Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„Góra śpiących węży” to refleksyjna i znakomicie napisana powieść o szukaniu własnych korzeni, przemilczanych krzywdach i rodzinnych zagadkach.


Góra śpiących wężyW „Górze śpiących węży” – kontynuacji „Tego lata, w Zawrociu” – Matylda musi jeszcze raz zmierzyć się z przeszłością i rozwikłać kolejną rodzinną zagadkę. Kim był jej ojciec, który zginął, gdy miała pięć lat? Dlaczego pamięć o nim została niemal całkowicie wymazana z rodzinnych opowieści, a pamiątki z tego okresu zamknięte na klucz w pawlaczu? Czy znalezione tam stare zdjęcia pomogą wyjaśnić tajemnicę jego śmierci?

Krok po kroku, ze strzępków wspomnień, urywków rozmów, których nie chce kontynuować jej matka, z historii osobliwej rodziny Malinowskich, z którą pozornie niewiele ją łączy, Matylda układa obraz swojej przeszłości, dzieciństwa i zawikłanych rodzinnych relacji. Nie spodziewa się, jak wiele demonów z przeszłości obudzi. A i teraźniejszość przyniesie niejedną niespodziankę… Im więcej faktów poznaje, tym więcej ma wątpliwości, czy zna tak naprawdę swoich najbliższych…

Refleksyjna i znakomicie napisana powieść o szukaniu własnych korzeni, przemilczanych krzywdach, a także o świecie teatru, głośnej i modnej Warszawie, o spokojnej prowincji, która jak każde miejsce na świecie ma też swoje sekrety.

Hanna Kowalewska – poetka i powieściopisarka. Ma w swoim dorobku także dramaty, słuchowiska i scenariusze filmowe. Autorka bestsellerowej serii o Zawrociu: „Tego lata, w Zawrociu”, „Góra śpiących węży”, „Maska Arlekina”, „Inna wersja życia”, „Przelot bocianów”, „Cztery rzęsy nietoperza”. Autorka wydała również kilka tomików wierszy, zbiór opowiadań i dwie powieści dla młodzieży. Czytelnicy cenią jej książki zwłaszcza za piękny i wysmakowany styl oraz poetycki klimat.

Hanna Kowalewska
Góra śpiących węży
Wydawnictwo Literackie
wydanie 2
Premiera: 13 lipca 2017
 
 

