Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Maria Fasce sięgnęła po rzeczywiste losy chilijskiego poety Pabla Nerudy, by z ich pomocą opowiedzieć subtelną, acz poruszającą historię o dojrzewaniu. Powieść „Kobieta z Isla Negra”, ze swoim wysublimowanym językiem, pozwala poczuć w wyobraźni słodycz i gorycz wchodzenia w dorosłość.


Kobieta z Isla NegraElisa i jej matka Raquel przybywają na służbę do domu znanego poety Pabla Nerudy. Dla Elisy jego okazała, nadmorska posiadłość jest światem jak z bajki, na wzór morskiej jaskini cudów i dziwów. Dziewczynka nie miała dotychczas okazji mieszkać w podobnym miejscu, razem z matką wiodły skromne życie za pieniądze zarabiane w pasmanterii. Gdy sklep zamknięto matka zmuszona była poszukać innej posady, by je utrzymać, co doprowadziło do przeprowadzki z deszczowego Temuco do Isla Negra. Elisa na tę zmianę nie narzeka – przeciwnie, pozwala jej ona na rozbudzenie w sobie nieznanych dotychczas marzeń.

Argentyńska pisarka Maria Fasce w swojej powieści sięgnęła po kanwę życiorysu Nerudy, aby osadzić na niej subtelną, lecz przejmującą powieść o wchodzeniu w dorosłość. Wszystkie etapy dojrzewania, od fascynacji zmysłowym światem dorosłych, przez egoistyczne odurzenie całą gamą nowych doznań, przesłaniające realistyczną ocenę sytuacji, po bolesny powrót do rzeczywistego świata, przedstawiła z wyczuciem i realizmem. Stworzona przez nią Elisa, to jedna z lepszych kreacji nastoletniej bohaterki we współczesnej literaturze, a jej obojętny i pozbawiony zrozumienia stosunek do pracującej ponad siły matki w kontrze do bałwochwalczych wręcz zachwytów, jakie dziewczynka żywi do Delii, olśniewającej żony poety, urodziwej artystki i kobiety światowej, to psychologiczny majstersztyk.

Jest tutaj także rzeczywistość lat 50. XX wieku i środowisko argentyńskiej bohemy artystycznej widzianej spojrzeniem Elisy; od kulis. Fasce posługując się obserwacjami czynionymi przez tę postać oddała atmosferę domu Nerudów, gdzie wzniosłe idee i artystyczne wzruszenia przenikają się z niegodziwością; ledwie za panią domu zamkną się drzwi, a do łóżka jej męża już wskakuje kochanka. Co zatem jest prawdą? Słowa miłości i uwielbienia spisywane w poezji czy oszustwo dokonywane po cichu, za plecami.

Neruda opisany przez Marię Fasce to mężczyzna pozbawiony honoru i moralnych hamulców, dziecinny, przekonany, że może mieć wszystko, czego pragnie bez konieczności dokonywania jakichkolwiek wyborów. To jego literackie wyobrażenie stworzone przez współczesną pisarkę na podstawie dostępnych materiałów biograficznych nie wytrzymuje jednak konkurencji z postacią fikcyjnej Elisy, bo to ona, nie stawiając przed Fasce ograniczeń wynikających z ram realnej biografii, daje się kształtować bez narzucania ograniczeń wyobraźni autorki. I efekty tego są znakomite.

Elisa w dążeniu do stworzenia nowej siebie na wzór zachwycającej Delii, zapomina kim rzeczywiście jest i nie zważa na cudze uczucia. Śni o wspaniałej przyszłości, upaja się tymi wyobrażeniami, jednocześnie przegapiając lub świadomie spychając na dalszy plan to, co dzieje się tu i teraz. Jest skupiona na sobie i swoich uczuciach, myli się oceniając to, dla kogo jest naprawdę ważna, a konsekwencje tych zaniedbań będą dla niej bardzo dotkliwe. Motywacje kierujące zachowaniem jej matki zrozumie o wiele za późno.

autorka snuje opowieść o narastających w wyobraźni pragnieniach i emocjach determinujących podejmowane decyzje

