Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Mechanizmy globalnych zależności, symbolicznie sprowadzone do opowieści o losach kilkorga ludzi żyjących na różnych kontynentach, stanowią temat powieści „Przemilczane tajemnice”. Pisząc ją Deborah Moggach udowodniła, że bestsellerowa „Tulipanowa gorączka” wcale nie była najlepszą powieścią, na jaką ją stać.


„Przemilczane tajemnice” to polifoniczna powieść w sposób symboliczny ukazująca zależności zachodzące we współczesnym świecie. Każdy z jej bohaterów skrajnie różni się od pozostałych postaci stworzonych w wyobraźni brytyjskiej pisarki, każdy ma do przekazania czytelnikowi swoją historię. I chociaż można przypuszczać, że ich losy w pewnym momencie w jakiś sposób się przetną, to początkowo trudno to sobie w ogóle wyobrazić – tak bardzo postaci te są od siebie odległe, zarówno mentalnie, jak i geograficznie. Mówiąc krótko Deborah Moggach utkała tym razem intrygę tak błyskotliwą, że trzyma czytelników w napięciu aż do samego końca. I od samego początku – do czego przyczynia się zagadkowy i intrygujący prolog rozgrywający się w Afryce, w miejscowości Oreya.

Operując narracją wielogłosową pisarka skonfrontowała różne punkty widzenia. Postacią wiodącą w „Przemilczanych tajemnicach” jest Petra, starzejąca się, samotna kobieta podchodza z autoironią do własnej sytuacji. Na nerwy działają jej internetowe wpisy przyjaciółki zamieszczającej w sieci wynurzenia o wspaniałym, pełnym przygód życiu, jakie rzekomo wiedzie. Sama Petra oddaje się bezczynności, najchętniej spędzałaby czas z kołdrą naciągniętą na głowę. „Wciąż liczę, że coś się wydarzy i wyrwie mnie z mojej bezwolności; że taki impuls pojawi się w najmniej spodziewanym momencie i moje życie zmieni się na zawsze” – deklaruje.

Druga bohaterka to Amerykanka Lorrie z Teksasu, żona żołnierza. Jeden nierozważny krok sprawia, że traci wszystkie pieniądze jakie razem z mężem przez lata odkładali na zakup domu. Nie ma jednak odwagi przyznać się przed rodziną do popełnionego błędu, lekkomyślności, która kosztowała ją fortunę. Postanawia za to uwikłać się w osobliwy układ mając nadzieję na to, że dzięki niemu zdobędzie kwotę jaką straciła.

Mamy więc już bohaterkę z Europy, drugą ze Stanów Zjednoczonych; czas przedstawić trzecią – to Li Jing z Azji. Jej historia też nie należy do wesołych: chociaż opływa w luksusy rozpieszczana przez męża biznesmena, to małżeństwo spowija smutek wynikający z braku upragnionego potomstwa. Li Jing, pochodząca z ubogiej rodziny, wie, że wychodząc za mąż za zamożnego przedsiębiorcę, wygrała los na loterii, jednak przychodzi jej z trudem zdefiniowanie, co tak naprawdę do niego czuje. Odsunięta od wszelkich decyzji, bezpieczna, ale i bezwolna przyjmuje bez dyskusji taką przyszłość, jaką projektuje dla niej mąż.

Czy te trzy kobiety mogą mieć ze sobą coś wspólnego? Deborah Moggach pokazuje, że tak, ilustrując na ich przykładzie jak niespodziewane mogą być powiązania pomiędzy ludźmi żyjącymi na różnych kontynentach, a także i to, jak, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, wszyscy jesteśmy uwikłani w mechanizmy globalnych zależności. Przyznajcie sami – czy zażywając suplement diety, zastanawialiście się kiedykolwiek, że jego powstanie mogło mieć związek ze zniszczeniem zasobów warunkujących przetrwanie jakiegoś plemienia w Afryce? Moggach, poprzez losy bohaterów „Przemilczanych tajemnic” ukazała kilka takich zaskakujących powiązań.

Każdy z bohaterów coś zataja i są to poważne sprawy, w istotny sposób wpływające na życie innych ludzi.

