Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„Kameleon” to mocna, nieocenzurowana opowieść o pracy polskiego przykrywkowca i kulisach pracy w CBŚ.


KameleonPodziemie narkotykowe w Polsce przeżywa swoje najlepsze lata, kiedy zostaje powołane Centralne Biuro Śledcze, polskie FBI.

Maciej Nowacki, policjant i agent w jednej osobie, przez rok nie jest przydzielany do żadnych spraw, aż zostaje skierowany do rozpracowania siatki handlarzy narkotyków na południu Polski. Zaczyna wchodzić w perfekcyjnie zorganizowany świat, gdzie nie ma miejsca dla słabych.

Jak wygląda służba agenta CBŚ? Czy w pracy przykrywkowca można mieć rodzinę? Jaka jest cena podwójnego życia?

Victor Gorsky zaraz po przejściu na emeryturę napisał tę książkę jako formę terapii po zakończeniu pracy w świecie, o którym wolałby zapomnieć…

Victor Gorsky – absolwent WSPol w Szczytnie, oficer z ponaddwudziestoletnim stażem w służbie kryminalnej, zajmujący się w swojej karierze zwalczaniem patologii społecznych, prostytucji, narkomanii, poszukiwaniem osób. Od 2000 r. oficer CBŚ, odznaczony m.in. brązowym Krzyżem Zasługi oraz medalem Zasłużony Policjant. Obecnie na emeryturze, na której znalazł swoje nowe pasje.

Victor Gorsky
Kameleon
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 3 sierpnia 2017
 
 

Kameleon

GDZIEŚ NA PARKINGU

Atmosfera była pełna napięcia, dawało się wyczuć, że chodzi o dużą kasę. Wstałem od stołu i powiedziałem do Karola:
– Dobra, idziemy do mojego samochodu, skończymy sprawę, a chłopacy dokończą deal na miejscu.
Wyszedłem z McDonalda na parking.
– Gdzie stoisz i czym? – zapytał Karol. – Muszę zabrać towar z mojego samochodu. Zaraz przyjdę.
– Zielona toyota na tylnym parkingu. Będę stał obok, to mnie zauważysz – odpowiedziałem.
Czekanie ciągnęło się w nieskończoność. Nigdy nie wiesz, czy facet przyniesie zamówiony towar, czy klamkę, którą wymusi oddanie całej kasy. Ale z drugiej strony zawsze masz nadzieję, że on myśli tak samo: też nie wie, czy po przyniesieniu narkotyku nie dostanie kulki zamiast umówionego siana. Po dwóch minutach obaj już siedzieliśmy w samochodzie. Na tylną kanapę Karol położył reklamówkę.
– Tam jest towar, zgodnie z umową, dwa kilo koksu i trzy amfy. To jest to, co zamówił Olek. Sprawdź, czy się zgadza, i zadzwoń do niego, żeby zaczął się rozliczać z Michałem.
Odwróciłem się i sięgnąłem po torbę. Wyciągnąłem dwie paczki owinięte szczelnie szarą taśmą klejącą. Nie chciałem ich rozrywać, więc zważyłem je w ręce. Waga się zgadzała. W duchu poczułem ulgę, schodziło ze mnie zdenerwowanie, którego nie mogłem w żaden sposób okazać.
– To jest ten sam towar co wcześniej? – zapytałem. – Bo tamten był idealnej jakości, dlatego bierzemy teraz więcej i nie chcemy mechlanego.