Góra śpiących węży


I. GUZIK OD MARYNARKI

1

Jesień, babko. Szary i zadeszczony listopad. Kilka tygodni nie zaglądałam do pamiętnika. Nie napisałam w nim ani jednego słowa – do ciebie, do Michała, do siebie. Dobrze mi było z wewnętrzną ciszą, z brakiem pytań i z tą dziwną pewnością, że mimo odejścia Michała i paru innych przykrych niespodzianek wszystko jest tak, jak powinno być.
Było, ale już nie jest. Zanim jednak do tego doszło, Zawrocie trwało we mnie jak słoneczna kryjówka, w którą można się wsunąć w każdym miejscu i czasie, niepostrzeżenie dla innych – w pół kroku, w pół słowa. Byłam tu, w mieście, i jednocześnie tam, za wysokim parkanem, wśród drzew, odurzona zapachem sierpniowego zmierzchu, otulona ciepłem płynącym z kominka i muzyką Pawła. Azyl. Ty też w nim byłaś, bezcielesna, ale wszechobecna, jak światło i cień, jak powietrze.
Co ty na to, babko? Nie jesteś zdziwiona? Oczywiście, że nie! Stare czarownice nie są skłonne do zdziwień. Zostawiłaś w Zawrociu część duszy – zdajesz się mówić. Dobrze, że w ogóle udało ci się stamtąd wyjechać. Stało się tak, bo sobie tego życzyłam. Gdybym miała inne plany…
No tak, to tylko słowa, babko – w dodatku pomyślane przeze mnie. Nie masz nade mną władzy, choć niewątpliwie jesteś, a raczej byłaś kimś w rodzaju czarownicy, cokolwiek to znaczy. Terminowałam u ciebie zeszłego lata. Nie zmuszałaś mnie zresztą do niczego. Przygotowałaś jedynie kilka pokus, i to takich, bym nie mogła się im oprzeć. Wystarczyłoby już samo Zawrocie, ten zakazany słodki owoc. A ty miałaś jeszcze w zapasie całą przeszłość, schowaną w kolejnych tomach pamiętnika, zamkniętą w kopertach i albumach ze zdjęciami – przeszłość, którą mogłam ożywić. I muzykę Pawła, uwięzioną w czarnym fortepianie, którą mogłam wypuścić. I jego samego w lepkim kokonie, tkanym przez ciebie wiele lat, który właśnie mnie pozwoliłaś rozerwać, jakby miał zaledwie strukturę pajęczyny. I Annę, tę zielonooką strzygę, niezbyt groźną przeciwniczkę, bym mogła zwyciężyć, a potem napawać się swoim sprytem i siłą. Jakie przyjemne lato, tyle zdarzeń, wszystkie po mojej-twojej myśli. Jaka udana współpraca. Ty w dodatku pozornie nieobecna, dyskretna aż do przesady, niebiańsko taktowna… Czyż więc mogłam się oprzeć? Oczywiście, że nie. Dzień po dniu niecierpliwie odkrywałam, jakie jest moje zadanie.
Mam wrażenie, babko, że wykonałam wszystko jak trzeba – zamiast twoich cienkich i siwych włosów zostawiłam w Zawrociu swoje jasne i błyszczące. Wywietrzyłam smutną woń umierania, rozwłóczoną po zakamarkach domu, a w zamian zostawiłam inne wonie – delikatny i jednocześnie drażniący zapach Anny, mocny zapach Michała i swój własny, trochę zmieniony przez słodkie wonie lata. W pokoju, tym z brzozą za oknem, na poduszce zostało płytkie wklęśnięcie – odcisk mojej głowy. Można tam znaleźć i inne magiczne rekwizyty – księżycowy strzęp paznokcia w poziomkowym kolorze, zapomniany kolczyk z malachitowym oczkiem, guzik od sukienki, tej, w której tańczyłam na przyjęciu u Anny. I nawet w sypialni, babko, gdzie zostało cię najwięcej, w zmiętej pościeli jest mój pot połączony z potem Michała. Tak właśnie miało być, nieprawdaż? I jeszcze mój głos zmieszany ze szczeknięciami Unty, rozwieszony jak pajęczyna wśród konarów lip. I śmiech Renée obok werandy. I Remi hałasujący w chaszczach. Życie. Nowe życie. Jakiekolwiek, byle nowe. Tego właśnie chciałaś. Nic więcej.
Ale zrobiłam więcej. Zostawiłam ci przecież Pawła. Siedzisz teraz przy kominku, grzejesz bezcielesne ręce, myśląc o nadchodzącej zimie. Wszystko ułożyło się dobrze, więc możesz sycić się zapachem sosny i skaczącymi po drewienku językami ognia. Może zresztą martwisz się, bo Pawła tak jakoś nosi po salonie. Czy to aby nie początek jesiennej depresji, na którą czasami zapadał w listopadzie? Ale przecież jeszcze nie czas. Więc to może jakaś melodia popycha go do wędrówki po pokoju, od ściany do okna i z powrotem, a potem koliście wokół fortepianu. A może to tęsknota za Anną każe mu wydeptywać ścieżki na parkiecie? Nie, raczej za kobietą – jakąkolwiek, za ciepłem i bliskością, której nie może dać cień kogoś z przeszłości.
Tak, to było przyjemne lato, muszę ci to przyznać. Tylko jak z takiego lata wyjechać? Z własnego domu, który dopasował się do właścicielki jak skorupka do ślimaka? Jak opuścić Kocię i psy? Czy wystarczy spakować starannie rzeczy, wziąć torbę, napakować do kieszeni i bagażnika samochodu pełne garście słonecznego pyłu, zamknąć drzwi Zawrocia, potem bramę, wsiąść do auta i odjechać jak gdyby nigdy nic?
Odjechałam. Nawet cieszyła mnie podróż. I to, że wjadę garbusem dziadka Maurycego w poprzednie życie, otworzę je małym płaskim kluczem, wejdę do przestrzeni nie za dużej, dobrze znanej, rozpakuję torbę, upchnę rzeczy na półce, wspomnienia wcisnę gdzieś w zakamarki pamięci, a słoneczny pył wszędzie, gdzie się da, w każdą szparkę, w każdy kątek. I wszystko będzie jak dawniej, tyle tylko że przyprószone owym pyłem, pachnące nieznacznie minionym latem – słodki miodowy zapach, tylko dla wtajemniczonych, i trochę blasku w każdej zwykłej rzeczy, też tylko dla wtajemniczonych.
To był dobry plan, babko, choć nierealny. Wiedziałam o tym. I jednocześnie nie wiedziałam. Kobietom stale przydarzają się takie rzeczy. Mieszkanie dało się otworzyć, a poprzednie życie nie do końca – wokół śpieszyło się już jesienne miasto, Michał oddalał się z prędkością światła do innej czasoprzestrzeni, w której świeciła kometa ze złotym warkoczem, matka i Paula czekały na mnie półobrażone, jakbym wracała z wrogiego królestwa, pojednana w dodatku z nieprzyjacielem. Spadek! Co za anachronizm. Posiadłość! Testament! Zawrocie! To się nie miało przydarzyć – w każdym razie żadnej z nas. Nikt na to nie liczył. Ani nie marzył. Ani nawet sobie nie życzył. Tego miejsca nie było na mapie naszego świata. Jak można dostać coś, co nie istnieje? Jak można tam spędzić tyle tygodni, w tej wyklętej przestrzeni, pełnej twoich, babko, śladów? I zadzwonić stamtąd tylko raz, a więc jakby wcale. I nie napisać – bo te dwie krótkie kartki z widokiem ryneczku przecież się nie liczą…

