Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Powieść „Na południe od Brazos” Larry’ego McMurtry’ego (zdobywcy nagrody Pulitzera 1985 za ten właśnie tytuł) w znakomitym przekładzie Michała Kłobukowskiego, ponownie zagościła na półkach księgarskich, po 26 latach od pierwszego i jedynego polskiego wydania.


Larry McMurtry zasłynął jako piewca Dzikiego Zachodu, jego przeszłości i teraźniejszości, łącząc w swojej twórczości opisy dziewiętnastowiecznego życia pionierów, kowbojów i Indian oraz ich współczesnych potomków z analizą uniwersalnych ludzkich emocji. Takie utwory, jak „Dziewczęta z prerii”, „Wszystko dla Billy’ego”, scenariusz do filmu „Tajemnica Brokeback Mountain”, „Czułe słówka”, „Ostatni seans filmowy”, „Streets of Laredo” czy wreszcie dzieło uważane za najważniejsze w dorobku pisarza – „Na południe od Brazos”, zapewniły mu stałe miejsce pośród najbardziej rozpoznawalnych amerykańskich pisarzy.

Więcej niż western
„Na południe od Brazos” ma wszystko, czego czytelnik oczekuje od dobrej, ponadczasowej powieści: epicki rozmach, wiarygodne postaci, przygody i akcję, łamiące serca historie miłosne, głębokość psychologicznych spostrzeżeń, humor i tragizm. Te wszystkie elementy autor umieścił na barwnym tle schyłku pewnej epoki w dziejach Ameryki: w ostatnim momencie, gdy każdy, kto miał na to ochotę, mógł zebrać stado bydła i ruszyć przez prerie i pustynie, by wzbogacić się, przejść do historii lub szybko stracić głowę. Śmierć i humor są obecne w powieści w mniej więcej równych proporcjach, zapewniając niezbędną równowagę. Śmierć często występuje gwałtownie, a humor pomaga złagodzić nieoczekiwaną i wszechobecną brutalność.

„Lonesome Dove”, bo taki jest jej oryginalny tytuł, pochodzący od nazwy miejscowości, w której rozpoczyna się przygoda książkowych bohaterów, jest uważana przez krytyków za najważniejsze dzieło western fiction. To wielowątkowa i wielopłaszczyznowa powieść drogi, a jednocześnie nostalgiczna epopeja z dziejów amerykańskiego Pogranicza i hołd oddany przez autora ludziom i czasom, które odeszły na zawsze.

Odyseusz na prerii
Choć na pierwszy rzut oka „Na południe od Brazos” wydaje się powieścią o spędzie bydła (i kilku świń) przez pół kontynentu, to w głębszej warstwie jest historią niczym ze starożytnych mitów, opowieścią o podróży w nieznane, gdy bohaterowie, nie bacząc na potencjalne niebezpieczeństwa, mając tylko konia, derkę, spryt i dobre chęci, wyruszają w nieznane, zostawiając za sobą przeszłość, dotychczasowe życie i smętną egzystencję bez perspektyw. I jak to w mitach bywa, nie wszyscy wrócą z wyprawy. McMurtry tworzy na nowo mitologię Starego Zachodu, potoczyście opowiedzianą historię opartą na klasycznych schematach westernu, obudowując ją licznymi motywami i wątkami wplecionymi w fabułę, które wzmacniają emocjonalne doznania czytelnika, pokazują szerszy kontekst historyczny czy obyczajowy.

powieść znakomicie oddaje ducha młodej Ameryki, kraju osadników, kowbojów i samotnych jeźdźców walczących z bezprawiem

Ta powieść znakomicie oddaje ducha młodej Ameryki, kraju osadników, kowbojów i samotnych jeźdźców walczących z bezprawiem, przedstawia początki rodzącej się cywilizacji na rozległych, dziewiczych terenach, gdy nadchodzi czas na zmianę dotychczasowych poglądów, idei i oczekiwań. I podobnie jak w całej swojej twórczości McMurtry czyni to ze sporą dozą romantyzmu, nostalgii i tęsknoty za odchodzącą epoką pionierów, choć momentami nie omija pułapek nadmiernego idealizowania przeszłości.