Fasce opowiadając o wieczorach poezji w posiadłości późniejszego noblisty, o powitaniach i rozstaniach, sztuce i różnych obliczach miłości, snuje też opowieść o narastających w wyobraźni pragnieniach i emocjach determinujących podejmowane decyzje. Wrażliwość pisarki w połączeniu z jej talentem literackim pozwala czytelnikowi przeobrazić się w skórę opisywanych bohaterów, poczuć ich rozterki. Jest w tej prozie także tchnienie świeżości, pomimo że mowa o eksplorowaniu opisanego już na wszelkie sposoby świata kobiecych uczuć i relacji między matką i córką. Nikodem Maraszkiewicz

María Fasce, Kobieta z Isla Negra, Przekład: Patrycja Zarawska, Wydawnictwo Sonia Draga, Premiera: 26 lipca 2017
 
 

Kobieta z Isla Negra

María Fasce
Kobieta z Isla Negra
Przekład: Patrycja Zarawska
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 26 lipca 2017
 

„Może nadejdzie dzień, w którym mężczyzna
i kobieta, tacy
jak my, dotkną tej miłości i wciąż będą mieli siłę,
by znieść żar parzący dłonie.
Kim byliśmy? Jakie to ma znaczenie?”
Pablo Neruda,
La carta en el camino, z tomu Wiersze kapitana

„Skrawki życia są tak skomplikowane jak obraz galaktyki”.
Marguerite Yourcenar,
Le labyrinthe du monde

I

1

W ciemności wyraźniej widać szczegóły. Każdy obraz łączy się z dźwiękiem i odcina ostro na tle czerni i ciszy. Na przykład kroki. Za dnia nikt nie zwraca na nie uwagi, ledwie się je słyszy. Nikt nie dostrzega dłoni dotykającej ręki, kolana. Umykają nam ważne rzeczy. Opada ramiączko, ciało poddaje się i pocałunki brzmią w mroku jak ciche trzaski. Śmiech miesza się ze światłem, ale w ciemności może przestraszyć jak grzmot. Kobieta się śmieje. Nie śmieje się jak moja mama ani jak kobiety, których śmiech do tej pory słyszałam; jej śmiech jest głośniejszy, bardziej przenikliwy.
Zsunęła z siebie ubranie. Miała opalone plecy i duże, trochę obwisłe pośladki. A na nogach zaznaczały się mięśnie, jak u tancerek. Na lewej łydce widniała ciemna plama wielkości śliwki. Sukienka opadła i otoczyła jej kostki, jakby kobieta stała pośrodku stawu, w którym pływały biustonosz i majtki, jedno i drugie w kolorze złota.
Pablo nie był nagi. Podszedł do okna i usłyszałam skrzypnięcie krzesła – usiadł, żeby zdjąć buty i ubranie, a teraz zmierzał do łóżka. Zarost na piersi sięgał mu aż do ramion i ciągnął się dwoma pasmami po plecach.
– Odwróć się. – Kobieta znowu się roześmiała. Leżała już w łóżku, zauważyłam czarny trójkąt między jej nogami.
– Z czego się śmiejesz? – zapytał.
– Masz ciało jak niemowlę: maleńkie, zapadnięte pośladki i ogromną głowę.
Kobieta wciąż się śmiała, ale Pablo położył się na niej i stłumił jej śmiech. Pociągnął za prześcieradło i przykrył oboje.
Potem słyszałam już tylko sapnięcia podobne do parskania zwierząt, a nieco później zduszone okrzyki kobiety, jakby mężczyzna ją ranił. Stłumiony skowyt, a potem już nic.
Wstrzymałam oddech ze strachu, bojąc się, że poruszę wieszaki z ubraniami. Dopiero wtedy dotarł do mnie zapach perfum. Jaśminowych.
Przez chwilę zastanawiałam się, czy kobieta umarła. Potem dostrzegłam, jak wystawia spod przykrycia głowę i ramiona. On zrobił to samo. Leżeli spokojnie, patrząc w sufit.
Ona wstała i schyliła się po ubranie. Ruda kaskada włosów i wielkie piersi dotknęły kolan. Kobieta włożyła majtki i stanik, a jej ciało odzyskało kształt gruszki.
Pablo poklepał poduszkę i kobieta podeszła do niego. Znowu się położyła, po czym oboje zasnęli.
Było to trzeciego dnia mojego pobytu w Isla Negra, w porze sjesty. Poszłam na górę, żeby zobaczyć pokój Pabla, i usłyszałam śmiechy na schodach. Szafa była otwarta, w środku starczyło miejsca, żebym się zmieściła, schowałam się więc w niej i zamknęłam. W drzwiach były żaluzjowe listewki, dlatego mogłam patrzeć, sama nie będąc widziana.
Sukienka nadal leżała na podłodze. Pochrapywanie Pabla mieszało się z tykaniem zegara stojącego na nocnej szafce. Kobieta nie chrapała, ale jej ciało unosiło się i opadało rytmicznie pod prześcieradłem.
Ostrożnie otworzyłam drzwi szafy i wyszłam. Poczułam, jak zalewa mnie woń – słodka, lepka, nieznana.
Wróciłam do swojego pokoju i zapatrzyłam się w okno. Po chwili Pablo z kobietą wyszli z domu tylnymi drzwiami. Ruszyli w stronę drzew.