– To jest ta sama partia, to samo źródło, ten sam dostawca – potwierdził Karol. – Nie ryzykowalibyśmy oszustwa, bo jesteście dobrymi odbiorcami, takich szkoda stracić.
– W porządku – odpowiedziałem, biorąc jednocześnie telefon do ręki i wybierając numer Olka.
– Tu Maciek, możesz płacić, za dziesięć minut jesteśmy u was. – Rozłączyłem się.
Od tej chwili mieliśmy dziesięć minut na dokończenie transakcji: Olek musi przekazać w McDonaldzie pieniądze za kokainę i amfetaminę, a ja muszę dokończyć deal z Karolem.
– Masz moje oddzielne zamówienie? – zapytałem handlarza narkotyków.
– Pewnie, że mam. – Wyciągnął spod kurtki dwie puszki z parówkami w zalewie, niemieckiej produkcji.
– Kurwa, chłopie, za czterdzieści tysięcy euro pół kilo parówek? Musiałyby być ze złota, żebym je wziął – powiedziałem zdziwiony, kiedy Karol mi je podawał.
– Obejrzyj, są oryginalnie zamknięte, naklejka też oryginalna, wszystko cacy, tak jak w sklepie, tylko że wsad jest inny. W każdej masz po dwieście pięćdziesiąt gramów koksu. Żeby gramatura zgadzała się z opakowaniem, kapujesz? – zapytał. – Możesz wozić po całej Polsce, wywozić, gdzie chcesz, nikt tego nie sprawdza, bo nikomu nie chce się otwierać puszek z żarciem, zwłaszcza gdy Polacy jadą na wakacje albo do roboty – zaśmiał się.
Wziąłem do ręki obie puszki. Faktycznie, nie było żadnych śladów uszkodzeń, spawów, nawet woda chlupała jak w oryginałach.
– Jaką mam gwarancję, że tam jest koks? – zapytałem Karola.
– A jaką ja mam, że zapłacisz mi prawdziwymi euro, a nie fałszywymi, kapujesz? Daj kasę, przeliczę i idziemy.
Przekazałem pieniądze, wysiadłem z auta i włożyłem puszki do bagażnika, między torby. Reklamówkę wcisnąłem głębiej, żeby nie rzucała się w oczy. Stałem przy samochodzie, gdy pojawił się przy mnie Karol.
– Zgadza się, deal z tobą to czysta przyjemność, powtórzymy to następnym razem, dobra?
Ruszyliśmy w stronę wejścia do maca. Karol podszedł do swojego wozu, więc byłem z przodu, gdy nagle oślepił mnie błysk granatu, a jego huk zlał się z krzykiem: „Stój, policja!”. Wokół rozległy się wystrzały, nie zorientowałem się dokładnie, co się dzieje. Nagle poczułem solidnego kopniaka. Przeleciałem parę metrów i wylądowałem na bruku. Ledwo zetknąłem się z kostką, kiedy ktoś – lub coś, bo siła była ogromna – zaczął ciągnąć mnie do siebie. Miałem pot na twarzy, szyi, kręgosłupie, adrenalina wypływała w postaci potu, ale nie byłem zdenerwowany. I wtedy na karku poczułem chłód, nieprzyjemny chłód lufy karabinka, a na nerkach ciężką nogę faceta, który zdecydowanym głosem poinformował mnie:
– Nawet, kurwa, nie próbuj spierdalać, możesz tylko oddychać…