„Na południe od Brazos” to epicka historia w najpełniejszym znaczeniu tego słowa, z pełnymi emocji, doskonale zaplanowanymi scenami, realistycznymi, żywymi i poruszającymi bohaterami, przedstawiająca realistyczny obraz życia na Dzikim Zachodzie u schyłku lat siedemdziesiątych XIX wieku, gdzie śmierć jest przypadkowa, szybka i brutalna, i takie jest też życie.

Larry McMurtry oparł fabułę powieści na prawdziwym życiu kilkudziesięciu postaci historycznych, przypisując ich cechy i czyny wykreowanym bohaterom, pokazując w ten sposób zarówno radości jak i złe strony dawnego Zachodu, bohaterów i złoczyńców, tych którzy stali się szanowanymi obywatelami mimo mrocznej przeszłości, tych, którzy przeszli do legendy, i tych, którzy niczym wiecznie niespokojne duchy nie mogą pogodzić się z odchodzącymi w przeszłość pionierskimi czasami.

Bohaterowie są zmęczeni
Ta fascynująca powieść nabiera życia dzięki genialnie skonstruowanym postaciom, zwłaszcza dwóch głównych bohaterów, Calla i Augustusa. Ci dwaj przeszli razem wiele na Pograniczu, jednak ich czas, jako obrońców osadników, dobiegł końca. Trwają więc zmęczeni życiem, ich obecne zajęcie to hodowla świń, a prócz niej sporadyczne wyprawy po bydło i konie do sąsiedniego Meksyku. Nuda i stagnacja uwidaczniają odmienność ich charakterów. Kapitan Woodrow F. Call jest małomównym, pracowitym, twardym mężczyzną, który spędził dorosłe życie bardzo aktywnie, starając się być doskonałym, odpowiedzialnym przywódcą ludzi, których powierzono jego pieczy, podczas gdy Augustus „Gus” McCrae jest romantycznym, gadatliwym, dobrodusznym i leniwym osobnikiem, lubiącym pić whisky, grać w karty i spędzać czas z piękną kobietą. Wydawać by się mogło, że różnice ich osobowości wykluczają porozumienie, a jednak w miarę rozwoju powieści ich więź i przyjaźń stają się coraz głębsze, aż do zaskakującego zakończenia.

Oprócz tej dwójki karty powieści zapełnia cała galeria ludzkich typów – między innymi introwertyczny szeryf, ścigany przez niego przypadkowy zabójca, młodzieniec marzący o sławie kowboja, indiański wódz, irlandzcy imigranci, nie potrafiący odnaleźć się w nowej rzeczywistości, panie lekkich obyczajów czy zawiedziony w miłości oberżysta.

Stary Zachód odchodzi w przeszłość
McMurtry epickim rozmachem powieści sprawia, że „Na południe od Brazos” to coś więcej niż tylko pełna przygód podróż grupy kowbojów przez pół kraju, to także nawiązania do najważniejszych wydarzeń kształtujących historię amerykańskiego Zachodu, beznadziejnego położenia Indian, pozbawianych ziemi i terenów łowieckich przez osadników, zwalczanych brutalnie przez wojsko i samozwańcze grupy kowbojów czy też kwestii miejsca kobiet w społeczeństwie, mających w owym czasie dość ograniczony wybór możliwości życiowych: małżeństwo albo nierząd.

To momentami gorzka opowieść psychologiczna, w której McMurtry polemizuje z utrwalonymi w licznych westernach i popkulturze stereotypami.

To momentami gorzka opowieść psychologiczna, w której McMurtry polemizuje z utrwalonymi w licznych westernach i popkulturze stereotypami. Jego bohaterowie są odarci ze wzniosłości dzielnych szeryfów, czytelnik ma wrażenie, że składają się głównie z przywar i dziwactw, a przy tym są wypaleni i psychicznie martwi, dręczą ich upiory przeszłości i marne perspektywy na przyszłość. Tylko jedno jest ich w stanie poruszyć – udział w ostatniej, jak się okaże, szalonej, życiowej przygodzie.

