Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„Historia moich zębów” przyciąga czytelnika pastiszem stylów, szczyptą humoru i nieco absurdalną fabułą.


Historia moich zębówFabuła książki Valerii Luiselli „Historia moich zębów” koncentruje się wokół postaci pochodzącego z przemysłowych przedmieść Mexico City Gustavo „Szosy” Sancheza Sancheza. To niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju opowiadacz historii, hiperbolicznych opowieści, improwizowanych w zależności od potrzeb i sytuacji. Jest także zbieraczem porzuconych rupieci i posiadaczem sporej kolekcji różnych dziwnych rzeczy. Jej najcenniejszą część stanowią zęby wielkich pisarzy i filozofów, takich jak: Platon, Petrarka, Virginia Woolf czy Jorge Luis Borges, a ozdobą kolekcji jest szczęka Marilyn Monroe. I choć do końca nie wiadomo, na ile prawdziwe są te artefakty, ich właściciel snując najbardziej niewiarygodne opowieści jest w stanie przekonać słuchacza, że ma do czynienia z najprawdziwszym, oryginalnym przedmiotem.

Jako aukcjoner „Szosa” wykorzystuje swoje umiejętności i elokwencję do takiego przedstawiania sprzedawanych na licytacjach przedmiotów, by w oczach potencjalnych kupujących nabierały większej wartości. Jak twierdzi, dobra opowieść o ludziach, którzy za nimi stoją, sprzeda wszystko, każdą, choćby najbardziej absurdalną rzecz.

Książka Valerii Luiselli, choć daleko jej do typowej powieści, a nieco bliżej do literackiego eseju, w sposób wyrafinowany i zachwycający, pełen komizmu drąży temat wartości rzeczy i dzieł. Czy dobra legenda jest w stanie wywołać u nabywcy czy odbiorcy wrażenie, że coś jest wybitniejsze niż w rzeczywistości?

„Historia moich zębów” w elegancki sposób zadaje pytania o zmianę wartości sztuki czy dzieła literackiego z powodu toczonego na ich temat dyskursu w przestrzeni publicznej, związanych z nimi znanych osób czy opowieści i historii stanowiących element ich legendy.

Sama fabuła książki jest nieco absurdalna, eksperymentalna. Autorka swobodnie żongluje literackimi stylami, sięgając do aluzji, parodii czy satyry, co momentami przywołuje na myśl twórczość Bruno Schulza, Thomasa Pynchona czy Juliana Barnesa.

Dziwaczną kolekcję historyjek opowiadanych przez Gustavo Sancheza Sancheza cechuje szczypta szaleństwa, świeże i oryginalne pomysły, a przy tym specyficzny humor. Aspekt fabularny książki jest dość wątły, w tekście dominują prowadzone przez bohaterów dyskusje i dywagacje filozoficzne i kulturowe, spisane pięknym językiem. Zacierają się w nich granice pomiędzy rzeczywistością, a wyobrażeniem.

książka Luiselli to dzieło ambitne i fascynujące, sprytnie rozbudowane i wielowarstwowe

Książka Luiselli to dzieło ambitne i fascynujące, sprytnie rozbudowane i wielowarstwowe, bogate w historyczne anegdoty z udziałem wielkich twórców, z elementami klasycznego realizmu magicznego typowego dla literatury iberoamerykańskiej. Na uwagę zasługuje elokwentny i zaskakujący komizm.

To skłaniająca do refleksji opowieść wypełniona przypowieściami, stanowiącymi głos w dyskusji o współczesnej twórczości i znaczeniu różnych form marketingu i promocji dla wyznaczania komercyjnej wartości dzieła, niekoniecznie związanej z jego wartością artystyczną. Nikodem Maraszkiewicz

Valeria Luiselli, Historia moich zębów, Przekład: Tomasz Pindel, Seria: Don Kichot i Sancho Pansa, Wydawnictwo W.A.B., Premiera: 30 sierpnia 2017
 
 

Historia moich zębów

Valeria Luiselli
Historia moich zębów
Przekład: Tomasz Pindel
Seria: Don Kichot i Sancho Pansa
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 30 sierpnia 2017
 

Księga I. Historia

(Początek, środek, koniec)

A man may have been named John, because that was the name of his father; a town may have been named Dartmouth, because it is situated at the mouth of the Dart. But it is no part of the signification of the word John, that the father of the person so called bore the same name; nor even of the word Dartmouth, to be situated at the mouth of the Dart.
J.S. Mill