Notabene polski tytuł powieści wydaje odrobinę niefortunny, wszak jest pleonazmem (tajemnica z definicji ma to do siebie, że jest przemilczana), oryginalny – „Something to hide” czyli „Coś do ukrycia” znacznie lepiej oddaje sens tej opowieści. Każdy z jej bohaterów coś zataja i są to poważne sprawy, w istotny sposób wpływające na życie innych ludzi. Formuła powieści obyczajowej, napisanej lekko i dobrze przyprawionej brytyjskim humorem, nie przeszkodziła pisarce w zachęceniu czytelników do przemyśleń na przykład o tym, do czego prowadzi rabunkowa eksploatacja Afryki prowadzona przez globalne koncerny i jaką cenę trzeba będzie pewnego dnia zapłacić za te grabieże, o których sądzimy, że odbywają się tak daleko, iż w żadnym stopniu nas nie dotyczą.

Moggach w swojej powieści dokonuje dekonstrukcji tej szkodliwej iluzji nie posuwając się w żadnym stopniu do prawienia czytelnikom jakichkolwiek morałów, zmusza za to do samodzielnej oceny wydarzeń i postaw sprawiając, że wnioski wyciągnięte z tej lektury zależeć będą przede wszystkim od wrażliwości odbiorcy. Wanda Pawlik

Deborah Moggach, Przemilczane tajemnice , Przekład: Maja Justyna, Seria: Salamandra, Dom Wydawniczy Rebis, Premiera: 29 sierpnia 2017
 
 

Deborah Moggach
Przemilczane tajemnice
Przekład: Maja Justyna
Seria: Salamandra
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 29 sierpnia 2017
 