POWRÓT

Pracując od początku lat dziewięćdziesiątych w policji w służbach operacyjnych, czy – jak mówią niektórzy – kryminalnych, zdobyłem tyle doświadczenia, że potrafiłem odróżnić dobro od zła i policjanta, który chciał pracować, od klasycznego lewara, którego celem było przeżycie piętnastu lat do emerytury, a później liczenie procentów za każdy dodatkowy rok służby. Zajmowałem się przestępczością narkotykową, zaczynałem od nurków, którzy produkowali po domach i garażach polską heroinę i rozprowadzali ją wśród swoich. Później nastały czasy LSD, marihuany, kokainy, ecstasy i polskiego towaru eksportowego, amfetaminy. Ktoś zauważył, że jeden czy dwóch policjantów zajmujących się narkotykami w takim mieście jak Piła to zdecydowanie za mało, więc utworzono specjalny wydział, później zaś połączono nas z pezetami i stworzono Centralne Biuro Śledcze. Czyli nasze FBI. Prestiż, ciut większa kasa, lepszy sprzęt, o wiele szersze możliwości, nie mówiąc już o standardzie pracy. W naszych polskich realiach to tak, jakby dzielnicowy z Pcimia Dolnego przeszedł do pracy w Komendzie Głównej w Warszawie. Była kasa na długopisy, papier do maszyn do pisania, a potem drukarek, były nawet druki operacyjne i procesowe, które podrzucało się chłopakom w terenie w podziękowaniu za pomoc. Ale CBŚ to także nowoczesne formy walki z bandziorami. Jedną z nich jest wykorzystanie „policjanta pod przykryciem”, który na czas realizacji zadania staje się inną osobą, kameleonem. Z zewnątrz wygląda jak zbój, jak biznesmen, jak handlarz narkotyków, jak klasyczny cwaniak, wnętrze zaś jest cały czas to samo. Tylko głowa fiksuje, bo trudno podejmuje się decyzje, gdy mogą one kosztować życie własne, partnera lub partnerki, ludzi z ochrony. Albo które mogą spierdolić robotę komuś, kto rozpracowywał grupę przestępczą kilka lat. Takim PPP byłem ja. Udało mi się ukończyć kurs, zostać „namaszczonym” i pracować przy sprawach, o których wie niewielu. Siedziałem za biurkiem, rozmyślałem o swojej karierze, a raczej jej braku, bo bez znajomych w policji nijak kariery zrobić się nie da, czekając jak na szpilkach na telefon z kolejną propozycją wyjazdu. Bo to wciągało. Jak bagno. Taplanie się w tym bandyckim syfie sprawiało mi radość, a kiedy moi przeciwnicy znajdowali się już w więzieniach, mogłem się umyć i czekać. Aż w końcu ktoś zauważał, że za długo jestem w „poczekalni” i trzeba wykorzystać potencjał. A może, chociaż odganiam taką myśl, może chcieli mnie zweryfikować, czy się jeszcze nadaję do roboty pod przykryciem? W końcu przez rok nigdzie nie wyjeżdżałem, chociaż dupy w trakcie ostatniej operacji nie dałem, zakończyła się pozytywnie, „chwasty” zostały wyrwane i siedzą w pudle, czego więcej oczekiwać? Ba, nawet szef CBŚ dał po siedem paczek nagrody, co jak na policyjne warunki uznać trzeba za wyróżnienie z wyższej półki. Co prawda dupy nie urywało, ale kumple z firmy już dawno zapomnieli, co to nagrody za sprawy. Tyle że pochwalić się nie mogę, bo przecież nie wiedzą, co robię, gdzie robię i co z tego mam. Ot, taka karma. Ale ten telefon postawił mnie na nogi.
– Siema, brachu! Żyjesz, masz chwilę? – rozległ się w słuchawce głos Cewe.
– Jak nie, jak tak, dla ciebie zawsze. – Trochę picu nie zaszkodzi. Z coverami trzeba dobrze żyć, żeby jeździć na roboty, bo to oni rozdają karty.
– Słuchaj, jest temat do rozkminienia, na południu Polski. Tarnów, narkotyki, koleś chodzi koło grupy hand­lującej wszystkim, czym się da, do tego mają wejście na marihuanę przemycaną z Czech, i to w każdej ilości. Dasz radę pociągnąć?
– Spróbuję, czemu nie. Mam robić sam czy kogoś dostanę?
– Jest Młody z ostatniego kursu, jeszcze nie był na robocie, z Torunia – usłyszałem. – Ma jaja i „to coś”. Chcę, żebyś sprawdził, czy się nadaje. Musimy go zweryfikować, żeby mieć pewność, że nie wymięknie na robocie i będzie trzymał język za zębami. Sprawdzisz, czy potrafi rozmawiać z bandziorami, czy łapy mu nie chodzą z nerwów i nie jąka się jak Klaudiusz. Adrenalina na kursie ma swój poziom, ale ta w realu wylewa się wszystkimi otworami. Z dupą włącznie. Zresztą sam wiesz, że nie ma skali. Wchodzisz?
