rumieńca wstydu przechodzili z kościoła do świątyni i od ołtarzy Jowisza do świętego stołu chrześcijan10.

Rzymskie wojsko, które już wróciło (październik 363) do Antiochii, przeszło wcześniej przez siedem miesięcy 1500 mil, znosząc podczas marszu wszystkie trudy wojny, głodu i niepogody. Nie zważając na dokonania żołnierzy, ich zmęczenie i zbliżającą się zimę, zalękniony i niecierpliwy Jowian pozwolił ludziom i koniom zaledwie na sześć tygodni wytchnienia. Cesarz nie mógł znieść nieposkromionych, złośliwych szyderstw mieszkańców Antiochii11. Chciał jak najprędzej objąć w posiadanie pałac w Konstantynopolu i uprzedzić roszczenia rywala, który mógłby zdobyć nikomu nie zaprzysiężone posłuszeństwo Europy. Niebawem jednak dotarła do niego radosna wieść, że jego władzę uznano od Bosforu aż do Oceanu Atlantyckiego. W pierwszych listach, które rozesłał z obozu w Mezopotamii, przekazał dowództwo wojskowe Galii i Ilirii Malarykowi, dzielnemu i lojalnemu oficerowi z plemienia Franków, i swemu teściowi, komesowi Lucylianowi, który wykazał się odwagą i walecznością podczas obrony Nisibis. Malaryk nie przyjął jednak tej godności, ponieważ uznał, że nie jest jej godny, a Lucylian poległ w Reims podczas przypadkowego buntu kohort batawskich12. Jednakże Jowin, dowódca konnicy, puściwszy w niepamięć zamiar cesarza, by go pozbawić stanowiska, okazał umiar, szybko uśmierzył zamieszki i umocnił lojalność niezdecydowanych żołnierzy. Wojsku kazano złożyć przysięgę wierności, co uczyniło z głośną aprobatą. Wysłannicy zachodnich armii13 pozdrowili nowego władcę, kiedy schodził z gór Taurus do miasta Tyana w Kapadocji. Z Tyany ruszył dalej pospiesznym marszem do Ancyry, stolicy prowincji Galacji, gdzie wraz ze swym niedawno urodzonym synem przyjął (1 stycznia 364) tytuł i insygnia konsula14. Dadastanę15, nieznane nam dzisiaj miasto położone w połowie drogi między Ancyrą i Niceą, los przeznaczył na miejsce, w którym nastąpił później kres jego podróży i życia. Dogodziwszy sobie obfitą, a może nawet wręcz nieumiarkowaną wieczerzą, udał się na spoczynek. Następnego ranka znaleziono go w łożu martwego. Dopatrywano się różnych przyczyn tej nagłej śmierci. Niektórzy przypisywali ją skutkom niestrawności, wywołanej albo nadmiarem wina, albo niewłaściwym gatunkiem grzybów, które zjadł wieczorem. Według innych udusił się we śnie dymem węgla drzewnego, który ze ścian jego komnaty wydobył niezdrową wilgoć świeżego tynku16. Pominięcie normalnego w takich wypadkach śledztwa w sprawie śmierci władcy, którego panowanie i osoba niedługo potem uległy zresztą zapomnieniu, wydaje się jedyną okolicznością usprawiedliwiającą złośliwe pogłoski o truciźnie i zbrodni kogoś z jego otoczenia17. Ciało Jowiana wysłano do Konstantynopola, żeby pochować go obok poprzedników. Smutny kondukt spotkała po drodze jego żona, Charito, córka komesa Lucyliana, która opłakiwała niedawną jeszcze śmierć ojca i spieszyła, by osuszyć łzy w objęciach cesarskiego małżonka. Jej rozczarowanie i smutek podsycała macierzyńska troska. Sześć tygodni przed śmiercią Jowiana jego małego syna posadzono na krześle kurulnym, przyznano mu tytuł „najszlachetniejszego” i ofiarowano niewiele znaczące insygnia władzy konsularnej. Małemu królewiczowi, który po dziadku otrzymał imię Warroniana, nieświadomemu swojej kondycji, tylko zazdrość władz przypominała, że jest synem cesarza. Szesnaście lat później żył jeszcze, ale pozbawiono go już jednego oka i jego zrozpaczona matka w każdej chwili oczekiwała, że wyrwą niewinną ofiarę z jej ramion, by krwią chłopca uśmierzyć podejrzenia panującego władcy18.

