Oceń artykuł:
5.00 avg. rating (97% score) - 2 votes

Oszałamiający Amsterdam w chwilach swego największego rozkwitu, miłość i pragnienie wyzwolenia się z pęt scenariusza napisanego przez życie – to wszystko Deborah Moggach ujęła w powieści „Tulipanowa gorączka”.


Tulipanowa gorączkaAmsterdam. Rok 1636. „Kwitnie tu handel; rozwija się sztuka. Mężczyźni i kobiety w modnych strojach spacerują po ulicach, a w lustrze wody w kanałach odbijają się eleganckie domy, w których mieszkają” – pisze Deborah Moggach. Akcję „Tulipanowej gorączki” ta brytyjska pisarka umieściła w pełnym przepychu i bogactwa mieście, które samo w sobie stanowi pejzaż utkany z przeróżnych opowieści. Na tym barwnym i wyrazistym tle Moggach przedstawiła losy czworga bohaterów, których życiowe ścieżki przecięły się w kamienicy amsterdamskiego kupca.

Sophie i Maria to rówieśniczki. Obie mają po 24 lata, przy czym jedna jest panią własnego losu, choć sprawuje funkcję służącej, a druga, opływając w dostatki, stanowi piękną własność swego męża w relacji gdzie „młodość została sprzedana za bogactwo”. Policzki mieszkającej na zapiecku Marii są rumiane z radości i ekscytacji na myśl o spotkaniach z kochankiem, którego sobie wybrała, a Sophie smętnie snuje się po wielkim domu oczekując powrotów znacznie starszego męża Cornelisa, za którego zmuszona była wyjść, by uratować od widma nędzy swą matkę i siostry.

Ów zamożny kupiec kocha ją szaleńczo i traktuje jak najcenniejszy skarb. Już raz stracił rodzinę – teraz, w towarzystwie młodziutkiej małżonki, widzi swoją nadzieję na ponowne zetknięcie z tym, co w życiu najważniejsze. Cornelis przeżył już bowiem wystarczająco długie życie, by wiedzieć, że majątek nie ma znaczenia, gdy w domu nie czeka ktoś drogi sercu. Mężczyzna chciałby przychylić nieba Sophi, ale jego starania nie dają rezultatów. Młoda żona nie jest szczęśliwa.
Tymczasem Maria, operatywna dziewczyna ze wsi, bierze od życia to, na co ma ochotę. Wizja przyszłości wydaje się jej zupełnie jasna i całkiem przyjemna. Nie brakuje w niej wyobrażeń o tym, że Sophie i Cornelis znikną z życia służącej, lecz zostawią jej do dyspozycji przecudnej urody kamienicę, w której obecnie sprząta i gotuje.

„Tulipanowa gorączka” jest opowieścią o cenie, jaką ludzie skłonni są zapłacić za spełnienie marzeń, a także i o tym, że należy dobrze zastanowić się czego tak naprawdę się pragnie. Moggah sięgnęła w niej po motyw zamiany ról społecznych – nisko urodzona służąca chciałaby być wielką damą, dama jest skłonna zaryzykować wszystko dla wolności decydowania o sobie, którą cieszy się jej pracownica. W jakich okolicznościach te marzenia mogłyby się spełnić? Autorka „Tulipanowej gorączki” rozpościera przed oczami czytelników sieć intryg utkanych przez bohaterów po to, by mogli osiągnąć to, na czym najbardziej im zależy. Tylko czy rzeczywiście będzie to droga do szczęścia i czy cokolwiek dobrego można zbudować na fundamentach niegodziwości?

Surowy i rzeczowy styl narracji, głos oddawany przez pisarkę kolejnym bohaterom, pozwala czytelnikowi głęboko wniknąć w opisywane zdarzenia i zobaczyć je z wielu perspektyw. Jedno nieporozumienie wzbudza lawinę katastrofalnych zdarzeń, jedno spotkanie zmienia bieg rzeczy – Moggach pokazuje nam, jak niewiele potrzeba, by sprawy potoczyły się w niespodziewanym kierunku, jak zwykły przypadek definiować może kształt całego życia.