Larry McMurtry zabiera czytelnika właśnie tam, gdzie powstał amerykański mit osadnika i kowboja, pokazuje kapryśną naturę życia i śmierci i zmusza do zanurzenia się w każdym najbardziej paskudnym aspekcie starego, powoli odchodzącego w przeszłość Dzikiego Zachodu. „Życie przychodzi i odchodzi, śmierć dosięga wszystkich, jednego po drugim” – konstatuje jeden z bohaterów.Robert Wiśniewski

Larry McMurtry, Na południe od Brazos, Przekład: Michał Kłobukowski, Wydawnictwo Vesper, Premiera: 25 października 2017
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Larry McMurtry
Na południe od Brazos
Przekład: Michał Kłobukowski
Wydawnictwo Vesper
Premiera: 25 października 2017
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

CZĘŚĆ I
1

Kiedy Augustus wyszedł na ganek, błękitne świnie właśnie pożerały grzechotnika. Wąż pełzał widocznie po podwórku, usiłując znaleźć trochę cienia, no i nawinął się świniom pod ryje. Urządziły z nim sobie niezłą zabawę w przeciąganie liny: maciora trzymała go za łeb, a wieprzek za ogon. Nigdy już nie było mu sądzone zagrzechotać.
– Wynocha – powiedział Augustus, dając wieprzkowi kopniaka. – Macie zamiar żreć węża, to idźcie z nim nad strumyk.
Nie zazdrościł im grzechotnika, tylko żałował miejsca na ganku: kiedy świnie tam się wylegiwały, robiło się jeszcze goręcej, a i bez nich było dostatecznie gorąco. Augustus wyszedł na piaszczyste podwórko i ruszył do spiżarki po swój dzban. Wprawdzie słońce tkwiło jeszcze wysoko na niebie, krnąbrne jak muł, lecz Augustus, który umiał bacznie je obserwować, uznał, że długie promienie padające z zachodu już obiecująco się chylą.
W Lonesome Dove wieczór nastawał późno, ale gdy wreszcie zawitał, oddychało się z ulgą. Prawie przez cały dzień – a także rok – słońce więziło miasteczko pod grubą warstwą pyłu, na równinnym pustkowiu porośniętym karłowatymi dębami, wśród których węże, rogate ropuchy, kukułki naziemne i jadowite jaszczurki miały rajskie życie, lecz dla świń i przybyszów z Tennessee było to istne piekło. W promieniu dwudziestu, a nawet trzydziestu mil nie rosło ani jedno drzewo rzucające w miarę przyzwoity cień i właśnie dokładne współrzędne najbliższego cienia godnego tej nazwy stanowiły temat ożywionych dyskusji w biurze (jeżeli można tak określić szopę bez dachu i kilka mocno sztukowanych zagród) Przedsiębiorstwa Handlu Bydłem mieszczącego się nad strumieniem, zwanym Kapeluszem. Przedsiębiorstwo to w połowie należało do Augustusa.
Jego uparty wspólnik, kapitan W.F. Cali, twierdził, że doskonały cień znajduje się całkiem niedaleko, bo już w Pickles Gap, zaledwie dwanaście mil od Lonesome Dove. Pickles Gap było miejscowością chyba jeszcze podlejszą niż Lonesome Dove. Swoje istnienie zawdzięczało tylko temu, że pewien dureń z północnej Georgii nazwiskiem Wesley Pickles zmylił drogę i przez dziesięć dni błądził wraz z rodziną wśród akacji, a kiedy wreszcie natrafił na polanę, ani słyszeć nie chciał o tym, by ją porzucić, i w ten właśnie sposób powstało miasteczko Pickles Gap; przyciągało ono głównie podróżnych tegoż pokroju co sam założyciel, czyli ludzi słabego ducha, niezdolnych przebrnąć przez głupie kilkaset mil akacjowego gąszczu.