Jestem najlepszym licytatorem na świecie, ale nikt o tym nie wie, bo zarazem jestem człowiekiem bardzo skromnym. Nazywam się Gustavo Sánchez Sánchez, a ludzie wołają na mnie, chyba z sympatii, Szosa. Po dwóch kolejkach umiem naśladować Janis Joplin. Umiem interpretować wróżby z chińskich ciasteczek szczęścia. Umiem postawić kurze jajo na stole, jak Krzysztof Kolumb. Umiem policzyć po japońsku do ośmiu: iczi, ni, san, szi, go, roku, siczi, haczi. Umiem robić deskę na wodzie.
Oto historia moich zębów: mój traktat o kolekcjonowaniu, nazwach własnych i radykalnym recyklingu. Najpierw będzie początek, środek i koniec, jak w każdej porządnej historii. Reszta, jak powiada jeden mój znajomy, to czysta literatura: parabole, hiperbole, elipsy, alegorie i peryfrazy. I sam nie wiem co jeszcze. Pewnie hańba, śmierć, a później pośmiertna sława. No ale o tym nie będzie mi już dane opowiadać w pierwszej osobie. Do tego czasu będę nieboszczykiem, człowiekiem szczęśliwym i wzbudzającym zazdrość.
Bywają ludzie obdarzeni szczęściem i tacy, co mają charyzmę. Mnie przypadło trochę jednego i drugiego. Mój stryj Solón Sánchez Fuentes, sprzedawca krawatów włoskiej jakości, powtarzał, że takie rzeczy jak piękno, władza i przedwczesny sukces szybko wyparowują i stanowią przykry ciężar dla tych, którzy ich posmakowali, perspektywa ich utraty bowiem jest balastem, jaki niewielu zdzierży. Mnie tego rodzaju troski aż tak nie dręczą, bo nigdy nie cieszyłem się tymi ulotnymi właściwościami. Posiadam tylko właściwości permanentne. Po stryju Solónie odziedziczyłem charyzmę i elegancki krawat, czyli jego zdaniem jedyne rzeczy potrzebne na tym świecie, by stać się człowiekiem jak trza.
Urodziłem się w Pachuce, Pięknym Wietrznym Mieście, miałem cztery przedwczesne zęby i całe ciało porośnięte bardzo delikatną warstwą czarnego włosia. Jestem jednak za to wdzięczny, bo brzydota, jak mawiał inny mój krewny, wuj Eurípides López Sánchez, kształtuje charakter. Ojciec, kiedy mnie zobaczył, pomyślał, że jego prawdziwego syna zabrała kobieta z pokoju obok. Różnymi metodami – szantażem, zastraszaniem, biurokratycznymi sztuczkami – próbował wcisnąć niemowlę z powrotem pielęgniarce, która mnie przyniosła. Jednak mama od pierwszej chwili przyjęła mnie z otwartymi ramionami – takiego czerwonego, maciupkiego i opuchłego – kołysząc mnie w moim szpitalnym beciku jak czysta woda małża. Mama nawykła przyjmować każde świństwo jako dar losu. Tata nie.
Pielęgniarka wyjaśniła moim rodzicom, że te cztery zęby to zjawisko w naszym kraju bardzo rzadkie, ale u innych ras już niekoniecznie. Nazywa się to przedwczesnym ząbkowaniem prenatalnym.
A u jakich ras na przykład? – zapytał ojciec, przechodząc do defensywy.
Konkretnie u rasy białej, proszę pana, odparła pielęgniarka.
Przecież to dziecko jest ciemne jak smoła, odparował na to.
Genetyka, panie Sánchez, to nauka pełna bogów, odpowiedziała.