Prolog

Oreya, Afryka Zachodnia

Ernestine była wysoką, dobrze zbudowaną kobietą, która nosiła na głowie cały sklep kosmetyczny. W ciężkiej, wypełnionej po brzegi drewnianej skrzynce otwieranej od przodu mieściło się wszystko to, co mogło się przydać kobiecie, która pragnęła być obiektem pożądania. Znajdowały się w niej kremy do twarzy, przybory do włosów, mydło, kosmetyki do makijażu, preparaty do rozjaśniania skóry, odżywki, różne żele, maszynki do golenia, pianka do depilacji, spinki i ozdoby do włosów, perfumy i balsamy do ciała. Ernestine sprzedawała te artykuły w okolicznych wioskach, do których docierała, przemierzając ścieżki w zakurzonych japonkach. Zatrzymywała się przy szkołach, czekała na nastolatki wychodzące po lekcjach, a potem podążała na skrzyżowanie dróg, gdzie w każdy czwartek z autobusów wysiadały kobiety wracające z targu.
Ernestine, chociaż pracowała w branży kosmetycznej, nie miała w sobie ani odrobiny próżności. Co prawda w jej domu na półce stało małe, popękane lusterko, ale z braku czasu rzadko w nie spoglądała. Poza tym po zmroku było już za ciemno, żeby cokolwiek w nim zobaczyć, a nie mieli elektryczności. Zresztą mężowi podobała się taka, jaka jest.
Przynajmniej tak się jej wydawało.
Kwomi był dobrym i pracowitym człowiekiem; pobożnym, przykładnym parafianinem – podobnie jak ona parafianką – i oddanym ojcem dla ich dzieci. W przeciwieństwie do wielu, bardzo wielu mężczyzn nigdy nie zbłądził. Nie zdarzyło się, żeby kiedykolwiek przejawił choć najmniejsze zainteresowanie inną kobietą. Żyli w związku małżeńskim od siedemnastu lat i ani razu nie pożałowała, że opuściła swój rodzinny dom na północy, położony nad wielkim jeziorem z zatopionymi w nim drzewami, które zagarnęła woda, gdy zbudowano zaporę. Młodsi bracia Ernestine pływali po tym podwodnym lesie i rozplątywali pozaczepiane na gałęziach sieci, zarabiając w ten sposób parę groszy. Z rozrzewnieniem wspominała tamto jezioro, słońce znikające w jego toni i ryby, które śmigały w głębinie między pniami drzew. Nie chciała jednak wracać do dzieciństwa. Teraz miała własne dzieci, kochała je i one ją darzyły miłością – Bogu niech będą dzięki – a Kwomi był dobrym mężem. W każdym razie tak uważała.
W przeddzień zdarzenia, czyli w środę wieczorem, Grace wróciła do domu późno. Najstarsza córka Ernestine, pilna i pracowita szesnastolatka, wyglądem przypominała matkę. Była wysoka, grubokoścista i miała silnie zarysowaną żuchwę. Nosiła okulary, zza których wyniosłym wzrokiem spoglądała na świat. Uczyła się bardzo dobrze. Wieczorami, kiedy wieś pogrążała się w ciemności, Grace odrabiała pracę domową w mdłym świetle żarówki, która jarzyła się na straganie ze smażonymi rybami przy głównej drodze. Różni ludzie zatrzymywali się tam, żeby poplotkować z jej ciotką, właścicielką straganu, ale Grace zawsze przemykała obok ze spuszczoną głową, nie wykazując najmniejszego zainteresowania plotkami, ponieważ twardo postawiła sobie nieodwołalny cel: zdać egzaminy i dostać się na studia. Nie dla niej były dziewczęce chichoty w szkole, ukradkowe szeptanki na temat chłopców i szminek. Grace takie rzeczy miała za nic i tyle. Niedawno została wybrana na przewodniczącą zespołu do spraw programu na rzecz abstynencji z hasłem przewodnim „Po prostu powiedz NIE”. Wygłaszała pogadanki dla nastoletnich koleżanek i kolegów o zagrożeniach wynikających z przedmałżeńskiego seksu i destrukcyjnym wpływie wczesnego rodzicielstwa na marzenia o przyszłej karierze. Intonowała piosenkę „Chłopcy, chłopcy, chłopcy, szanujcie dziewczyny, dziewczyny, dziewczyny” i wiodła prym podczas zbiorowego śpiewu; zachęcała swoich rówieśników do stosowania różnych metod radzenia sobie z cielesnymi pokusami, na przykład do intensywnego uprawiania sportu albo czytania pouczających broszurek.
Ogólnie rzecz ujmując, Grace była godną podziwu młodą osobą. Ernestine rozpierała duma – czyż mogło być inaczej? Czasami jednak niepokoiło ją postępowanie córki, a zarazem martwiła się o tę dziewczynę, która niezłomnie trwała przy swoich bezkompromisowych osądach, nawet w obliczu poważnych życiowych komplikacji. Co więcej, Grace nie należała do osób łatwych we współżyciu; niedawno zaczęła zachowywać się tak, jakby członkowie jej własnej rodziny, nawet bracia i siostry, popadli w niełaskę i powiększyli grono grzeszników.