2

Nie po to jednak, babko, otworzyłam ponownie pamiętnik, by zastanawiać się nad nie najłatwiejszym powrotem z Zawrocia, choć i to będę musiała ci potem opowiedzieć. Guzik od marynarki – szary i niepozorny… No tak, ta historia nie należy do ciebie. I pewnie nawet nie będziesz miała ochoty jej słuchać. Muszę przyznać, że i ja nie miałam zamiaru się w nią zagłębiać. Broniłam się, jak długo było to możliwe – przekonana, iż wiem o przeszłości dostatecznie dużo, by przestać się nią interesować. Ułożyłam sobie przecież wszystko zeszłego lata, dobrałam puzzle, poskładałam, co było do poskładania. Wyszedł z tego nie najgorszy landszaft – o dziwo, dużo światła, więcej sielanki niż dramatu, a więc w sam raz. Zawsze wolałam oglądać komedie. Wprawdzie samo zakończenie okazało się bardziej tragikomiczne niż komiczne, ale przecież daleko mu było do prawdziwej tragedii. Poza tym podobało mi się, babko, ostatnie zdanie w pamiętniku. Zaglądałam czasem na tę stronę i przypominałam sobie moment, gdy po rozstaniu z Michałem stałam sama na skraju ulicy, wymywana od środka przez deszcz, wczesnojesienna. Po takim czymś może być już tylko lepiej – myślałam, przewracając kartkę, i patrząc na czystą stronę, której nie miałam zamiaru zapisać. Żyć. Zostawić wreszcie przeszłość. I zostawić zdania, coraz okrąglejsze i gładsze, i całe akapity, i dni w nich zastygłe. Zapisywanie to uśmiercanie teraźniejszości. Więc żyć. Żyć!
Przeszłość ma jednak, babko, w nosie takie postanowienia. Telefon, koperta bez zwrotnego adresu, fotografia na dnie szuflady, znajoma twarz na końcu ulicy, głupi, niedobry sen, posklejany ze strzępów niepamięci, guzik znaleziony przy sprzątaniu, który przypomina tamten dawny guzik… Przeszłość jest jak wirus, lubi wilgoć, zimno, depresję i starość. Obrazy namnażają się, zasłaniając rzeczywistość. Coraz więcej zamyśleń. Drażliwość. Zgubił się jakiś kawałek czasu, może nawet cały kawał, tak czujemy, zgubił się. Pewnie to ten lepszy kawałek. A może gorszy, najgorszy z możliwych? Nie, lepiej tego nie ruszać. Ale jak nie ruszać, gdy znowu guzik, już drugi w tym miesiącu, tym razem na ulicy, ten sam kolor i kształt, jakby był od tamtej marynarki, choć to przecież niemożliwe.
A wszystko przez to, że teraźniejszość jest dziurawa – pęknięcia, szczeliny, powietrzne zakładki, w których często coś się gubi, czasami nawet człowiek. Tak mówił Filip, mój świrnięty mąż, niedługo przed tym, jak sam wyszedł przez okno i zniknął za jedną z takich zakładek. Miał rację! Teraźniejszość jest naprawdę dziurawa jak dziadowska kieszeń. Czasami przez te dziury można zobaczyć coś z tego, co było albo będzie. To też koncepcja Świra. Właśnie w Zawrociu nauczyłam się zaglądać w owe szczeliny i ze starych fotografii, rys na podłodze i pożółkłych listów domyślać się przeszłości. Nauczyłam się w dodatku ją cenić. Choć naiwnie myślałam, że wiem o niej dostatecznie dużo. Syciłam się tą swoją wiedzą jak owocem bez pestek – trochę bezmyślnie i leniwie, wybierając słodsze kawałki i myśląc, że zawsze będę mogła je wybierać.
Złudzenia. Przeszłość jest taką samą tajemnicą jak przyszłość. