Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Czy reportaż może być jednocześnie rzetelny i zabawny? Matt Rudd pisząc książkę „Anglicy. Przewodnik podglądacza” udowodnił, że tak. Podróżując po własnym kraju sportretował rodaków, ich codzienność, marzenia, radości, bolączki, zalety i mnóstwo wad, a swój tekst przyprawił solidną dawką brytyjskiego humoru.


Anglicy. Przewodnik podglądaczaJak świat postrzega Anglików, a jak to wygląda od wewnątrz? Czy zauważanie ich przez pryzmat ekscentryzmu, meloników, luksusu i elegancji, ale też wiecznego zrzędzenia i marudzenia, seksualnej pruderii, futbolowego szaleństwa i pijackich burd w wykonaniu młodych Anglików w miastach całej Europy (nie pomijając Krakowa) i nienaruszalności tradycyjnej five o’clock ma sens? „Gdzieś tam jest coś, co czyni życie na tej wyspie tak szczególnym” – stwierdza Rudd i wyrusza na poszukiwanie tego, co wyjątkowe.

Zapis poszukiwań autora znalazł się w książce „Anglicy. Przewodnik podglądacza”, w której Matt Rudd zabiera czytelnika w podróż przez codzienne życie mieszkańców Wysp, by znaleźć odpowiedź na pytanie: jacy naprawdę są Anglicy, na ile stereotypy o nich funkcjonujące pośród innych narodów są prawdziwe, a na ile nie mają pokrycia w rzeczywistości, przynajmniej obecnie.

Autor, dziennikarz i prezenter radiowy, zajął się najbardziej charakterystycznymi i postrzeganymi przez inne nacje jako stereotypowe, obszarami „angielskości”. Rudd wkroczył tam, gdzie toczy się prawdziwe życie przeciętnego Anglika i podszedł do zadania w sposób typowo dziennikarski – przez osiemnaście miesięcy zadawał pytania, prowadził rozmowy i obserwacje w miejscach, gdzie toczy się codzienne życie: w pociągu podmiejskim, na plaży, w sklepie meblowym, w pubie i biurze, podczas pracy, zakupów, posiłków i odpoczynku, w domach i miejscach wyjazdów weekendowych. Przyglądał się, jak jego rodacy pracują, gotują, jedzą, prowadzą samochód, śpią i co robią w łóżku.

Jego relacja z podróży po dzisiejszym życiu mieszkańców Wysp Brytyjskich prezentuje z ironią i poczuciem humoru (oczywiście w typowo angielskim wydaniu) obraz tego, co na pierwszy rzut oka wydaje się niezbyt zrozumiałe dla przybysza z zewnątrz. Zakup mebli, rola kanapy w życiu rodzinnym, prawidłowe koszenie trawnika, plażowanie i wczasy w nadmorskich kurortach z tradycjami, „entuzjazm” w rozwijaniu własnej sprawności fizycznej (głównie w pubach), mistrzostwo w organizowaniu kolejek po bilety na mecze turnieju tenisowego w Wimbledonie – to tylko niektóre spośród tematów opisanych w książce.

Jak wynika z relacji Rudda, stare stereotypy dotyczące Anglików czas chyba przenieść do lamusa. Bo czy ktoś obcy wpadnie na pomysł, że w życiu mieszkańca Wysp najważniejsza stała się kanapa, na której spędza on średnio cztery godziny dziennie? Albo że pierwsze co przychodzi Anglikowi do głowy na hasło „jedzenie” to kuchenka mikrofalowa? Albo że słynne angielskie trawniki ustąpiły miejsca niedbałym ogródkom? Albo że gra w golfa wcale nie jest taka relaksująca jak się powszechnie sądzi („Golf to frustrująca gra uprawiana przez łatwo frustrujących się ludzi”)?

Rudd kreśli w książce portret Anglików barwny i ciepły, mimo dużej dawki sarkazmu

Rudd kreśli w książce portret barwny i ciepły, mimo dużej dawki sarkazmu („Zawsze byłem tak wychowywany, żeby nie znosić innych Anglików na wakacjach”), portret współczesnego Anglika, z jego zaletami i licznymi wadami, jego mentalność, nie dla każdego zrozumiałą, i konwenanse, w których tkwi co najmniej od epoki wiktoriańskiej, choć już bez zbytniego zaangażowania. To osobnik kochający niezdrowe jedzenie, popadający w amok niepotrzebnych zakupów, zapracowany, zdolny do czynów szalonych, jak choćby zakup za 20 funtów porcji ryby z frytkami w nadmorskim kurorcie.