Tamtego wieczoru była wyjątkowo rozdrażniona i zrobiła awanturę babci, która zapomniała wyprać jej koszulkę piłkarską. Następnego dnia miał się odbyć mecz z drużyną szkoły średniej z Oreyi. Grace wpadła jak burza do pokoju, który dzieliła z siostrami. Ernestine myślała, że powodem irytacji córki jest wyłączenie prądu, wskutek którego w ciemności pogrążył się nawet stragan z rybami. Nie dociekała jednak, ponieważ po pierwsze, nie należała do wścibskich matek, a po drugie w rodzinie tak licznej jak jej nietrudno było o awanturę, zwłaszcza między dziewczętami. Chłopcy swoje spory zwykle rozstrzygali w bójkach.
Nie ulega wątpliwości, że napełnianie dzień po dniu ośmiu brzuchów wymagało nie lada wysiłku, ale Pan Bóg obdarzył ich zdrowiem i mimo trosk mieli wiele powodów do wdzięczności. Wśród klientek Ernestine było niemało kobiet, które z ogromnym trudem samodzielnie utrzymywały swoje rodziny, ponieważ ich mężowie albo pracowali z dala od domu, albo już poumierali, albo odeszli i oddawali się swawolom z innymi kobietami. Jeden z nich na przykład, czterdziestotrzyletni, wziął sobie – aż trudno uwierzyć – siedemnastoletnią dziewczynę za drugą żonę, porzucił dzieci i przeniósł się do Nigerii.
Z całą pewnością Ernestine się poszczęściło, że ma Kwomiego za męża.
Następny dzień, czwartek, był w Oreyi dniem targowym.
Kwomi jeździł tam co tydzień sprzedawać rajskie banany i ananasy wyhodowane na własnej ziemi. Tym razem towarzyszyła mu Ernestine, ponieważ musiała uzupełnić zapasy artykułów kosmetycznych.
W dzień targowy w mieście panował wzmożony ruch autobusów, ciężarówek i furgonetek załadowanych workami pełnymi towarów. Wszędzie tłoczyli się obwoźni handlarze, którzy sprzedawali chrupki, banany, Biblię, smażone przekąski, napoje gazowane, podkoszulki z napisem „Arsenal”, wszystko, co tylko można sobie wyobrazić. Ernestine dostrzegła Mustafę, małego synka swojej sąsiadki, który na pochylonej pod ciężarem głowie dźwigał plastikową miskę pełną torebek z wodą; podawał je ludziom wyciągającym do niego ręce. Krztusił się gęstym dymem spalin, ponieważ cierpiał na astmę, a jego matka nie mogła sobie pozwolić na lekarstwo dla niego ani nie było jej stać na posyłanie go do szkoły. Wcześnie owdowiała, biedaczka. Ernestine żal było chłopca i znów dziękowała losowi, że jej dzieci znają alfabet i mają ojca, który opiekuje się nimi i śpiewa pobożne pieśni, stojąc przy nich w kościele.
Kwomi, zanim zniknął w tłumie na placu targowym, zaniósł swój telefon komórkowy do budki ze stanowiskiem do ładowania. Co tydzień zostawiał go tam i odbierał po południu, przed powrotem do domu. Właściciel budki, Asaf, siedział za kontuarem, na którym w rzędach leżało wiele telefonów. Ernestine nie widziała, żeby kiedykolwiek ruszył się ze swego miejsca. Miał przenikliwe oczy i nigdy nic nie uszło jego uwagi. Było w nim jednak coś, co wzbudzało niepokój. Czuła, że nie spuszcza z niej wzroku, gdy torując sobie drogę, podążała w kierunku sklepu z szyldem „Bóg jest dobry. Kosmetyki”, znajdującego się po przeciwnej stronie ulicy.
Ernestine lubiła odwiedzać Lily, właścicielkę sklepu.
Siadały razem na zapleczu pod obracającymi się z szumem łopatkami zawieszonego pod sufitem wentylatora, popijały fantę i plotkowały. Lily opowiadała o ostatnich skandalach, o tym, który mąż uciekł od żony, czyim córkom przytrafiła się ciąża. Tamtego dnia Ernestine dowiedziała się o dwóch małych dziewczynkach, które miały podstępnie zostać poddane dipo, obrzędowi inicjacji, ale uciekły. Wskoczyły do furgonetki i ukryły się wśród pasażerów. Ernestine była zachwycona; miejskie tragedie wydawały się o wiele bardziej ekscytujące niż te, które zdarzały się w jej sennej wiosce. Nie podejrzewała, że po drugiej stronie drogi zaczyna rodzić się dramat.
U schyłku dnia targ powoli dobiegał końca. Mąż Ernestine był wciąż zajęty, więc poszła odebrać jego telefon. Asaf wahał się przez chwilę, zanim jej go oddał.
– Muszę pani coś powiedzieć – odezwał się do niej zachrypniętym głosem.
Poczuła od niego woń alkoholu.
– Nic przyjemnego, ale uważam, że mam taki obowiązek. – Spojrzał ze smutkiem na telefon, który trzymał w dłoni. – Widzi pani, cały czas tutaj siedzę. Siedzę i patrzę. Wiem, co się dzieje, bo mam to. – Podniósł telefon i pomachał nim w powietrzu. – Sprawa dotyczy pani męża i pewnej kobiety.
Spojrzał na nią, czekając na jej reakcję. Milczała.
Podał jej aparat.
– Zabrzęczał podczas ładowania, to znaczy, że przyszła wiadomość – powiedział Asaf i uniósł brwi. – Od razu pomyślałem o pani.
– O co panu chodzi? – zapytała cicho.
– O co mi chodzi, droga pani? O to, że nacisnąłem klawisz i odsłuchałem wiadomość, która miała charakter bardzo osobisty. Proszę mnie nazwać draniem. Owszem, jestem nim. Ale co się stało, to się nie odstanie. Uważam, że powinna pani wiedzieć.
 