Jasne, że wchodzę, ale poczekałem pół minuty, żeby Cewe nie myślał, że mi zależy. Przecież nie wyskoczę z radości z fotela z okrzykiem: „Kurwa, chłopie, z nieba mi spadłeś, pewnie, że biorę”. Szacunek musi być. Gdybym od razu zaczął dziękować i cieszyć się jak dzieciak, to straciłbym w oczach coverów. Powinni wiedzieć, że znam swoją wartość i nie każdą robotę będę brał, bo po roku mógłbym wypoczywać tylko za granicą, tak moja gęba by się opatrzyła w całej Polsce. No i ja jestem panem siebie, a nie kolesie z Warszawki. Niech wiedzą, że mam swoją robotę na miejscu, gdzie też mnie cenią. Ale w końcu wystarczy tej ciszy.
– Jasne, czekam na info. Przyjeżdżam do Wawy, dogadujemy detale i do boju.
W odpowiedzi usłyszałem standardowo, że się cieszy, że super, że mam czekać na telefon. Czyli jak zwykle. W ostatnim roku zdarzyło się to kilkakrotnie. Przyzwyczaiłem się już do tego.
Wróciłem na ziemię, czyli do szarej, zwykłej, codziennej roboty, bo jako cebeesiak zajmuję się zwalczaniem zorganizowanej przestępczości narkotykowej. Mam więc u siebie w Pile do czynienia z grupą zajmującą się produkcją narkotyków, ich przemytem, a także dealerką. Ale nie taką uliczną, tylko liczoną już w kilogramach. Praca „pod przykryciem” to taki dodatek, który całkowicie odbiega od wizji przykrywkowca z amerykańskich filmów. Pracujemy na dwóch etatach, ale dostajemy wypłatę za jeden. Ten oficjalny. Chociaż ten drugi jest jak najbardziej legalny, to traktowany jest jako „społeczny”. Każdy z kolejnych dyrektorów CBŚ tyle obiecywał, że gdyby spełniały się ich obiecanki, a nasze marzenia, to „przykrywki” byłyby krainą mlekiem i miodem płynącą. Ale ktoś kiedyś pięknie sparafrazował klasyka, mówiąc: „Kochajcie dyrektorów, tak szybko odchodzą”. Bo faktycznie średnia długość ich rządów z każdym rokiem stawała się coraz krótsza i u niektórych liczona była w miesiącach. Każdy twierdził, że rozumie sens służby, jej trud i niebezpieczeństwo. Ale jak można rozumieć coś, czego się nie przeżyło? Czy jeden koleś zrozumie drugiego, kiedy ten opowie mu, jak przeleciał Miss Polski? Nie, będzie mógł to sobie tylko wyobrazić i na dodatek nie do końca. Nas nikt nie docenia. To znaczy wszyscy mówią, że doceniają, a im ktoś ważniejszy, tym bardziej „docenia”. Ale tym mniej o nas wie. No, chyba że posiadł wiedzę filmową lub książkową, to wtedy jest tak szeroki, że ma problem z wejściem do swojego gabinetu. A jak jeszcze uda mu się wręczyć osobiście nagrodę, żeby zobaczyć nasze gęby, to błyszczy na salonach, bo może opowiadać, gdzie to nie był i kogo to nie widział.
Ale życie przynosi swoje problemy, więc niezależnie od wcielenia przykrywkowca siedzę nad aktualną sprawą operacyjną, która ciągnie się już ponad pół roku i pewnie nie zakończy się jeszcze przez najbliższe miesiące. Ta praca to mój właściwy etat, za który otrzymuję co miesiąc pensję i jakieś dodatki. Muszę się starać, by zadowolić przełożonego, który i tak dostaje czkawki na mój widok, zwłaszcza kiedy dowiaduje się o moim kolejnym wyjeździe. Walczę wtedy również z żoną, żeby jej wytłumaczyć potrzebę wyjazdu do Warszawy na ileś tam dni, wymyślając za każdym razem inną bajkę: a to kurs, a to odprawa, a to chuj wie co, byle mądrze brzmiało. Drugi front to przełożony, a trzeci to sprawa, którą prowadzę z partnerem. Łeb się lasuje, bo mózgu niewiele od wódy zostało, i za każdym razem trzeba jakoś wybrnąć i spaść na te dwie koślawe nogi. Ciągnące się w nieskończoność rozpracowanie, kiedy chce się ustalić całą grupę, jej hierarchię, sposób działania, kontakty, nie pozwala radośnie przychodzić do firmy. I tak na korytarzu co drugi dzień słyszę głos swojego Starego:
– Kurwa, wyników mi się chce! I to medialnych!