Weszłam do kuchni i umyłam sobie ręce. Wcześniej zbierałam gałęzie w lesie. I sosnowe igły. Pablo posypał nimi rybę; powiedział, że nadają jej szczególny smak.
Mama stała odwrócona do mnie plecami, pochylona nad zlewem, z włosami związanymi na karku. Nie usłyszała, jak wchodziłam, ponieważ kroki zagłuszył szum lejącej się wody. Czerwone palce walczyły z prześcieradłami. Tymi samymi białymi prześcieradłami, które wczoraj rozścieliłyśmy na łóżku Pabla. Płakała? Nie, moja matka nigdy nie płakała.
Postawiłam kosz z gałęziami pod oknem i znów wyszłam z domu.
Usiadłam na jednym z galionów i zostałam tam przez dłuższą chwilę, przyciśnięta do sterczących sutków drewnianych syren. Kiedy moje tak urosną? Miałam już dwanaście lat, a wciąż wyglądały jak dwa ledwie zaznaczające się kamyki.

2

– Dlaczego mówią na to miejsce Isla Negra, skoro nie przeprawiamy się przez morze? – zapytałam mamę. – Czy to z powodu tych czarnych ptaków? Jak się nazywają?
– Tak, tak – odpowiedziała nieobecna duchem. – To przez kruki – wymyśliła na poczekaniu. Te ptaki to wcale nie były kruki. Nad morzem nie ma kruków.
Całą drogę wyglądałam przez okno i nagle wreszcie się pojawiło – morze, przypominające w słońcu błyszczącą wstążkę przyklejoną do krajobrazu.
– Zdaje się, że już niedaleko – rzekła mama.
Plaża była pełna skał i wodorostów, a na piasku widniały czarne plamy.
– Isla Negra – zawołał kierowca.
Wysiadłyśmy. Jakaś para z niemowlęciem, gruby mężczyzna w berecie, staruszka z włosami splecionymi w dwa warkocze.
Mama zapytała o coś kierowcę, a on wskazał ręką w prawo, choć nic tam nie było widać. Chwyciła walizkę i torbę, ja wzięłam dwie plastikowe torby i ruszyłyśmy w kierunku, który nam wskazał szofer.
Ubrane byłyśmy jak zawsze, kiedy się wybierałyśmy do centrum. Ja miałam na sobie białą sukienkę, która trochę się pogniotła w podróży. W Temuco siadywałam na tarasie w słońcu, dlatego teraz dobrze wyglądałam w bieli. Mama, przeciwnie, miała zielonkawą skórę. Rozpuściła włosy i uczesała się z przedziałkiem na boku. Wolałam ją z włosami związanymi i przedziałkiem pośrodku, jak zwykle. Założyła sandały i pomalowała sobie usta. Prawie nigdy tego nie robiła – szminka uwydatniała jej bladość i zmarszczki po bokach ust; sprawiała, że wargi wydawały się cieńsze. Sama kiedyś wypróbowałam tę szminkę w kolorze czereśni i przejrzałam się w lustrze: wyglądałam inaczej, na piętnaście lat, a moje oczy sprawiały wrażenie jaśniejszych. Miałam ochotę zrobić sobie zdjęcie, ale schowałam pomadkę z powrotem do apteczki i wytarłam usta wacikiem. Gdyby mama zapomniała o szmince w apteczce, czy wróciłybyśmy po nią? A może już nigdy nie wrócimy?
Wiał ciepły, wilgotny wiatr. Mama miała kropelki potu nad górną wargą, a za każdym razem, kiedy podnosiła ramiona, rozchodził się kwaśny zapach, od którego robiłam się głodna.
Podążyłyśmy drogą biegnącą przez ogród. W górze widniały kamienne schody i dom, też kamienny.
Droga pięła się zboczem, trudno ją było pokonać pod górę, ale za to schodzenie będzie łatwe. Dokuczały mi komary i cały czas myślałam o tym, kiedy do moich białych butów dostanie się ziemia.