Surowy i rzeczowy styl narracji, głos oddawany przez pisarkę kolejnym bohaterom, pozwala czytelnikowi głęboko wniknąć w opisywane zdarzenia.

Znać też fascynację autorki VIII-wiecznymi Niderlandami w czasach Złotego Wieku z całym ich przepychem, bogactwem sztuki i rzemiosła, na co dzień obecnych w życiu mieszkańców. Swoją rolę mają tu też do odegrania tytułowe tulipany, obsesyjnie pożądane w owym czasie przez kupców, rozbudzające wyobraźnię spekulantów. Co dziś trudne do pomyślenia, w 1636 roku cebula rzadkiej odmiany tulipana potrafiła kosztować tyle, co kamienica w Amsterdamie!

Ta podróż do przeszłości rozpoczyna się w chwili, gdy stateczny Cornelis zleca zdolnemu, młodemu malarzowi stworzenie portretu przedstawiającego kupca wraz z małżonką. Sophie, początkowo niechętna wizytom artysty, dostrzega dość szybko, że sesje pozowania do malowidła wiążące się z jego obecnością w domu państwa Sandvoort, wprawiają ją w osobliwy nastrój. Trudne do uzasadnienie rozdrażnienie i napięcie ewoluują do postaci zmysłowych pragnień dotychczas nieznanych kobiecie, podsuwając jej w wyobraźni obrazy życia, jakie mogłaby wieść i emocji, jakich mogłaby doświadczać, gdyby nie została poślubiona starcowi.

„Tulipanowa gorączka” bez wątpienia jest powieścią rozbudzającą wyobraźnię. Wydana po raz pierwszy w 1999 roku ukazała się w kilku krajach, tylko w Polsce miała, jak dotychczas, cztery wydania. Na pewno świadczy to o sile tej historii. Natomiast już wkrótce na ekrany kin w naszym kraju trafi film Justina Chadwicka pod tym samym tytułem z rolami Christopha Waltza, Judi Dench i Alicii Vikander, czyniąc zasadnym odwieczne pytanie: co lepsze – książka czy film? Wanda Pawlik

Deborah Moggach, Tulipanowa gorączka, Przekład: Maja Justyna , Seria: Salamandra, Dom Wydawniczy Rebis, Premiera w tej edycji: 29 sierpnia 2017
 

Tulipanowa gorączka

Deborah Moggach
Tulipanowa gorączka
Przekład: Maja Justyna
Seria: Salamandra
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera w tej edycji: 29 sierpnia 2017
 

Naszym zadaniem nie jest rozwiązywanie zagadek, ale uświadomienie ich sobie, pochylenie głowy przed nimi, a także przygotowanie oczu na nieustający zachwyt i zdziwienie. Jeśli jednak koniecznie zależy Tobie na wynalazkach, to powiem, że jestem dumny z tego, iż udało mi się zestawić pewien szczególnie intensywny rodzaj kobaltu ze świetlistą, cytrynową żółcią, jak również zanotować refleks południowego światła, które pada przez grube szkło na szarą ścianę […]
Pozwól jednak, że i my będziemy uprawiali nasz archaiczny proceder, że będziemy mówili światu słowa pojednania, mówili o radości z odnalezionej harmonii, o wiecznym pragnieniu odwzajemnionej miłości.