Po śmierci Jowiana tron świata rzymskiego przez dziesięć dni19 pozostawał bez władcy (17–26 lutego). Ministrowie i dowódcy nadal spotykali się na radzie, sprawowali każdy swoją funkcję, dbali o porządek publiczny i w pokoju prowadzili wojska do Nicei w Bitynii, miasta wybranego na miejsce elekcji20. Na uroczystym zgromadzeniu przedstawiciele cywilnych i wojskowych władz cesarstwa raz jeszcze jednogłośnie ofiarowali diadem prefektowi Salustiuszowi. Chwalebnie odmówił po raz drugi, a kiedy powołując się na zasługi ojca wysunięto kandydaturę jego syna, prefekt ze stanowczością bezinteresownego patrioty oznajmił wyborcom, że podeszły wiek jednego z nich i niedoświadczona młodość drugiego tak samo nie zdołają sprostać trudnym obowiązkom władzy. Zgłoszono kilku kandydatów, lecz po rozważeniu przeszkód wynikających z ich charakteru lub sytuacji kolejno odrzucono każdego z nich; kiedy jednak zabrzmiało imię Walentyniana, zasługi tego oficera natychmiast zjednoczyły głosy całego zgromadzenia i sam Salustiusz udzielił mu szczerego poparcia. Walentynian21 był synem komesa Gracjana, urodzonego w Cybalis, w Panonii, który wybił się z niskiego stanu dzięki niezrównanej sile i zręczności na stanowisko dowódcy wojskowego w Afryce i Brytanii; powrócił stamtąd z wielkim majątkiem i podejrzanie dobrą reputacją. Pozycja i zasługi Gracjana przyczyniły się wszakże do ułatwienia pierwszych stopni awansu jego synowi i dały mu wcześnie okazję do zamanifestowania owych solidnych i przydatnych kwalifikacji, które wyniosły go ponad innych żołnierzy. Walentynian był wysoki, pełen wdzięku, majestatyczny. Jego męska twarz, na której wyraźnie malował się rozsądek i bystrość, budziła wśród przyjaciół respekt, a wśród wrogów strach. Syn Gracjana odziedziczył silny i zdrowy organizm, co sprzyjało popisom nieposkromionej odwagi. Dzięki cnocie i umiarowi, który powściąga zachłanność i pobudza zdolności, Walentynian cieszył się własnym i powszechnym szacunkiem. Służba w wojsku nie zostawiła mu w młodości czasu na wykwintne studia literackie; nie znał greki, nie opanował też zasad retoryki; ponieważ jednak przemawiając nigdy nie doznał zbijającego z tropu zakłopotania, umiał przy każdej sposobności, jeśli skłaniała go do tego potrzeba, głosić zdecydowane poglądy, posługując się śmiałym i pełnym inwencji stylem. Jedynymi prawami, jakie studiował, były prawa dyscypliny wojskowej: szybko wyróżnił się niestrudzoną pracowitością i nieugiętą surowością, z jakimi wykonywał i narzucał innym obowiązki obozowe. W czasach Juliana naraził się na niełaskę, gdyż publicznie wyraził pogardę dla panującej religii22. Z późniejszego postępowania Walentyniana można sądzić, że jego niestosowna i nierozważna szczerość wynikała raczej z ducha wojskowego niż z chrześcijańskiej gorliwości. Wybaczono mu jednak i ceniący jego zalety władca nadal go zatrudniał23. Podczas zmiennych kolei wojny perskiej zyskał Walentynian jeszcze lepszą reputację niż wcześniej na brzegach Renu. Szybkość i powodzenie, z jakimi wypełnił ważne zadanie, przyniosły mu łaskę Jowiana i zaszczytne dowództwo drugiej „szkoły”, czyli kompanii, tarczowników ze straży dworskiej. Maszerując z Antiochii zatrzymał się w swojej kwaterze w Ancyrze, skąd niespodziewanie, bez zabiegów i intryg z jego strony, wezwano go do objęcia w czterdziestym trzecim roku życia całkowitej władzy w cesarstwie rzymskim.