Jak go zadowolić, kiedy wszędzie oszczędności, informatorom nie płać, bo nie, spotykaj się w lesie, bo najtaniej, jak chcesz wypić z nimi kawę, to zrób sobie w termosie i wypij przy bagażniku. A jak gość chce na fajki, to wyłóż ze swoich; jak chce zjeść, to wytłumacz, żeś nie brat Albert. Ot, taka robota.
Mam to w pompie, trzeba pracować, nająłeś się za psa, więc szczekaj. I już. Na ziemię sprowadził mnie mój partner zza biurka, Antek. Dobry człowiek, poznaliśmy się w Szczytnie na egzaminach. Pracowaliśmy wtedy w dwóch różnych wydziałach Komendy Wojewódzkiej w Pile, on w technice, a ja w kryminalnym. Ale jakoś tak między nami zaiskrzyło i kiedy się dostaliśmy na studia w Wyższej Szkole Policyjnej, zamieszkaliśmy razem w pokoju. A później nasze losy skrzyżowały się w Wydziale Narkotyków. To dzięki niemu zostałem przykrywkowcem, on mnie wytypował na kurs.
– Maciek, dawaj, dzwonił Piniu, chce się spotkać na trasie do Wałcza, ma jakieś informacje. Wezmę kijankę i polecimy, bo umówiłem się z Nataszą, że pójdziemy razem na zakupy, a mały pobawi się na zjeżdżalniach i w piłkach.
Antek jest szalony na punkcie syna, oddałby za niego i dla niego wszystko, taki ojciec, jakiego każde dziecko chciałoby mieć. A ja mam w robocie partnera, któremu mogę zaufać, bo wiem na dwieście procent, że mnie nie zawiedzie, nawet w najbardziej dramatycznych sytuacjach.
Wsiedliśmy do bardzo operacyjnego auta polskiej policji, kia, które jest flagowym samochodem psiarni. Kiedyś były to polonezy, później fiaty stilo, a teraz kia. Niektórzy dostawali coś innego. To już zależało od znajomości w samej centrali. Ale i tak jacyś mądrale załatwiali w wydziałach komunikacji kolejne numery rejestracyjne, więc każdy średnio rozgarnięty złodziej czy bandyta wiedział, kto jedzie. Tym bardziej że bandziory na bieżąco wpisują nasze numery do internetu po każdej zmianie.
Antek kierował, więc mnie przypadła rola pijącego na spotkaniu. Bo co to za spotkanie z informatorem, jak się nie wypije. Trzeba się nakombinować, żeby nie postawić flaszki czy nawet piwa. Mniej boli, jak jest kasa operacyjna, a jak trzeba ze swoich, to znowu usłyszysz od Starego: „Taka karma, trzeba było wziąć kawę w termosie”. Ale ja nie musiałem iść z Basią na zakupy, zawsze po pracy wjeżdżała do swojego ulubionego społem na naszym osiedlu i tam szalała między półkami. A moi synowie radzili sobie sami, więc miałem ich z głowy, obowiązki spoczywały na Basi. Chociaż czasami kończyło się to cichymi dniami, nieraz tygodniem, zwłaszcza jak przychodziłem pijany.
– Dokąd lecimy? – zapytałem Antka. – Powiedział, gdzie na nas czeka?
– Taaa, ma być na GS-ie w Starej Łubiance, tam gdzie poprzednio. Mam nadzieję, że jednak ma coś ciekawego, bo ostatnio tylko kreuje się na debeściaka, a gówno z tego jest.
W tym momencie zatelefonował Piniu. Poprosił o przeniesienie spotkania na Orlen koło Urzędu Wojewódzkiego, bo już tam jest. Nam obu to bardzo pasowało, tylko że kolejny raz będziemy się wyświecać ludziom na spotkaniu.
– Cwaniak – powiedziałem do Antka. – Znowu znalazł sponsorów, pewnie nie ma kasy na żarcie i papierosy, więc kombinuje, żeby zjeść za państwowe. Tylko że to państwowe to nasze prywatne. Ten gamoń myśli, że my śpimy na kasie, tylko chytrusy jesteśmy i dawać nie chcemy.
Dojechaliśmy pod Urząd Wojewódzki i zanim dotarliśmy do stacji, już słyszeliśmy zamówienie Pinia:
– Dwa hot dogi z sosem greckim, duża kawa i elemy niebieskie.
Podszedłem do niego i delikatnie, acz stanowczo starałem się mu wytłumaczyć:
– Kurwa, Piniu, zahamuj, przeproś ładnie panią i powiedz, że masz pilną sprawę i wrócisz za jakiś czas. Co ty myślisz, że sponsor przyjechał? Najpierw wiedza, później jedzenie. Nie ma wiedzy, nie ma jarania. Proste?
Piniu ładnie, jak na siebie, podziękował i wyszedł ze stacji. Poszliśmy nad Gwdę pogadać, chociaż pogoda nie zachęcała do spacerów. Generalnie, tak jak się spodziewaliśmy, Piniu nie miał żadnych informacji, tylko finansowego doła, i potrzebował kasy, żeby przetrzymać. Wspólnie z Antkiem wspomogliśmy go paroma złotymi z naszego domowego budżetu i wróciliśmy do bazy.