Minęłyśmy fontannę z konikami morskimi i dalej szłyśmy już węższą dróżką. Dom wyglądał jak chatka Baby-Jagi z bajki o Jasiu i Małgosi. „Na pewno są tam psy” – pomyślałam.
Kilka metrów przed domem mama postawiła walizkę i torbę pod drzewem, a ja położyłam obok swoje pakunki. Na dróżce pojawił się pies z językiem tak wywieszonym, jakby mu ciążył. Zaszczekał i podszedł prosto do moich nóg. Tym koty różnią się od psów: psy zawsze ocierają się o tych, którzy się ich boją, koty takich ludzi ignorują.
Mama stała przed drzwiami, nie mając śmiałości, by zapukać. Poprawiła sobie włosy.
Do okna podszedł wysoki mężczyzna w koszuli z krótkimi rękawami. Potem otworzył drzwi i podali sobie ręce. Spojrzeli na mnie.
Mężczyzna podniósł głowę, jakby sobie o czymś przypomniał.
– Elisa – rzekł.
I ruszył w kierunku miejsca, gdzie czekałam.
– Witaj, Eliso. Jestem Pablo – powiedział i pocałował mnie, a jego broda podrapała mnie po twarzy. Wskazał drugą stronę domu. – Jest tam coś, co może ci się spodobać.

Wiatr szumiał w liściach. Ten ogród był większy niż tamten od frontu, a na jego końcu, za krzewami, za pniami i za opadłymi gałęźmi zaczynał się las.
Na trzech drewnianych słupach ustawionych w kształt trójkąta wisiało pięć dzwonów. Największy górował nad pozostałymi, mniejszymi niczym dzieci – jakby rodzina dzwonów. Nie mogłam się oprzeć i dotknęłam jednego; gdybym tego nie zrobiła, prześladowałby mnie pech. Wyciągnęłam się, żeby dosięgnąć liny, i dwa razy dotknęłam tego samego dzwonu; gdybym dotknęła wszystkich, też sprowadziłabym na siebie nieszczęście. Po lewej od dzwonnicy widniały dwie drewniane syreny z nagimi piersiami, które sterczały im na boki.
Pablo pomachał do mnie. Zawstydziłam się, że widział, jak dotykam dzwonów, wyglądało na to, że stoi tu od jakiegoś czasu; był sam, bez mamy. Podszedł bliżej i biała plama słońca znalazła się za jego twarzą, dużą i ciemną.
– Podoba ci się? – zapytał, wykonując ręką zamaszysty gest.
– Co?
– Wszystko. To miejsce, Eliso – powtórzył moje imię, jakby musiał się go nauczyć na pamięć, jakby wypowiadanie go sprawiało mu przyjemność.
– To wszystko jest pana?
– Tak.
– I morze też?
– Też. – Odwrócił się. – Chu-Tuh, chodź tutaj.
Pies podbiegł do jego ręki i pochylił głowę. Pablo pogładził go po grzbiecie. Popatrzył na mnie, spodziewając się, że ja też go pogłaszczę, ale nie zrobiłam tego. Chu-Tuh to było dziwne imię dla psa.
– Dlaczego nazywają to miejsce Isla Negra, skoro to nie jest wyspa?
– Chodź – rzekł. Położył dłoń na moim ramieniu i zaprowadził mnie dalej. – Widzisz?
Spojrzałam w kierunku, który wskazywał ręką: z morza wystawała duża czarna skała podobna do skorupy olbrzymiego żółwia.
– Ale jeśli wolisz, możemy zmienić nazwę i mówić na nią Isla Roja1. Od maków.
Rozejrzałam się.
– Jakich maków?
Też się rozejrzał, szukając ich wzrokiem.
– Gdy tu przybyliśmy, były maki. – Nagle wydał się rozczarowany ich brakiem. – Delia o nie dbała. To ona je przywiozła. Musimy ją powiadomić, że ich nie ma. A teraz wywiesimy banderę.
Wszedł do domu i wrócił z kawałkiem materiału. Ruszył ścieżką i dał mi znak, żebym poszła za nim.
Obok kamiennej ławki i kotwicy stał maszt. Wciągnęliśmy na niego banderę, niebieską, z rybą w kółku otoczonym napisem, układającym się w słowo Neruda.