z listu przypisywanego Janowi Vermeerowi

1
SOPHIA

Nie dawaj wiary pozorom.
Jacob Cats, Emblematy moralne, 1632

Jemy kolację. Razem, mój mąż i ja. Kawałek pora wplątał mu się w brodę. Obserwuję, jak przy każdym ruchu żuchwy Cornelisa ten zielony strzępek porusza się miarowo, w górę i w dół; wygląda jak owad usidlony w trawie. Przyglądam się obojętnie, ponieważ jestem młodą kobietą i wiodę zwyczajne życie, w teraźniejszości. Jeszcze nie umarłam i się nie odrodziłam. Jeszcze nie umarłam po raz drugi – tę śmierć bowiem świat uzna za moje drugie odejście. Na końcu mojej drogi znajduje się jej początek; węgorz się zwija i połyka własny ogon. Na początku wciąż żyję, jestem młoda, mój mąż natomiast jest stary. Wznosimy wysmukłe kieliszki, pijemy wino. Na ściance mojego widnieje wygrawerowana w szkle sentencja: Ludzkie nadzieje niczym szkło kruche, toteż i życia kres prędki. Jej słowa rozpływają się w trunku omywającym ściankę kieliszka.
Cornelis odłamuje kawałek chleba, macza go w zupie, wkłada do ust; gryzie przez chwilę.
– Chcę z tobą pomówić, moja droga. – Wyciera usta serwetką. – Życie nieuchronnie przemija, a każdy pragnie zatrzymać je na zawsze.
Zamieram, ponieważ wiem, co teraz nastąpi. Nie spuszczam oczu z bułki, która leży przede mną na obrusie. Pękła podczas pieczenia i przypomina rozchylone usta. Już od trzech lat jesteśmy małżeństwem, a ja jeszcze nie wydałam na świat dziecka. Nie z powodu braku starań. Mój mąż w dalszym ciągu jest mężczyzną pełnym wigoru. W nocy kładzie się na mnie; rozsuwa mi nogi, a ja leżę pod jego ciężarem jak chrabąszcz przewrócony na grzbiet i przydepnięty butem. Całym sercem pragnie mieć syna – dziedzica, który będzie podskakiwał i biegał po tych marmurowych podłogach. Który zadba o przyszłość tego ogromnego, odpowiadającego echem domu przy Herengracht.
Do tej pory nie spełniłam jego oczekiwań. Oczywiście poddaję się jego pieszczotom, ponieważ jestem uległą żoną i zawsze powinnam okazywać mu wdzięczność. Los zastawia bowiem bezlitosne pułapki, a Cornelis wyrwał mnie z jego sideł, tak jak my wydarliśmy morzu naszą ziemię, którą osuszyliśmy i otoczyliśmy zaporami, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo; ustrzec przed zatopieniem. Kocham za to mego męża.
Tym razem jednak wprawia mnie w zdumienie.
– Zamierzam zaangażować malarza – oznajmia. – Nazywa się Jan van Loos i jest jednym z najlepiej zapowiadających się artystów w Amsterdamie. Maluje martwą naturę, pejzaże, ale przede wszystkim portrety. Polecił mi go Hendrick van Uylenburgh, wytrawny znawca sztuki i marszand. Słyszałaś już o nim. Rembrandt van Rijn, wiesz, ten malarz, który nie tak dawno przybył z Lejdy, należy do jego podopiecznych.
Cornelis robi mi takie wykłady. Mówi więcej, niż chcę wiedzieć, ale dziś wieczorem jego słowa osiadają wokół mnie bezszelestnie.
Będziemy mieli portret!
– Ten malarz ma trzydzieści sześć lat; tyle, ile już upłynęło z naszego, naznaczonego heroizmem, nowego stulecia.