Rudd, spostrzegawczy i dowcipny z natury, z premedytacją przyjmuje styl swoich rozmówców, co w efekcie dało tekst zabawny i przyjemny, z licznymi niewymuszonymi żartami i komizmem sytuacyjnym. Jak pisali angielscy czytelnicy: „W tej książce pełno jest tych momentów, gdy zdajesz sobie sprawę, że autor mówi o tobie.”

Jeśli lubicie poczucie humoru Billa Brysona, polubicie też książkę Matta Rudda i jego żartobliwe spojrzenie na życie w Anglii. Robert Wiśniewski

Matt Rudd, Anglicy. Przewodnik podglądacza, Przekład: Magdalena Rabsztyn-Anioł, Seria: Mundus, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Premiera: 10 października 2017
 
 

Matt Rudd
Anglicy. Przewodnik podglądacza
Przekład: Magdalena Rabsztyn-Anioł
Seria: Mundus
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: 10 października 2017
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

KUCHNIA

Chciałem jedynie uczynić jedzenie dostępnym dla wszystkich, pokazać, że można popełniać błędy – ja robię je nieustannie – ale one nie mają znaczenia.
Jamie Oliver, który najwyraźniej nie próbował mojego filetu au poivre au chocolat de mignon

 – Cześć.
 – Czeeeeeść.
 – Och, masz śliczną fryzurę.
 – A ty sukienkę.
 – Ten staroć?
 – Ha, ha, ha, ha!
 – Hej.
 – Przynieśliśmy winko.
 – Och, naprawdę. Wchodź, stary. Jak tam robota? Nadal dojeżdżasz? Ja pracuję w biurze tylko cztery dni, piąty w domu.
Jesteśmy w odległej części hrabstwa Surrey częściowo po to, żeby spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi, po części po to, żeby zjeść kolację, ale przede wszystkim, jak się okazało, żeby pławić się we wspaniałym blasku znakomitego wystroju wnętrz. Zaczęliśmy od obowiązkowego podziwiania schodów oraz salonu, który moim zdaniem wyglądał dokładnie tak samo jak zawsze, ale teraz „znacznie lepiej komunikuje się z resztą parteru, nie sądzicie?”.
A potem pojawiło się ukoronowanie całości. Nowe pomieszczenie kuchenno-jadalne. Przepraszam, żadne tam „pomieszczenie”. „Przestrzeń”. Wyciosana z granitu, szkła oraz drażniących znaków firmowych. W lśniących czarnych powierzchniach widziałem własne odbicie i otchłań rozpaczy z powodu wszystkiego, co jest nie tak z tym światem. Nasz gospodarz, w fartuchu z napisem: „Nie jestem pijany, nadal piję”, ruszył do kuchenki, udając, że musi coś zamieszać, podczas gdy goście mówili „och” i „ach” na widok jakichś łopatek i kranu.
 – Spójrzcie na to – powiedział, wskazując na gigantyczne czarne koło w ścianie za płytą grzejną.
 – O rety. Co to takiego? – odpowiedzieliśmy posłusznym chórem.
 – To jest, moi drodzy, okap.
 – Ale na ścianie? Nie powinien być nad kuchenką?
 – Ha! Właśnie nie – gospodarz uśmiechnął się z makiaweliczną radością. Wpadliśmy w zastawioną przez niego pułapkę. – Ma zasysanie obwodowe. Wyciąga powietrze całą powierzchnią okapu, co zwiększa efektywny obszar odsysania w porównaniu z tradycyjnym wyciągiem. Ktoś chce tartinkę? Może przejdziemy do przestrzeni dla gości?
Najpierw dano nam dość czasu na przyswojenie szczegółów proweniencji wędzonego łososia na blinach, a potem zajęliśmy miejsca w przestrzeni jadalnianej na kolację. Był chłodnik, rzecz jasna. A potem polędwica wołowa w cieście francuskim i nie będę was zanudzać szczegółami pochodzenia wołowiny, ponieważ wycierpiałem dość za nas wszystkich. Wystarczy powiedzieć, że krowa i ekocelebrycki kucharz Hugh Fearnley-Whittingstall byli po imieniu.
Moje żarliwe modlitwy, żeby okap kuchenny zepsuł się podczas „rozkładania potraw na talerzach” i wessał całą kolację swym zadziwiająco cichym wirem powietrza, pozostały niewysłuchane. Nie żebym nienawidził gospodarza. To czysta zazdrość. Żałosne.