Taka propozycja ministrów i dowódców zebranych w Nicei nie miałaby wielkiego znaczenia, gdyby nie potwierdził jej głos armii. Sędziwy Salustiusz, który od dawna już śledził zmienne nastroje zgromadzeń ludowych, zaproponował, by pod karą śmierci żadna z tych osobistości, której ranga mogłaby zachęcić zebranych do udzielenia poparcia, nie ukazała się publicznie w dniu inauguracji. Taki jednak był nacisk dawnych przesądów, że samorzutnie dodano całą dobę do tego niebezpiecznego okresu oczekiwania, ponieważ wtedy wypadł przypadkiem dodatkowy dzień roku przestępnego24. W końcu, kiedy uznano porę za sprzyjającą, Walentynian pojawił się we własnej osobie na wysokiej trybunie; rozumny wybór przywitały oklaski i nowego władcę uroczyście odziano w diadem oraz purpurę wśród radosnych okrzyków żołnierzy, którzy w wojennym ordynku otaczali trybunę. Gdy jednak wyciągnął rękę, żeby zwrócić się do zbrojnego tłumu, w szeregach krążyć zaczęły nagle natrętne szepty, które stopniowo wezbrały w głośne i naglące żądanie, aby bezzwłocznie wyznaczył współcesarza. Nieustraszony Walentynian uzyskał spokojem ciszę i wzbudził szacunek, przemawiając do zgromadzonych w te słowa: „Jeszcze przed kilkoma chwilami w waszej, towarzysze broni, mocy było pozostawienie mnie w cieniu jako człowieka prywatnego. Uznając na podstawie mej przeszłości, że zasługuję na władzę, osadziliście mnie na tronie. Teraz moim obowiązkiem jest mieć na względzie bezpieczeństwo i dobro państwa. Ciężar świata jest niewątpliwie zbyt wielki, by udźwignął go słaby śmiertelnik. Świadomy jestem granic moich możliwości i tego, jak niepewne jest moje życie; bynajmniej więc nie odrzucam, lecz żarliwie pragnę pomocy godnego współwładcy. Tam jednak, gdzie niezgoda może okazać się zgubna, wybór wiernego przyjaciela wymaga dojrzałego i poważnego namysłu. To zadanie należy do mnie. Wy tymczasem okażcie stałość uczuć i zdyscyplinowanie. Wróćcie do waszych kwater; dajcie odpocząć waszym umysłom i ciałom; oczekujcie zwykłych darów z okazji objęcia tronu przez nowego cesarza”25. Zdziwieni żołnierze z mieszaniną dumy, zadowolenia i obawy przyjęli do wiadomości, że słyszą głos władcy. Gniewne okrzyki przeszły w pełne szacunku milczenie; potem zaś wojsko w pełnej zbroi uroczyście zaprowadziło Walentyniana, otoczonego orłami legionów i rozmaitymi chorągwiami konnicy i piechoty, do pałacu w Nicei. Ponieważ rozumiał, jak ważne jest, by powstrzymać żołnierzy od pochopnego wysunięcia czyjejś kandydatury, odbył naradę z zebranymi dowódcami; ich prawdziwe uczucia zwięźle wyraził z wielkoduszną swobodą Dagalaifus. „Najdostojniejszy władco – rzekł ów oficer – jeśli masz na względzie tylko swoją rodzinę, posiadasz brata; jeśli miłujesz państwo, rozejrzyj się za najbardziej zasłużonym z Rzymian”26. Cesarz powściągnął niezadowolenie, nie zmieniając swych intencji, i niespiesznie ruszył z Nicei do Nikomedii i Konstantynopola. Na jednym z przedmieść stolicy27, trzydzieści dni po własnym wyniesieniu, nadał tytuł augusta swemu bratu