Opróżnia kieliszek i dolewa sobie wina. Mój mąż rozkoszuje się wizją nas dwojga uwiecznionych na płótnie. Po piwie ogarnia go senność, pod wpływem wina silniej rozpalają się w nim uczucia patriotyczne.
– My na płótnie! My, którzy żyjemy w tym nadzwyczajnym mieście, w miejscu na ziemi ojczystej najwspanialszego narodu na świecie.
Naprzeciwko niego siedzę tylko ja, ale on zwraca się do szerszego grona. Nad jego żółtawosiwą brodą rozognione policzki tryskają czerwienią.
– Nie bez powodu Vondel sławi Amsterdam w swej odzie: „Ty, którego żaglowce kładą cienie na wszystkich ziemskich wodach. Ty, którego towary trafiają do odległych zakątków świata; Ty, który przybyszów z dalekich stron przyjmujesz i w świetle księżyca ich witasz. Ty, który prawa niepodzielnie na morzach i oceanach stanowisz”.
Nie oczekuje mojej reakcji, gdyż jestem jedynie młodą żoną, której życie w niewielkim stopniu toczy się poza ścianami tego domu. Noszę przytroczone przy talii tylko klucze do naszych bieliźniarek, bo dotąd nie miałam potrzeby otwierać niczego, co przedstawia większą wartość.
Zastanawiam się, w co mam się ubrać do mojego portretu. Mój świat do tej pory zamyka się w kręgu takich spraw. Nie obchodzą mnie ani oceany, ani mocarstwa. Maria przynosi talerz ze śledziami, stawia go na stole i od razu wychodzi, pociągając nosem. Od morza w głąb lądu snuje się mgła i prawdopodobnie dlatego przez cały dzień męczy ją kaszel. Ale wcale nie zmącił jej dobrego nastroju. Jestem pewna, że ma potajemnego kochanka. Słyszę, jak nuci w kuchni, czasem widzę, jak przed lustrem poprawia włosy wymykające się spod czepka. Koniecznie muszę się dowiedzieć prawdy. Jesteśmy dla siebie powierniczkami na tyle, na ile pozwalają okoliczności. Odkąd opuściłam moje siostry, Maria jest jedyną bliską mi osobą.
Malarz przyjdzie w przyszłym tygodniu. Mój mąż jest znawcą malarstwa, mamy w domu bardzo wiele dzieł sztuki. Na ścianie, za jego plecami, wisi obraz Zuzanna i starcy, na którym dwaj starzy mężczyźni podglądają nagą dziewczynę w kąpieli. W świetle dnia widzę ich przebiegłe twarze, ale teraz, w blasku świec, skryły się w cieniu. Nad głową mego męża wyraźnie rysują się kształty krągłego, jasnego kobiecego ciała. Cornelis nakłada sobie rybę z półmiska na talerz. Mój mąż kolekcjonuje piękne przedmioty. Widzę nas tak, jakbyśmy byli na obrazie: Cornelis w białym, koronkowym kołnierzu na czarnym tle, z brodą poruszającą się podczas jedzenia. Na talerzu przede mną leży śledź. Jego lśniąca skóra jest rozcięta i odsłania jasne mięso; ryba kojarzy mi się z pękniętą bułką, która wygląda jak rozchylone usta. Są też winogrona, dorodne, choć w przyćmionym świetle świec wydają się zszarzałe; obok stoi lekko połyskująca cynowa czara. Widzę nas przy dużym stole w jadalni naszego domu. Siedzimy nieruchomo, trwamy tak na chwilę przedtem, zanim wszystko się zmieni.
Po kolacji mój mąż czyta mi fragment z Biblii:
– „Wszelkie ciało jest trawą i wszelki wdzięk jego – jak gdyby kwiat polny! Usycha trawa, kwiat więdnie, gdy tchnienie Jahwe ich dotknie. (Tak, trawą jest naród)…”*
Ale ja już znajduję się na ścianie, wiszę tam i stamtąd spoglądam na nas.