Na szczęście danie główne się przypaliło. Nie do stopnia niejadalności, ale wołowina była szara, a nie różowa. Nasz znakomity gospodarz i już wstawiona gospodyni szeptali coś do siebie gorączkowo przy cudownym zlewie (to właśnie problem z „przestrzenią” w przeciwieństwie do „pomieszczenia” – znacznie trudniej jest odbyć potajemną zjadliwą kłótnię podczas przyjęcia), zanim on popędził do kuchenki, żeby sprawdzić pieczone warzywa korzeniowe. Za późno. To była ostatnia kropla w tym kielichu.
 – Klapa! – krzyknął szeptem znad chrupiących marchewek.
 – Jak tam wasz dom? – gospodyni odwróciła naszą uwagę.
 – Pieprzona klapa – powtórzył gospodarz i zaczął uderzać głową w sześciostrefową płytę indukcyjną.
 – W porządku – odpowiedziałem gospodyni, gdy ta upiła duży łyk niepotrzebnie drogiego wina (nigdy za pół ceny w żadnym sklepie na jakiejkolwiek promocji). – Być może będziemy musieli teraz poszukać lepszego okapu. Ha, ha, ha, ha, ha!
 – Ha, ha, ha, ha, ha, ha!
Przy daniu głównym panowało napięcie. Kolejne osoby niezbyt entuzjastycznie podejmowały próby komplementowania potrawy, prowadzenia rozmowy towarzyskiej lub neutralnego, lecz zabawnego rozprawiania na tematy polityczne. Napięcie zgasiło każdego i po chwili było słychać tylko wcale nie taki cichy szum okapu kuchennego. Wszyscy mieli nadzieję, że na deser wybrano coś prostego i nieprzysparzającego niepokoju.
Okazało się, że to suflet czekoladowy.
W miarę jak rósł, poprawiały się nasze nastroje. Nasz gospodarz, nadal podłamany, zaczął odzyskiwać rezon. Drzwi na drugim końcu jadalni składają się w harmonijkę i ogród nagle wchodzi do domu. Architekt zaprojektował wieżowiec w Szanghaju i wejście do stacji metra. Niesamowite, że w ogóle znalazł dla nas czas. Ogrzewanie podłogowe tak naprawdę pozwala zmniejszyć rachunki za ogrzewanie.
A potem otworzył piekarnik, żeby wyjąć suflet. Jakaś niezwykła spirala chłodnego powietrza, uwięziona pomiędzy okapem a jego irytującym fartuchem, musiała trafić w przód skazanego teraz na porażkę deseru.
 – Nieeeee! – zakrzyknął w zwolnionym tempie, wystawiając suflet na polerowaną czarną powierzchnię pochodzącą z konkretnego kamieniołomu w południowej Sycylii. A potem cała reszta deseru również opadła, zupełnie jak „Titanic”, tylko z czekoladą zamiast kwartetu smyczkowego.
 – Macie tu fantastyczne oświetlenie – powiedziałem, patrząc na sufit. – Czy to eko?
 – Mówiłam ci, żebyś nie robił tego cholernego sufletu – powiedziała ona, nalewając sobie kolejny kieliszek wina, jakby próbowała ugasić pożar lasu. – Nie wiem, dlaczego nie mogłeś kupić tarty cytrynowej Hestona. Nikt by się nie zorientował.
On spojrzał na nią.
Ona spojrzała na niego.
 – Zorientowaliby się – powiedział w końcu i szybkim krokiem wyszedł. Okap został wyłączony. W milczeniu zjedliśmy kałużę sufletu. Był pyszny (czekolada pochodziła z Kostaryki).
Dwie podstawowe zasady angielskiej kuchni – popisywanie się i chodzenie – były ze sobą ściśle związane, od kiedy pierwszy angielski jaskiniowiec ukrył opakowanie mamuciego risotta z Waitrose i daremnie próbował przedstawić je jako własne danie.
Dopiero po II wojnie światowej sprawy na poważnie zaczęły się wymykać spod kontroli. W 1949 roku, wraz z pojawieniem się całkowicie nowego modelu szybkowaru, chodziło tylko o chwalenie się, ponieważ można było zaoszczędzić na czasie. „Pani domu od jutra będzie gotowała tylko w szybkowarze” – głosiła reklama urządzeń Prestige. „Gotowanie pod ciśnieniem to szybkie gotowanie. Przygotowanie najpyszniejszych potraw jest kwestią minut, a rachunki radykalnie spadają. Zachwycająco prosty w użyciu, jego posiadanie sprawia przyjemność”. Hura dla pani domu jutra! Dajesz, dziewczyno. Żadnej wzmianki o panach domu oczywiście. Autorzy reklamy uznają, że tylko kobiety będą się dobrze bawić.