Spiżarka mieściła się w przysadzistym budyneczku z niewypalanej cegły, w którym tryskało źródełko. Panował w niej taki chłód, że Augustus byłby się do niej chętnie przeprowadził, gdyby domek nie cieszył się tak wielką popularnością wśród czarnych wdów, os i stonóg. Kiedy otworzył drzwi, nie zauważył ani jednej stonogi, ale od razu usłyszał, że jakiś grzechotnik – widocznie bardziej rozgarnięty niż ten, którego właśnie pożerały świnie – nerwowo terkocze. Augustus z niejakim trudem wypatrzył w kącie zwiniętego węża, uznał jednak, że nie warto do niego strzelać: wystrzał oddany w spokojny letni wieczór w Lonesome Dove mógł spowodować pewne komplikacje. Usłyszałoby go całe miasteczko i wszyscy pomyśleliby, że albo Komańcze nadciągnęli z równin, czyli od północy, albo Meksykanie znad rzeki, czyli od południa. Jeśli jacyś klienci Suchej Fasoli – jedynego saloon-baru w tym mieście – byliby akurat pijani lub niezadowoleni z życia (a jedno i drugie wydawało się wielce prawdopodobne), wybiegliby pewnie na ulicę i zastrzelili paru Meksykanów – ot, na wszelki wypadek.
Co najmniej zaś Cali nadszedłby wielkimi krokami od strony zagród i tylko by się rozzłościł, stwierdziwszy, że całe zamieszanie spowodował wąż. Cali nie miał za grosz szacunku ani dla węży, ani dla ludzi, którzy schodzą im z drogi. Grzechotniki traktował jak komary i rozprawiał się z nimi jednym ciosem narzędzia, które akurat trzymał w ręku.
– Ktoś, kto na widok węża ściąga koniowi cugle, równie dobrze może chodzić pieszo – mawiał często. Dla człowieka wykształconego zdanie to miało mniej więcej tyle samo sensu, co większość wypowiedzi Calla.
Augustus wyznawał bardziej relaksową filozofię. W myśl jego zasad każdemu stworzeniu należało dać czas do namysłu, toteż odczekał parę minut na słońcu, póki grzechotnik nie uspokoił się i nie wymknął jakąś szparą. Wtedy dopiero sięgnął ręką do środka i wyciągnął z błota swój dzban. Rok był suchy nawet jak na Lonesome Dove i ze źródełka sączyło się akurat tyle wody, że powstawała miła błotnista kałuża. Świnie przez pół życia ryły wokół spiżarki, w nadziei, że wreszcie uda im się wleźć w błoto, ale jak dotąd żadna ze szpar między cegłami nie była dość duża, by mogła się w niej zmieścić Świnia.
Wilgotne, grube płótno spowijające dzbanek nęciło oczywiście stonogi, Augustus sprawdził więc, czy któraś nie dostała się między fałdy, nim wyjął korek i pociągnął z umiarem. Niejaki Dillard Brawley, podobnie jak Augustus rodem z Tennessee – jedyny biały fryzjer w Lonesome Dove – musiał strzyc i golić, stojąc na jednej nodze, ponieważ w przeszłości nie dość wystrzegał się tych stworzeń. Pewnej nocy dwie stonogi z bardzo jadowitej odmiany o czerwonych nóżkach wlazły mu do nogawki, a kiedy rano wstawał, nie pomyślał o tym, że trzeba wytrząsnąć spodnie. Noga zgniła mu wprawdzie tylko częściowo, ale była to część na tyle duża, że rodzina w obawie przed zakażeniem uprosiła Augustusa i Calla, by kończynę odpiłowali.