* Iz 40,6-8; wszystkie cytaty z Biblii za: Pismo Święte Stary i Nowy Testament (w przekładzie z języków oryginalnych, opracował zespół pod redakcją ks. Michała Petera i ks. Mariana Wolniewicza), Wydawnictwo Święty Wojciech, Poznań 2012.

2
MARIA

Ma obowiązek nie spuszczać z oczu swoich służących, ani mężczyzn, ani kobiet; musi przyglądać się ich zachowaniu, obserwować, jak się ze sobą obchodzą, słuchać, jak się droczą i żartują, jakimi słowami się do siebie odnoszą, zaglądać im w twarze, bo z zaniedbania w tych sprawach nieskromność w domu zakorzenić się może i państwu ujmę przynosić będzie.
J. Dod i R. Cleaver,
Bogobojna nauka o gospodarstwie domowym, 1612

Maria, służąca, oszołomiona miłością, poleruje miedzianą szkandelę. Kompletnie owładnięta pożądaniem, czuje się całkowicie bezwolna, jakby unosiła się tuż pod powierzchnią wody. Kobieta o zniekształconej twarzy, która spogląda na nią z wypukłej powierzchni metalu, odpowiada jej uśmiechem. Maria jest dorodną, rumianą wiejską dziewczyną ze zdrowym apetytem. Zdrowe ma też sumienie, które łatwo przystosowuje się do okoliczności. Maria, gdy prowadzi Willema do swego łóżka w głębokiej wnęce za kuchennym piecem, zaciąga za sobą kotarę, żeby się osłonić przed gniewnym wzrokiem Boga. Co z oczu, to z myśli. Wiadomo przecież, że w swoim czasie Willem ją poślubi.
Marzy o tym. Roi też sobie, że jej pan i pani giną na morzu, w katastrofie, i że ona z Willemem mieszkają w tej kamienicy z sześciorgiem uroczych dzieci. Kiedy sprząta, myśli, że robi to na jego powrót do domu. Podczas nieobecności swojej pani zamyka dolne okiennice, żeby nikt z ulicy nie mógł zajrzeć do środka. W salonie zapada wtedy półmrok, a ona czuje się tak, jakby poruszała się po dnie morza. Wkłada niebieski, aksamitny żakiet swojej pani, z kołnierzem i mankietami obszytymi futrem, i wolno przechadza się po domu, spoglądając na swoje odbicie w lustrach. Ma takie zwyczajne marzenie; czy jest w nim coś złego?
Teraz Maria klęczy w salonie. Szoruje niebiesko-białe flizy przy cokole. Na każdym jest postać bawiącego się dziecka – na jednym z obręczą, na drugim z piłką. Na trzecim, jej ulubionym, dziecko siedzi na drewnianym kiju zakończonym głową konia. W całym pokoju mnóstwo jest dzieci zrodzonych w jej wyobraźni. Delikatnie wyciera je ściereczką.
Przez ścianę dobiegają hałasy z ulicy – kroki, głosy przechodniów. Wychowała się na wsi, jest więc wciąż zaskoczona zgiełkiem Herengracht; dziwi się, że ulica tak mocno wciska się do jej sekretnego świata we wnętrzu domu. Pokrzykiwania sprzedawcy kwiatów, którego głos brzmi przedziwnie, jak nawoływanie czajki. Grzechot blaszanej puszki lutowacza z warsztatu konwisarskiego, który zachęca do przynoszenia garnków do naprawy w taki sposób, jakby przywoływał grzeszników. Kroki przechodnia, który idzie bardzo blisko ściany domu, kaszle i spluwa na chodnik.
I wtedy rozlega się jego dzwonek.
– Ryby, świeże ryby! – Willem śpiewa fałszywie. Głos ma okropny. – Płocie, leszcze, śledzie, dorsze!
Znów potrząsa dzwonkiem.
Maria jest wyczulona na ten dźwięk jak pasterka na odgłos dzwonka swojego ulubieńca wśród stada. Zrywa się z klęczek. Wyciera nos w fartuch, wygładza spódnicę i otwiera drzwi. Poranek jest mglisty, więc ledwo może zobaczyć kanał pośrodku ulicy. Willem wyłania się z mgły.