Zabawa i niebezpieczeństwo. Ponieważ zawsze będzie jakaś cena do zapłacenia, jeśli jednocześnie próbujecie zaoszczędzić na czasie i się popisywać. Takie jest życie. Jeśli chodzi o szybkowary, nawet o te nowomodne małe urządzenia z 1949 roku, to istniało prawdopodobieństwo strasznej śmierci w eksplozji o smaku jagnięciny. Stukot i syk stanowiły pewną wskazówkę. Producenci starali się je wyjaśnić jako „nieodzowny element pracy urządzenia”. Co za ogromna ulga.
Całkiem niedawno sześć osób zginęło, a siedemnaście odniosło rany, gdy na rynku w Phnom Penh wybuchł szybkowar. No dobrze, to był przemysłowy szybkowar i można podejrzewać, że przepisy na kambodżańskim rynku nie są tak rygorystyczne jak te u nas, ale zasada działania jest ta sama. Szybkowar. Garnek służący do gotowania potraw pod ciśnieniem. Gotowania. Pod ciśnieniem. „Wybuch był tak potężny, że uniosło mnie nad łóżko, kiedy spałem” – powiedział siedemdziesięcioośmioletni Hok Meng, który mieszkał naprzeciwko czegoś, co wcześniej było makaroniarnią. Hok miał dużo szczęścia. Wybuchł cały komin, wyrzucając metrowej szerokości kawały kambodżańskiej murarki przez dach z blachy cynkowej nad pobliską pralnię, w której spały dwie ofiary.
Moja mama też miała szybkowar w latach siedemdziesiątych. Nikt nie zginął, ale nigdy nie wolno nam było wejść do kuchni bez pełnej zbroi. Któregoś razu musieliśmy wyczyścić sufit z klopsików. Po tym wydarzeniu jako pierwszy wchodził robot saperski. Był nieustraszony.
W ogólnym rozrachunku śmierć i/lub przerażające oparzenia parą były warte ryzyka. Jagnięca potrawka w kwadrans? Crumble w pół godziny? Przy użyciu ekscytującego syczącego gadżetu, którym można się pochwalić przed sąsiadami? Szybkowary Prestige sprzedawały się jak ciepłe bułeczki.
Później jak ciepłe bułeczki sprzedawały się urządzenia o nazwie Teasmade. Był to wynalazek odmieniający życie, wart wpisania do panteonu odmieniających życie przedmiotów wynalezionych przez Anglików, zaraz obok odkurzacza bezworkowego, klucza nastawnego, penicyliny, pieroga kornwalijskiego i gilotyny1. Za jednym zamachem urządzenie (Teasmade, nie gilotyna) odpowiedziało na pytanie, którego wcześniej żaden Anglik nie śmiał zadać – czy starożytna sztuka robienia herbaty może się stać łatwiejsza i pozwolić na przechwałki dzięki sile technologii? Czy można udoskonalić bolesny proces budzenia się, wstawania, schodzenia do zimnej kuchni, robienia filiżanki herbaty i wracania do łóżka, żeby ją wypić? Dzięki Teasmade odpowiedzieć brzmiała twierdząco. Odtąd wystarczyło się tylko obudzić i wypić. Nie dokonano tego w archimedejskim przebłysku geniuszu. Nikt nie krzyknął: „eureka!”. Nikomu nie spadło na głowę jabłko. Niejaki Frank Clarke, rusznikarz z Birmingham, zgłosił patent na urządzenie typu Teasmade w 1902 roku. Nie myślał długo nad nazwą – było to „urządzenie, dzięki któremu filiżanka herbaty lub kawy zostaje zrobiona automatycznie”, co jednak brzmi mniej chwytliwie. W ciągu następnych sześćdziesięciu lat pojawiały się rozmaite interpretacje tego pomysłu, który tak naprawdę stał się realny dopiero w latach sześćdziesiątych, kiedy ktoś, kto nie był rusznikarzem z Birmingham, uznał, że elektryczność będzie lepszym dla samopoczucia źródłem energii niż gaz, a ktoś z działu marketingu skrócił nazwę. Nagle okazało się, że już nikt więcej nie będzie musiał wstawać z łóżka. Cywilizacja mogła wyhamować.

(1) Owszem, monsieur Guillotine. Szubienica z Halifax była w West Yorkshire prekursorem pańskiego „wynalazku”, pierwszy raz wykorzystano ją w 1286 roku. W dodatku dawała skazańcowi pewne szanse. Jeśli zdołał wycofać głowę z szafotu przed uruchomieniem ostrza, odchodził wolny.