Przez rok czy dwa Lonesome Dove miało nawet lekarza z prawdziwego zdarzenia, młodzieniec ten okazał się jednak nierozważny. Rozwydrzony vaquero, którego wszyscy i tak mieli zamiar powiesić pod lada pozorem, zapił się pewnej nocy do nieprzytomności i nie zauważył, kiedy wlazł mu do ucha jadowity chrząszcz. Robal nie umiał trafić do wyjścia, ale w środku poruszał się dość swobodnie, więc zdenerwowany vaquero namówił lekarza, by ten spróbował zastosować płukankę. Młodzieniec rozpuścił w ciepłej wodzie trochę soli i starał się, jak umiał, ale vaquero nie wytrzymał nerwowo i zastrzelił doktora. Popełnił tym samym fatalny błąd: kiedy odjeżdżał galopem, ktoś zabił pod nim konia i rozwścieczeni obywatele, z których większość właśnie spędzała czas nie opodal w Suchej Fasoli, natychmiast zbiega powiesili.
Niestety, żaden medyk nie interesował się odtąd miasteczkiem, ilekroć więc okazywało się, że potrzebny jest chirurg, wzywano Augustusa i Calla, którzy poradzili sobie w życiu z niejedną raną. Z nogą Dillarda Brawleya uporali się bez trudu, tylko sam Dillard tak się wydzierał, że uszkodził sobie struny głosowe. Całkiem zgrabnie poruszał się na jednej nodze, ale głosu nigdy w pełni nie odzyskał, co w końcu odbiło się na interesach jego firmy. Zawsze gadał zbyt wiele, lecz po wypadku ze stonogami zaczął zbyt wiele szeptać. Klienci poprzykrywani gorącymi ręcznikami nie mogli się odprężyć, bo usiłowali zrozumieć, co on tam znowu szepcze. Nigdy właściwie nie zasługiwał na to, żeby go słuchano, nawet kiedy miał jeszcze obie nogi, toteż z czasem stracił wielu klientów na rzecz drugiego fryzjera, który był Meksykaninem. Nawet Cali chadzał do niego, choć nie dowierzał ani Meksykanom, ani fryzjerom.
Wróciwszy z dzbanem na ganek, Augustus tak ustawił krzesło wyplatane sznurkiem, żeby jak najlepiej wykorzystać ten skrawek cienia, którym musiał się zadowolić. W miarę jak słońce się zniżało, cień stopniowo się wydłużał, ogarniając ganek, podwórko, na którym stały wozy, strumień, miasteczko Lonesome Dove i wreszcie Rio Grandę. Augustus z upływem wieczoru dojrzewał do tego, by porozmawiać z kimś inteligentnym; zazwyczaj musiał wtedy mówić sam do siebie, bo Cali harował, aż zrobiło się ciemno choć oko wykol, póki umiał znaleźć jakąkolwiek robotę, a kiedy nie miał konkretnej pracy, to też zawsze potrafił wymyślić sobie jakieś zajęcie, natomiast RE., kapral w każdym calu, nie śmiał przerwać wcześniej niż kapitan, nawet gdyby Cali mu pozwolił.
Świnie cichcem puściły mimo uszu polecenie Augustusa i zamiast pójść nad strumyk, leżały pod jednym z wozów, pożerając węża. Mądrze zrobiły, bo strumyk był równie suchy jak podwórko, tyle że dalej położony. Przez pięćdziesiąt tygodni w roku Kapelusz nie był żadnym strumieniem, lecz po prostu piaszczystym rowem, a to, że świnie uznały, iż nie sposób się w nim taplać, dobrze świadczyło o ich inteligencji. W sporze, który toczył z Callem od lat, Augustus często chwalił inteligencję świń. Twierdził, że są one bystrzejsze niż wszystkie konie, a także większość ludzi; okropnie złościło to Calla.
– Żadna Świnia, co żre pomyje, nie będzie taka mądra jak koń – oświadczał, a potem wygadywał jeszcze gorsze rzeczy.