Walensowi. Ponieważ zaś nawet najodważniejsi patrioci byli pewni, że ich sprzeciw nie przysłuży się krajowi, a może okazać się zgubny dla nich samych, deklarację o nieznoszącej sprzeciwu woli cesarza przyjęto w milczącej pokorze. Walens miał już 36 lat, lecz jego zdolności nie zostały dotychczas sprawdzone na żadnym stanowisku wojskowym czy cywilnym, a charakter nie budził w świecie zbyt optymistycznych nadziei. Miał natomiast jedną cechę, którą cenił w nim Walentynian i która służyła wewnętrznemu pokojowi w cesarstwie: szczere i pełne wdzięczności przywiązanie do swego dobroczyńcy. Wyższość jego geniuszu i autorytetu Walens potulnie respektował przez całe życie, podejmując jakiekolwiek działanie28.

Walentynian, zanim jeszcze podzielił prowincje między siebie i Walensa, zreformował administrację cesarstwa. Poddanych każdego stanu, skrzywdzonych czy prześladowanych pod panowaniem Juliana, wezwano (czerwiec 364), by podtrzymali publicznie swoje zarzuty. Milczenie ludu świadczyło o nieskazitelnej uczciwości prefekta Salustiusza29; jego usilne prośby, by pozwolono mu wycofać się ze spraw państwowych, Walentynian odrzucił, zapewniając go uroczyście o swej przyjaźni i szacunku. Wśród faworytów zmarłego cesarza było jednak wielu takich, którzy nadużyli jego łatwowierności czy przesądów i którzy nie mogli nadal żywić nadziei, że chronić ich będzie przychylność lub sprawiedliwość władcy30. Większą część ministrów pałacowych i namiestników prowincji usunięto ze stanowisk, lecz pewni dostojnicy zostali za swe zasługi wyróżnieni z zasługującego na karę tłumu i choć niektórzy, powodowani gorliwością lub dawnymi urazami, głośno protestowali przeciw zbytniej łagodności, wszystkie działania w tej delikatnej kwestii cechowała rozsądna doza mądrości i umiaru31. W świętowaniu nowego panowania zaszła krótka, lecz budząca podejrzenia przerwa z powodu nagłej choroby obu władców; natychmiast jednak po powrocie do zdrowia, w początkach wiosny, wyjechali oni z Konstantynopola. W zamku czy pałacu Mediana, leżącym zaledwie trzy mile od Naissus, dokonali uroczystego i ostatecznego podziału cesarstwa rzymskiego32. Walentynian przekazał bratu bogatą prefekturę Wschodu od dolnego Dunaju do granic Persji, podczas gdy dla siebie zachował bezpośrednie rządy nad wojowniczymi prefekturami Ilirii, Italii i Galii, od krańców Grecji do Wału Kaledońskiego i od Wału Kaledońskiego do podnóża Atlasu. Administracja prowincji działała na dotychczasowych zasadach, lecz dwie rady i dwa dwory wymagały podwójnej liczby dowódców i urzędników. Podziału dokonano, biorąc pod uwagę zasługi lub pozycję każdego z kandydatów na stanowiska, i niebawem powołano siedmiu naczelnych dowódców zarówno konnicy, jak piechoty. Kiedy ta ważna sprawa została zgodnie załatwiona, Walentynian i Walens uściskali się po raz ostatni. Cesarz Zachodu obrał sobie tymczasową siedzibę w Mediolanie, a cesarz Wschodu wrócił do Konstantynopola, by objąć władzę nad pięćdziesięcioma prowincjami, których język był mu całkiem nieznany33.