– Witaj, moja piękna. – Jego twarz rozjaśnia się w uśmiechu.
– Co nam przynosisz? – pyta Maria. – Daj popatrzeć.
– Czego dusza zapragnie, moja kaczuszko. – Unosi kosz i wspiera go na biodrze.
– Masz tam pięknego, tłustego węgorza?
– Ten ci się pewnie spodoba?
– Dobrze wiesz, jak bardzo taki mi odpowiada. – Maria chichocze.
– Co byś powiedziała na duszonego z morelami i octem balsamicznym?
– Mmmm – mruczy Maria i wciąga nosem powietrze.
Teraz słychać miarowe dudnienie. Jedna po drugiej spadają na ulicę beczki wyładowywane z barki. Bum, bum uderzają o nawierzchnię rytmicznie, tak jak bije jej serce.
– Może chcesz śledzia? – pyta Willem. – Albo całusa?
Robi krok do przodu, jest blisko niej. Bum-bum.
– Cicho! – Maria się odsuwa.
Za ścianą przechodzą ludzie. Willem smutno opuszcza głowę. Jest prostym człowiekiem o owalnej, ponurej, nalanej twarzy, którą wzbudza wesołość u innych. Maria uwielbia, gdy pojawia się na niej uśmiech. On jest kochany, taki prostoduszny i naiwny, że ona czuje się przy nim mądrą i roztropną kobietą. Ona! Do tego stopnia jest naiwny. Willemowi trudno uwierzyć, że Maria go kocha.
– Byłem tu wczoraj. Czemu nie otworzyłaś mi drzwi?
– Bo właściciel warzywniaka pokazywał mi marchewkę.
– Droczysz się ze mną?
– Byłam na targu. – Uśmiecha się do niego. – Kocham tylko ciebie. Jestem jak ostryga zamknięta w swojej muszli. Tylko ty możesz mnie otworzyć.
Cofa się i wpuszcza go do domu. Willem stawia kosz na podłodze i bierze ją w ramiona.
– Fuj! Twoje palce!
Prowadzi go przez voorhuis, potem korytarzem i w dół po schodach, do kuchni. On szczypie ją w pośladek, gdy przepychają się przy zlewie. Maria przesuwa dźwignię. Woda zaczyna płynąć z kranu na jego wyciągnięte dłonie. Stoi przy niej posłusznie jak dziecko obok matki. Ona wyciera mu dłonie, a gdy już są suche, wącha je. Willem napiera na nią ciałem, wciska jej kolano między uda – ona jest bliska omdlenia – on ją całuje.
– Nie możesz tu długo zostać – mówi cicho Maria. – Oboje są w domu.
Ciągnie go do łóżka we wnęce. Uderzają się o drewnianą ramę i śmiejąc się, przewracają na materac. Jak przytulnie jest w tym zakątku! To łóżko jest najcieplejsze w całym domu. Kiedy przejmą go na własność, nadal tutaj będą spać, bo tu jest jej dziupla, kolebka jej życia. Willem mruczy Marii do ucha słodkie słówka. Ona go głaszcze. On pojękuje. Ona go ucisza. Bierze jego rękę i wkłada ją sobie między nogi; nie mają czasu do stracenia. Śmieją się jak dzieci, ponieważ dorastali, sypiając stłoczeni w jednym łóżku ze swoimi braćmi i siostrami, przytulając się do nich, wiercąc się między nimi i trącając nawzajem kolanami.
– A tu co jest? – szepcze Maria. – Coś ciekawego?
Wtem od frontowych drzwi słychać stukanie, ra-ta-ta-ta. Maria gwałtownie siada. Spycha Willema i sama gramoli się z łóżka. Chwilę później, zarumieniona i zdyszana, podnosi rygiel przy drzwiach wejściowych.
Stoi przed nią mężczyzna, niewysoki i smagły. Ma lśniące, czarne loki, niebieskie oczy i aksamitny beret na głowie.
– Jestem umówiony – wyjaśnia. – Przyszedłem namalować portret.