Augustus zgodnie ze swym zwyczajem wypił sporo whisky, patrząc, jak słońce pomału kończy dzień. Jeżeli nie przechylał się do tyłu wraz z wyplatanym krzesłem, przechylał sam dzban. Dni w Lonesome Dove, pałające mętnym żarem, były suche jak kreda, ale samogon trochę je nawilżał. Augustus czuł wtedy w sobie lubą mgiełkę i chłód, przypominające ranki wśród wzgórz Tennessee. Nieczęsto zdarzało mu się naprawdę upić, ale bardzo lubił to uczucie mglistości w porze, gdy słońce się zniżało; niebo na zachodzie zaczynało się przebarwiać, a on podtrzymywał swój dobry nastrój, smakowicie pociągając z dzbana. Whisky ani trochę nie obniżała jego sprawności umysłowej, stawał się natomiast dzięki niej wyrozumialszy wobec nieokrzesańców, wśród których wypadło mu żyć, czyli wobec Calla, P.E.ego, Deetsa, młodego Newta i starego kucharza nazwiskiem Boliyar.
Kiedy niebo nad równiną ładnie poróżowiało od zachodu, Augustus poszedł za dom i kopnął parę razy w drzwi kuchenne.
– Podgrzej boczek i ugotuj trochę fasoli – powiedział. Stary Boliyar się nie odezwał, więc Augustus dla podkreślenia wagi swych słów kopnął drzwi jeszcze parę razy i wrócił na ganek. Na rogu czekał prosiak, cichy jak kot. Miał pewnie nadzieję, że Augustus upuści na ziemię coś jadalnego – pasek, nóż składany albo kapelusz.
– Won, prosiaku – powiedział Augustus. – Jak jesteś taki głodny, to upoluj jeszcze jednego węża.
Przyszło mu na myśl, że skórzany pasek nie może być dużo twardszy ani mniej strawny niż kozie kotlety, którymi Boliyar częstował ich trzy do czterech razy na tydzień. Stary Meksykanin był fachowym bandytą, póki nie stracił animuszu i nie przeniósł się na drugą stronę rzeki. Wiódł odtąd spokojny żywot, ale nie da się ukryć, że kozie mięso raz po raz wjeżdżało na stół. Przedsiębiorstwo Handlu Bydłem znad Kapelusza nie zajmowało się kozami, a trudno było sobie wyobrazić, że Boliyar kupuje te zwierzęta, płacąc z własnej kieszeni; pewnie je kradł, żeby całkiem nie wyjść z wprawy. Mógł się natomiast nie obawiać, że wyjdzie z wprawy w gotowaniu, tej bowiem nigdy nie miał. Kozie mięso smakowało jak smażone w smole, ale ze wszystkich udziałowców przedsiębiorstwa jeden Augustus był dość wrażliwy, by się na to skarżyć.
– Boi, skąd wziąłeś smołę do smażenia tej kozy? – pytał raz po raz, ale jedyną odpowiedzią na te nieśmiałe dowcipy była jak zwykle głucha cisza. Boliyar ignorował wszelkie pytania, zarówno bezpośrednie, jak i zadawane bardziej okrężną drogą.
Augustus był już prawie gotów zacząć przemawiać do maciory i prosiaka, kiedy zobaczył, że od strony zagród nadchodzą Cali i P.E. Kapral był wysoki i chudy: nigdy w życiu nie zdołał przytyć. Wydawał się tak niezgrabny, że nawet gdy stał bez ruchu, wyglądał jakby miał zaraz upaść. Sprawiał wrażenie człowieka zupełnie bezradnego, ale – jak to często bywa – pozory myliły. Augustus znał niewielu ludzi równie sprawnych jak P.E. W walkach z Indianami kapral nigdy się co prawda nie odznaczył, lecz jeśli przydzielono mu pracę wymagającą metodyczności – na przykład coś ze stolarki czy kowalstwa, kopanie studni albo naprawę uprzęży – wywiązywał się znakomicie. Gdyby pracował byle jak, Cali dawno by go przepędził.
Augustus zszedł z ganku i stanąwszy obok wozów, powitał nadchodzących:
– Czołem, dziewczynki! Tak wcześnie kończycie robotę? Co to dziś, Gwiazdka?
Koszule Calla i P.E. ego tyle razy w ciągu dnia przesiąkły potem, że były prawie czarne. Augustus podał dzban Callowi, który oparł nogę na dyszlu i nabrał whisky w usta, ale tylko je zwilżył. Wypluł zupełnie dobry samogon i oddał dzban P.E.emu.