Ernestine stała w autobusie przyciśnięta do męża. Nie mogła mówić; czuła, że brakuje jej powietrza w płucach. Kwomi również się nie odzywał, ale on z natury był małomówny. Mimo to jego dzisiejsze milczenie wydawało się wyraźnie obciążone winą. Stała tak blisko niego, że czuła jego wystające kości biodrowe, ale teraz to był dotyk ciała obcej osoby. Miała przytępiony umysł, była oszołomiona wstrząsem, którego doznała. Uporczywie cisnęły się w jej głowie kolejne pytania, jedno po drugim. Jak on mógł zrobić coś takiego? Jak długo to trwa? Jak często się zdarza? Jak mógł oszukać ją i własne dzieci? Jak mógł to zrobić?
Ta kobieta miała na imię Adwoa. Ernestine dobrze ją znała. Adwoa Shaibu-Ali zaliczała się do jej najlepszych klientek. Mieszkała na drugim końcu wsi. Była postawną, urodziwą i leniwą kobietą z gromadką niepiśmiennych dzieci. Dziewczynki trzymała w domu i zmuszała do opieki nad młodszym rodzeństwem, które przychodziło na świat w regularnych odstępach czasu; i do prac domowych, ponieważ jej samej nie chciało się tym zajmować. Jej chudy, podstarzały mąż pracował bez słowa skargi, żeby miała wszystko, do czego przywykła – nowy makijaż, nowe ubrania, comiesięczną wizytę u fryzjera w Oreyi. Bardzo niewiele miejscowych kobiet mogło sobie pozwolić na fryzjera, więc owijały głowy chustkami, Adwoa natomiast zawsze miała lśniące włosy, ładnie podkręcone, uczesane „na boba” i ozdobione licznymi przypinkami ze skrzynki Ernestine. Większą część dnia Adwoa spędzała na pogawędkach z sąsiadkami, przeglądaniu kolorowych czasopism, z krótką przerwą na skarcenie klapsem któregoś z dzieci, oraz na pisaniu i wysyłaniu wiadomości z telefonu komórkowego. Ciągle była zajęta pisaniem wiadomości.
Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy Ernestine wróciła do domu.
Zwykle była to jej ulubiona pora dnia. Śpiące na drzewach nietoperze budziły się i odłączały od grupy, w której spały, przyczepione do gałęzi jak ciężkie kiście owoców; kolejno wzlatywały w niebo przesycone gasnącym światłem dnia. Dzisiaj wyglądały złowrogo z tymi swoimi skórzastymi skrzydłami i małymi, ostrymi ząbkami. Cały świat stanął na głowie. Ernestine czuła się tak, jakby wpadła głową do jeziora pamiętanego z dzieciństwa, znalazła się pod nieruchomą powierzchnią wody, w obcym świecie, a on okazał się zniekształconym odbiciem tego, który naiwnie uznawała za własny.
Wciąż jeszcze było gorąco i duszno. Przyglądała się Kwomiemu, który mył się w misce. Był rozebrany do pasa, z włosów kapała mu woda. Nie zaliczał się do przystojnych mężczyzn, miał zbyt duży nos, odstające uszy, ale należał do niej, byli małżeństwem przez połowę jej życia. Obok niego niczego niepodejrzewająca Grace mieszała banku nad ogniem. Wyglądała na taką spokojną, niewinną. Matka Kwomiego kroiła cebulę. Ta wiekowa i wątła kobieta kochała syna bezgraniczną miłością. Co się stanie z ich rodziną, która jeszcze kilka godzin temu wydawała się taka szczęśliwa?
Nastał wieczór. Nikt nie zwrócił uwagi na milczenie Ernestine; nigdy nie była rozmowna. Poruszała się po domu półprzytomna, głosy członków rodziny docierały do niej z oddali jak echo. Czuła się bardziej rozżalona niż rozgniewana – zraniona i głęboko dotknięta, że jej mąż nie okazał się ani trochę lepszy od tych rozpustników, których żonom tak bardzo współczuła. Jakże była zaślepiona! W łóżku leżała sztywno obok niego, a gdy poczuła jego rękę na piersi, mruknęła, że jest zmęczona, i odepchnęła go od siebie.
Wkrótce zasnął, a ona spędziła wiele bezsennych godzin, nie mogąc powstrzymać natłoku myśli. Co ma teraz zrobić? Powiedzieć mu, że wie o jego schadzkach z Adwoą? Wyrzucić go z domu? Ta perspektywa przyprawiała ją o gwałtowne bicie serca. Obok spali jej najmłodsi chłopcy, bliźniacy. Co poczną bez ojca? Co zrobi Grace, młodziutka, dopiero rozkwitająca kobieta u progu życia, niewinna i niesłychanie ambitna? Jak się zachowa, kiedy się dowie, że ma ojca rozpustnika?