To ostatnie albo trochę pocieszyło, albo wystraszyło mojego ojca, bo ostatecznie pogodził się z tym i zabrał mnie na rękach do domu, owiniętego niczym taco w gruby flanelowy kocyk.
Po kilku miesiącach przenieśliśmy się do Ecatepec. Mama prała po ludziach. Tata sam sobie nawet paznokci nie wyczyścił. Miał je zapuszczone, szorstkie i czarne. Obgryzał je sobie zębami. Nie z nerwów, z czystego lenistwa i niechlujstwa. Podczas gdy ja odrabiałem lekcje przy stole, on w milczeniu oglądał sobie pazury, przed wentylatorem, rozwalony w obitym zielonym pluszem fotelu odziedziczonym po zmarłym na tężec sąsiedzie spod 4ª, Juliu Cortázarze. Kiedy dzieci pana Cortázara zjawiły się po majątek, zostawiły nam jego arę o imieniu Criterio – zresztą też zmarła parę tygodni później, moim zdaniem ze smutku – oraz fotel z zielonego pluszu, w którym tata zaszywał się na całe popołudnia. Zapadał się weń i studiował konstelacje wilgoci na suficie, słuchał radia edukacyjnego i obgryzał sobie pazury, palec za palcem.
Zaczynał od małego paluszka. Dolnymi i górnymi siekaczami chwytał czubek paznokcia, nadgryzał niewielki zadziorek, a następnie jednym szarpnięciem zrywał cały półksiężyc. Po urwaniu go przytrzymywał ów kawałek przez chwilę w ustach, robił łódeczkę z języka i wydmuchiwał: paznokieć wylatywał jak z procy i lądował na moim zeszycie do zadań domowych. Psy szczekały na ulicy. Ja patrzyłem na ten martwy i brudny kawałek tkanki, kilka milimetrów od czubka mojego ołówka. Obrysowywałem paznokieć dookoła, a potem przepisywałem zdania, starając się omijać narysowane kółko. Na mój zeszyt marki Scribe w szerokie linie sypał się z nieba deszcz ścinków paznokci wystrzeliwanych w powietrze jak małe meteory: serdeczny, środkowy, wskazujący i kciuk. A potem druga ręka. Ja nadal wypisywałem literki w linijkach, żeby otoczyć nimi te małe kratery, zostawiane przez latające tatowe odpadki. Kiedy kończyłem przepisywanie, zbierałem wszystkie paznokcie na kupkę i chowałem do kieszeni spodni. Potem, już w swoim pokoju, wsypywałem je do papierowej koperty, którą trzymałem pod poduszką. Moja kolekcja rozrosła się do takiego stopnia, że w okresie dzieciństwa wypełniłem kilka takich kopert. Koniec wspomnienia.
Tata nie ma już zębów. Ani paznokci, ani twarzy. Skremowano go przed dwoma laty i na jego prośbę wysypaliśmy z mamą jego prochy nad zatoką przy Acapulco. Mamę pochowałem obok jej sióstr i braci w Pachuce, Pięknym Wietrznym Mieście, rok później. Odwiedzam ją tam raz w miesiącu, najchętniej w niedzielę. W Pachuce prawie zawsze pada, a niemal wcale nie ma wiatru.
Nigdy nie docieram na sam cmentarz, żeby się zobaczyć z mamą, bo jestem uczulony na pyłki, a na cmentarzach rośnie pełno kwiatów. Wysiadam z autobusu niedaleko, na takim ładnym pasie między nitkami szosy, ozdobionym figurami dinozaurów naturalnych rozmiarów. Tam sobie stoję, między tymi spokojnymi potworami z włókna szklanego, prawie zawsze moknąc w ulewie, odmawiając ojczenasze, dopóki mi stopy nie spuchną, bo wtedy mam dość. Potem przechodzę na drugą stronę ulicy, uważnie wymijając kałuże okrągłe jak te kratery z moich dziecięcych zeszytów, i czekam na autobus, który mnie zabierze z powrotem na dworzec.