3
SOPHIA

Dojrzała gruszka sama wpada do fartuszka.
Jacob Cats, Emblematy moralne, 1632

– Mam dłoń trzymać w ten sposób, opartą na biodrze? – Mój mąż skręca się w kierunku malarza. Wypycha do przodu klatkę piersiową, w drugą dłoń bierze laskę. Na ramiona narzucił czarną pelerynę z brokatowej tkaniny, włożył wysoki kapelusz; uczesał brodę, natarł woskiem i podkręcił wąsy. Dziś upiął krezę – szeroką, śnieżnobiałą. Wydaje się, jakby jego odcięta od tułowia głowa znalazła się na talerzu.
Cornelis stara się ukryć emocje.
– Zna pan powiedzenie: Strumienia nie da się wstrzymać, bo woda i tak wytryśnie w innym miejscu? Pobieliliśmy nasze kościoły, zakazaliśmy umieszczania w nich świętych obrazów… – Skłania głowę w moją stronę. – Muszę tu prosić o wybaczenie moją żonę, która jest katoliczką – i nasz Kościół reformowany przestał sprawować pieczę nad malarzami, a tymczasem ich sztuka żywo rozkwita bez tego mecenatu. Z pożytkiem dla nas, bo malują naszą codzienność z troską o każdy szczegół, z mistrzostwem, które – tu zastrzegam, jestem daleki od bluźnierstwa – niemal graniczy z doskonałością Stwórcy.
Malarz patrzy mi prosto w oczy. Unosi brwi i się uśmiecha.
Jak on śmie! Spoglądam w bok.
– Proszę nie ruszać głową, pani – mówi.
Portret powstaje w bibliotece mojego męża. Zasłony są rozsunięte i światło słoneczne strumieniem wlewa się do środka. Promienie połyskują w szybach serwantki, w której Cornelis przechowuje swoje przedziwne przedmioty – skamieniałości, figurki, muszle łodzików – umieszczone na srebrnej podstawie. Na stole nakrytym tureckim kilimem stoją globus i waga, leży ludzka czaszka. Globus symbolizuje handel, ponieważ mój mąż jest kupcem, właścicielem składu towarów w porcie. Sprowadza zboże znad Bałtyku i rzadkie przyprawy ze Wschodu. Wysyła statkami tekstylia do krajów położonych daleko poza moim wąskim horyzontem. Z dumą szczyci się swoim majątkiem, ale też, jak każdy dobry kalwinista, pokornie godzi się z ulotną naturą dóbr doczesnych – stąd waga, do ważenia naszych grzechów i dobrych uczynków w dniu Sądu Ostatecznego, i czaszka. Marność, marność nad marnościami. Chciał do portretu trzymać dłoń na czaszce, ale malarz miał inną koncepcję.
Mój mąż przez cały czas mówi. Kątem oka widzę, jak porusza się jego broda, w górę i w dół, niczym zwierzątko z żółtym futerkiem, które przysiadło na jego krezie. W myśli każę mu zamilknąć.
– Mam szczęście, że dzięki swoim staraniom zdobyłem taką pozycję i majątek. – Chrząka. – Ale prawdziwe szczęście daje mi mój klejnot, przy którym gaśnie blask rubinów – moja droga Sophia. Najwięcej radości i pociechy przysparza mężczyźnie szczęśliwy dom, gdzie po dniu trudów może zamknąć za sobą drzwi i zaznać w nim spokoju, znaleźć ukojenie przy kominku, nacieszyć się troskliwością kochającej, bogobojnej żony.
Słyszę ciche prychnięcie. Malarz stara się powstrzymać śmiech. Znów patrzy na mnie zza sztalugi. Czuję na sobie jego spojrzenie, choć nie odrywam oczu od ściany. Nienawidzę go.
Najgorsze jednak dopiero nadchodzi.
– Zasmuca mnie tylko, że dotąd nie słychać w naszym domu tupotu maleńkich stóp. Żywię jednak nadzieję, że wkrótce to się zmieni. – Mój mąż się śmieje. – Może i nieco przywiędły moje liście, ale wciąż jeszcze krążą w nich życiodajne soki.
Nie! Jak mógł to powiedzieć? Spojrzenie malarza znów spotyka się z moim. Uśmiecha się, odsłania białe zęby. Wodzi po mnie oczami, z góry na dół, rozbiera wzrokiem. Nie mam już na sobie sukni, stoję przed nim naga. Pragnę umrzeć. Całe moje ciało oblewa się rumieńcem. Dlaczego to robimy? Jak Cornelis mógł powiedzieć coś takiego? Wzięły górę emocje wywołane pozowaniem do portretu – ale jak mógł tak nas ośmieszyć?
Malarz obserwuje mnie zza sztalugi. Jego niebieskie oczy na wskroś świdrują moją duszę. Jest niewysokim, muskularnym mężczyzną o gęstych, niesfornych, czarnych włosach. Przechyla głowę na bok. Spoglądam na niego chłodno. Wtedy dociera do mnie, że on wcale nie na mnie patrzy. Skupia się na kompozycji, którą ma przenieść na płótno. Wyciera pędzel w kawałek tkaniny i marszczy czoło. Ja jestem dla niego tylko obiektem – brązowe włosy, biały koronkowy kołnierz i błękitna suknia z jedwabnej tafty.
Irytuje mnie to. Nie jestem combrem baranim na pieczeń!