– Sam jesteś dziewczynka – powiedział. – Jaka tam Gwiazdka.
Ruszył w stronę domu tak nagle, że Augustus trochę się żachnął. Cali nigdy wprawdzie nie grzeszył dobrymi manierami, ale jeśli był zadowolony z wykonanej pracy, zazwyczaj nie miał nic przeciwko temu, żeby pogawędzić chwilę.
Woodrow Cali odznaczał się tą szczególną cechą, że patrząc na niego, człowiek tracił często poczucie proporcji. Niezbyt okazały – zaledwie średniego wzrostu – miał jednak to do siebie, że gdy mu się z bliska spojrzało w oczy, można było o tym zapomnieć. Augustus przerastał wspólnika o cztery cale, a P.E. był wyższy o prawie drugie tyle, ale kapral w żaden sposób nie dałby się przekonać, że kapitan jest od niego niższy. Cali ujeździł go, i nie jego jednego. Kto nie chciał ugiąć się przed Callem, musiał pamiętać, że wcale nie jest on taki duży. Augustus jako jedyny człowiek w południowym Teksasie prawie nigdy nie tracił wobec Calla poczucia proporcji i przy każdej sposobności umacniał swoją przewagę. Często zaczynał dzień od tego, że rzucał Callowi gorącą bułkę, stwierdzając bez ogródek:
– Wiesz co, Cali, olbrzym to ty nie jesteś.
Prostoduszny P.E. nigdy nie mógł zrozumieć takiego zachowania. Augustusa nieraz to śmieszyło, gdy uświadamiał sobie, że Cali otumanił mężczyznę prawie dwukrotnie potężniejszego od siebie, aż ten przestał dostrzegać różnicę między osobowością a powierzchownością. Ale Cali, który zupełnie nie potrafił myśleć o dwóch rzeczach naraz, dokonał tej sztuczki całkiem nieświadomie. Po prostu zrobił to, i tyle. Nawet nie zauważył, że ma opanowany pewien chwyt, i właśnie dlatego była to tak fascynująca sztuczka. Nie tracił ani pięciu minut na zastanawianie się nad sobą, znaczyłoby to bowiem, że musi zmarnować pięć minut przeznaczonych na pracę, którą postanowił wykonać akurat tego dnia.
– Całe szczęście, że chociaż ja nie boję się leniuchować – powiedział mu kiedyś Augustus.
– To ty tak uważasz. Ja jestem innego zdania – odparł Cali.
– Do diabła, przecież gdybym harował tak jak ty, nikt by już w tym domu nie myślał. Cali, przez piętnaście godzin dziennie ociekasz potem jak spieniony koń. Człowiek, który stale się poci, niczego nie potrafi dokładnie przemyśleć.
– Chciałbym zobaczyć, jak od samego twojego myślenia szopa pokrywa się dachem.
Przed trzema laty nadciągnął z Meksyku jakiś dziwny wiaterek, który zdmuchnął dach jak świeczkę. Na szczęście w Lonesome Dove padało ledwie parę razy do roku, więc bydłu – jeśli akurat je mieli – defekt ten nie przysparzał zbyt wielu cierpień. Najbardziej cierpiał Cali, bo nigdzie nie mógł znaleźć porządnego drewna w ilości, która wystarczyłaby na nowy dach. Mniej więcej w tydzień po tym, jak wiatr cisnął starym dachem w sam środek Kapelusza, nastąpiło niestety jedno z tych rzadkich wydarzeń, jakimi są w Lonesome Dove rzęsiste ulewy. Deszcz spłukał całe łajno z okolicy, i nie tylko łajno, bo i drewno, toteż spora część dachu spłynęła prosto do Rio Grandę.
– Skoro aż tyle myślisz, dlaczego zawczasu nie pomyślałeś o tym deszczu? -spytał Cali. Od tamtej pory wciąż wypominał Augustusowi tę ulewę. Jeśli ktoś dał Callowi powód do narzekań, choćby najgłupszy, Cali przechowywał go w pamięci jak pieniądz w skarbonce.