Pierwszą pracę dostałem w kiosku z gazetami pana Rubéna Darío, na rogu ulic Aceites i Metales. Miałem wtedy osiem lat i zdążyły mi już wypaść prawie wszystkie mleczaki. Pojawiły się w ich miejsce inne zęby, szerokie jak łopaty, a każdy wycelowany w inną stronę.
Azul, żona pana Rubéna Darío, stała się moją pierwszą przyjaciółką, choć była ode mnie starsza o dobre dwadzieścia lat. Rubén Darío trzymał ją zamkniętą w domu. Posyłał mnie o jedenastej rano z kompletem kluczy, żebym sprawdził, co Azul porabia, i zapytał, czy czegoś jej trzeba.
Azul prawie zawsze leżała w bieliźnie na łóżku z panem Unamuno, który się o nią ocierał. Pan Unamuno to był taki śliniący się staruch, który prowadził program w radiu edukacyjnym. Program zaczynał się zawsze tak samo: „Przed państwem Unamuno: lekko zdołowany, sympatycznie eklektyczny, uczuciowo lewicowy”. Pajac.
Kiedy wchodziłem do pokoju, pan Unamuno zrywał się jednym susem, poprawiał sobie koszulę, zwykle poplamioną kawą, i niezgrabnie zapinał spodnie. Ja tymczasem patrzyłem w podłogę, a czasami, kątem oka, na Azul, nadal rozwaloną na łóżku, gapiącą się w sufit, gładzącą się opuszkami palców po na wpół odsłoniętym brzuchu. Unamuno, już ubrany i z okularami na nosie, podchodził i klepał mnie dłonią w czoło.
Nie nauczyli cię pukać, Szczurze?
Azul mnie broniła: On się nazywa Szosa i jest moim przyjacielem. A potem wybuchała śmiechem, głębokim i prostym jednocześnie, jej kły były niepokojąco długie i zaostrzone.
Kiedy pan Unamuno, dręczony niepokojem i poczuciem winy, znikał wreszcie za tylnymi drzwiami, Azul narzucała na siebie prześcieradło, jakby to była pelerynka superbohatera, i zapraszała mnie, żebym usiadł na łóżku. Chodź, pogramy sobie w kieszonkowy bilard, podejdź no bliżej. Kiedy kończyliśmy, częstowała mnie kawałkiem chleba i wodą w woreczku ze słomką, a potem odsyłała z powrotem do kiosku. Po drodze dokańczałem wodę i chowałem słomkę do kieszeni spodni na później. Doliczyłem się kiedyś dziesięciu tysięcy tych słomek, słowo honoru.
I co tam porabiała Azul? – pytał Rubén Darío, kiedy do niego wracałem.
Ja ją wtedy kryłem, opisując szczegółowo jakieś niewinne zajęcie:
Nawlekała akurat igłę na nitkę, żeby zacerować śpioszki synka dalszej kuzynki na chrzest.
Jakiej kuzynki?
Nie mówiła.
Czyli pewnie Sandry, albo Berty. Masz tu kieszonkowe i zmiataj do szkoły.
Przeszedłem przez podstawówkę, gimnazjum i szkołę średnią, wszystko to raczej niepostrzeżenie, acz z dobrymi ocenami, bo ja jestem z tych, co nie robią wokół siebie szumu. Nie otwierałem ust, nawet jak wyczytywali moje nazwisko na liście, ale nie z obawy, że ktoś zobaczy moje wyszczerbione uzębienie, tylko ze skromności. Koniec początku.