Następnego dnia Ernestine poszła na comiesięczne spotkanie kobiet należących do kasy oszczędności. Zwykle chętnie brała w nich udział. Między dwunastoma uczestniczkami tej inicjatywy wytworzyła się więź oparta na wzajemnym zaufaniu, dzieliły się doświadczeniami w sprawach finansowych. Poza tym można było nadrobić zaległości i zebrać najbardziej aktualne wiadomości. Ernestine była dumna z siebie, że potrafiła co miesiąc zaoszczędzić trochę pieniędzy i zgromadzić kwotę potrzebną na rozpoczęcie własnej działalności; że jej, jako cieszącej się ogólnym szacunkiem członkini tej wspólnoty, został powierzony jeden z kluczy do skarbonki. Tego dnia jednak czuła się wyjątkowo nieswojo. Gdy siedziały pod drzewami, spoglądała na twarze otaczających ją kobiet. Czy któraś z nich wie? Czy cała wieś już wie i wszyscy mieszkańcy szepczą za jej plecami? Czy sama wkrótce podzieli los Dede, owdowiałej matki małego Mustafy, która sprzedaje wodę i żyje w takiej nędzy, że może wpłacać tylko jedno ledi na miesiąc, i którą inne kobiety często wyciągają z kłopotów finansowych, a ona tak bardzo się wstydzi, że chciałaby się zapaść pod ziemię?
Adwoa nie należała do ich klubu; racjonalnym gospodarowaniem nie zaprzątała sobie głowy. Była kobietą energiczną i bezwzględną, wysyłała męża do pracy, a sama siedziała w domu na swoim wielkim tyłku i nagrywała wiadomości na poczcie głosowej męża Ernestine. Ernestine zastanawiała się, co teraz robi Adwoa – stroi się na schadzkę z Kwomim? Wciera w skórę masło shea marki Imam i maluje usta przedniej jakości błyszczykiem Yana, który kupiła w ubiegłym tygodniu, żeby namiętniej się z nim całować? Ernestine czuła mdłości. Skrawek ziemi Kwomiego znajdował się niedaleko domu Adwoi. Czy to tam się spotkają pod osłoną krzewów manioku? Ernestine nie odsłuchała wiadomości; Asaf ją skasował, żeby oszczędzić jej upokorzenia. Ale chciała wiedzieć, jak bardzo Adwoa tęskni za mężczyzną, który jest mężem Ernestine, czy tak bardzo pragnie znów się z nim zobaczyć, że nie może się doczekać spotkania z Kwomim. Mężem Ernestine.
Ernestine pomyślała o najmłodszym dziecku Adwoi, które ma duży nos, taki sam jak Kwomi.
– Jesteś gotowa?
Wyrwana z zadumy aż podskoczyła. Pozostałe posiadaczki kluczy już na nią czekały.
Podeszła do nich i w trójkę otworzyły kłódki. Razem odśpiewały pieśń, skupione wokół blaszanego pudełka, i zabrały się do pracy. Dede, której mąż zmarł na AIDS, zbierała na niewielką działkę pod uprawę kukurydzy. Humu oszczędzała na naukę w szkole. Na ten cel odkładała część pieniędzy zarobionych na prowadzeniu straganu z artykułami spożywczymi. Z kolei Lydia – na piekarnię herbatników. Ernestine rozglądała się dookoła – obserwowała cętkowane cienie, kurczaki grzebiące w pylistej ziemi, dzieci, które przebiegają od jednej do drugiej kobiety sprzedającej słodycze i plantanowe chipsy. Sekret jej ciążył, przytłaczał ją. Miała wielką ochotę komuś się zwierzyć.
Rozległy się głośne śmiechy. Nancy i Irene siedziały razem, wspólnie żartowały. Miały też wspólnego męża, Yawo. Dwa lata temu, kiedy wziął sobie młodą Irene za drugą żonę, rozpętało się istne piekło, ale pogodził je klub oszczędności. Wcześniej obie kobiety żyły bardzo skromnie ze sprzedaży manioku, który pracowicie siekały ręcznie, a za mielenie płaciły pośrednikowi. Potem zgromadziły w blaszanym pudełku pieniądze na zakup maszynki do mielenia manioku i teraz pracowały razem, żartując przy jej terkocie na temat sprawności seksualnej Yawo i jego żałosnych przechwałek. Czy Ernestine potrafiłaby sobie wyobrazić dzielenie się mężem z inną kobietą?
Na samą myśl ogarnęła ją odraza. Wolałaby umrzeć.