3

Zapach eukaliptusów zniknął, kiedy przekroczyliśmy próg.
– Uwaga na stopień – ostrzegł nas Pablo i mama chwyciła mnie za rękę. Uwolniłam się.
Weszliśmy do pierwszego pomieszczenia – salonu, który wyglądał jak pokład statku. Za oknem rozciągało się morze. Pablo zapalił wiszący u sufitu żyrandol i czerwonawe światło oświetliło drewniane kobiety, wydekoltowane, podobne do tamtych w ogrodzie.
– Moje galiony – powiedział, jakby przedstawiał córki.
Stół zrobiono z koła sterowego przykrytego szybą, z wielkimi zębami u góry.
– To zęby kaszalota.
Czarna kanapa, a obok dwa fotele, jeden skórzany, drugi z wyświechtanego pluszu w kolorze beżowym. Na jednej ze ścian obraz z bitwą morską oraz karawela wielkości leżącego człowieka, z bardzo brudnymi żaglami.
Drzwi były niskie i wąskie, Pablo musiał się schylać, by przez nie przejść. Dom przypominał morską grotę, a korytarze były pełne przedmiotów: ceramicznych marynarzy, skrzyń, okienek z witrażami.
Po lewej stronie korytarza z czarno-białej fotografii uśmiechał się Pablo. Miał minę dzieciaka, który nie może się doczekać, kiedy mu zrobią zdjęcie, żeby mógł zdjąć marynarkę i krawat i pójść się pobawić.
Pokazywał nam rzeczy, jakby czytał podpisy: moja kolekcja szklanych butelek, barek, moje afrykańskie maski. Globus.
– Przywiozłem go z którejś podróży. Celnicy podejrzewali przemyt i zrobili w nim dziurę, o tu, u dołu. – Przykucnął, żeby pokazać, i chrupnęło mu w kolanach. – Myśleli, że przewożę whisky. – Roześmiał się.
Globus stał pośrodku głównego pokoju na pierwszym piętrze. Wzdłuż ścian ciągnęły się tam regały z książkami. Jedne z nich były nowe, inne stare, z wytartymi grzbietami lub w skórzanych oprawach. Nadawały pomieszczeniu ten cierpki zapach, woń kurzu i papieru, jak w szkolnej bibliotece w Temuco.
– Kto to jest? – zapytałam, wskazując stary portret.
– Bodler – odrzekł Pablo.
Podeszłam bliżej. Na tabliczce u dołu napisano: „Charles Baudelaire”.
Otworzył drzwi kuchenne i wyszliśmy z drugiej strony domu. Znowu zostałam sama, w ogrodzie, koło figur dziobowych. Okno w kuchni było otwarte i usłyszałam, jak Pablo mówi do mamy:
– Gdy wróci pani Delia, wszystko ci… wszystko pani wyjaśni. Gdzie trzyma naczynia i resztę.
– Chodź, Elisa – zawołała mnie mama.
Z kuchni wchodziło się do pokoju i łazienki. Mama położyła walizkę i torby na łóżku pod ścianą. Dla mnie było drugie, pod oknem. Przez okno widziałam ogród, dzwony i drzewa.
– Musimy poszukać młotka; gwoździe już przyniosłam – rzekła.
– Po co?
– Żeby powiesić krzyż i twojego anioła stróża.