Kiedy skończyłem dwadzieścia jeden lat, dostałem posadę strażnika w rozlewni soków na Vía Morelos; podejrzewam, że właśnie przez tę moją skromność. Spędziłem tam dziewiętnaście lat. Odliczając sześć miesięcy zwolnienia w związku z zapaleniem wątroby, trzy dni na leczenie uciążliwej próchnicy, co skończyło się podwójnym leczeniem kanałowym, oraz te tygodnie, które wziąłem sobie wolne na wakacje, spędziłem tam dokładnie osiemnaście lat i trzy miesiące, pracując jako prywatny ochroniarz zakładów produkcyjnych.
Ale pewnego dnia mój los się odmienił, jak to mawia Napoleón, ten piosenkarz. W dniu moich czterdziestych urodzin pracownik Działu Pasteryzacji dostał ataku paniki podczas załatwiania spraw z kurierem DHL, mężczyzną nieco przy kości i średniego wzrostu. Sekretarka Nadzorcy Polimerów, która nigdy dotąd nie była świadkiem takiego ataku, pomyślała, że ów średniego wzrostu kurier zaatakował pracownika Działu Pasteryzacji, ten bowiem złapał się rękami za gardło, zrobił się fioletowy jak śliwka, wybałuszył oczy i padł na wznak.
Menedżer Działu Obsługi Klienta krzyknął do mnie, żebym zatrzymał tego kuriera średniego wzrostu. Zastosowałem się do polecenia i ruszyłem na domniemanego sprawcę. Pies, mój stary przyjaciel i kolega z pracy, jeden z fabrycznych kierowców, wchodził w tej właśnie chwili drzwiami i podbiegł do nas, żeby pomóc mi obezwładnić podejrzanego. Czubkiem pałki trzepnąłem kuriera po pośladkach – naprawdę delikatnie – i ten biedny pan wybuchnął niekontrolowanym płaczem. Pies, który nie jest żadnym tam sadystą, puścił go. Ja trzymałem go dalej pod ramię i poprowadziłem w stronę drzwi wyjściowych. Wtedy Menedżer Działu Obsługi Klienta kazał mi natychmiast wracać i zająć się pracownikiem Działu Pasteryzacji, który wciąż leżał na podłodze i utrzymywał, że nie może oddychać. Przyklęknąłem przy nim, wziąłem go na ręce i z braku lepszego pomysłu zacząłem bez słowa przytulać, aż w końcu otrząsnął się z ataku.
Następnego dnia Kierownik Fabryki wezwał mnie do swojego gabinetu i zakomunikował, że dostanę awans.
Strażnicy to personel drugiej kategorii, powiedział mi poufnie, a ty jesteś człowiekiem pierwszej.
Decyzją zarządu od tej chwili miałem dostać własny fotel i biurko, a moja praca miała polegać na udzielaniu otuchy potrzebującym jej pracownikom. Z początku pomysł ten wydał mi się niepoważny. Moi przełożeni wytłumaczyli mi jednak, że obecnie najlepsze firmy zawsze zatrudniają kogoś, kto dba o psychiczne i emocjonalne samopoczucie personelu.
Będzie się pan zajmował Zarządzaniem Kryzysami Osobistymi w naszej firmie, powiedział mi pan Kierownik, z tym swoim kapkę złowieszczym uśmieszkiem, właściwym ludziom, którzy zbyt często chadzają do dentysty.
Minęły dwa tygodnie, a ponieważ pracownik Działu Pasteryzacji przebywał na czasowym zwolnieniu, tak naprawdę w fabryce nie było nikogo, kto by potrzebował pociechy. Zatrudniono nowego strażnika, przyjaznego grubaska o nazwisku Hoszimin López, który całymi dniami starał się ucinać sobie z ludźmi pogawędki: skromność i dyskrecja to cechy niewystarczająco cenione, a nabyć je powinni wszyscy. Przyglądałem mu się z mojego nowego stanowiska bardziej z pogardą niż antypatią. Dostałem obrotowe krzesło z regulowaną wysokością siedzenia oraz biurko z szufladą zawierającą fantastyczną kolekcję taśm klejących i spinaczy. Codziennie chowałem sobie do spodni jedną taśmę i jeden spinacz i zabierałem je do domu. Dorobiłem się niezłej kolekcji.
Ale nie wszystko było usłane płatkami róż i wypolerowane masłem, jak mawia Napoleón. Niektórzy pracownicy fabryki, przede wszystkim Menedżer Działu Obsługi Klienta, zaczęli się skarżyć, że teraz inkasuję pensję za łażenie i łapanie much. Niektórzy wymyślili sobie nawet teorię, w myśl której razem z pracownikiem Działu Pasteryzacji sfingowaliśmy tamtą całą scenę, żeby jemu dali miesiąc wolnego, a mnie awans: typowe bzdury propagowane przez maluczkich, którzy nie są w stanie znieść czyjegoś sukcesu.
Na zebraniu Kierownik zdecydował, że zostanę wysłany na specjalistyczne kursy, żeby mieć jakieś zajęcie i zdobyć kompetencje przydatne w razie jakiegoś kryzysu personalnego w fabryce.
Tak zacząłem podróżować. Stałem się człowiekiem światowym. Uczęszczałem na kursy i warsztaty jak nasza republika długa i szeroka, także w innych krajach kontynentu. Można powiedzieć, że zostałem kolekcjonerem kursów: Pierwsza Pomoc, Kontrola Lęków, Odżywianie i Nawyki Żywieniowe, Asertywność w Komunikacji i Odbiorze, Kreatywność Administracyjna, DOS, Nowe Zadania Męskości, Programowanie Neurolingwistyczne, Różnorodność Seksualna. To były złote czasy. Aż się skończyły, jak wszystko, co piękne i dobre.
Początkiem końca okazał się kurs, jaki miałem zrobić na Wydziale Filologicznym Narodowego Uniwersytetu Autonomicznego Meksyku. Prowadziła go córka Kierownika, więc nie mogłem odmówić bez ryzyka utraty stanowiska. Zgodziłem się. Ku memu przerażeniu, wstydowi i pomieszaniu warsztaty miały nazwę Taniec Kontakt-Impro.