4

Można mieszkać w domu, chodzić do szkoły i do kościoła i nagle być tą samą osobą, ale w innym miejscu, w nowym domu, nowym łóżku, z nowym życiem. Może to dziwne, że nie od zawsze mieszkałyśmy w Isla Negra, z Pablem.
Podobała mi się Isla Negra. Ani jeden dzień nie był tu deszczowy. W Temuco zawsze padało. Całe nasze życie w Temuco zdawało mi się teraz jednym długim deszczowym popołudniem.
Isla Negra miała się stać moim domem bardziej niż dom w Temuco, gdzie prawie nikt, oprócz Juany, nas nie odwiedzał. Mama denerwowała się tymi wizytami, jakby ją przyłapano na robieniu czegoś złego. Szła do łazienki i czesała się, malowała sobie usta, zmieniała ręczniki, chowała do szafki majtki, które zwykle wisiały na kranach wanny do obeschnięcia, wychodziła, żeby kupić jedzenie. Kiedy nikt nie przychodził, żyłyśmy na chybcika, jadałyśmy tylko łyżką albo widelcem, bez serwetek, ze ściereczką kuchenną na stole, tylko we dwie. W Isla Negra było inaczej, jak gdyby Pablo stał się gościem, który na stałe zamieszkał w naszym domu. Tylko że to my byłyśmy tutaj gośćmi.
Pierwszego wieczoru mama przygotowała stół dla Pabla: biały obrus, koszyczek na chleb, serwetka pod talerzem, szklanka i sztućce, woda i wino. Usiadł i zawiązał sobie serwetkę na szyi; mama przyniosła mu półmisek z połową pieczonego kurczaka z ziemniakami i cebulą; a potem wróciła do kuchni, żeby zjeść ze mną.
Po chwili wszedł Pablo. Mama jadła udko, trzymając je w ręce, i w tym momencie upuściła je na talerz.
– Czy jest cytryna, Raquel? – zatrzymał się w drzwiach i uśmiechnął do mnie.
Mama zerwała się z miejsca, wzięła cytrynę z miski na owoce, położyła ją na talerzyku i podała Pablowi, nie patrząc na niego. Wrócił do salonu, żeby zjeść w otoczeniu drewnianych syren. Gdyby była tu Delia, jadłby z nią. Jaka ona jest? Po której stronie stołu siada?

5

Musiałyśmy się przenieść do Isla Negra, ponieważ kiedy zamknięto pasmanterię, mama została bez pracy. Próbowała się zatrudnić w piekarni, a nawet w sklepie rybnym. Miałam nadzieję, że jej nie przyjmą, bo nie zniosłabym w domu rybiej woni. Mama zawsze przesiąka zapachem rzeczy, wśród których pracuje: kiedy sprząta łazienkę, czuć ją wybielaczem, gdy obiera cebulę – cebulą, a kiedy robi pranie – mydłem, i to jest mój ulubiony zapach.
W dniu, w którym poszła szukać pracy w sklepie rybnym, czekałam na nią z niepokojem. Wróciła smutna, smutniejsza niż poprzednimi razy, i powiedziała: „Spróbujemy czegoś innego”. Zaproponowałam jej herbatę, a ona usiadła, nie zdejmując płaszcza ani butów na obcasie. Zmartwiona wodziła palcem po wzorze na obrusie. Nawet nie poszła do pokoju, żeby się ubrać „po domowemu”, jak to nazywała (w pantofle, sprane spodnie i starą koszulę męską, która być może kiedyś należała do mojego ojca).
– Tato nic ci nie zostawił? – przyszło mi do głowy pytanie.
Pokręciła głową.
W filmach kobiety dziedziczyły po mężach milionerach posiadłości i dostawały ubezpieczenia. Tato nie zostawił nam nic: ani zdjęć, ani pieniędzy. Ja nie miałam po nim nawet wspomnień. Zmarł, kiedy skończyłam zaledwie dwa miesiące.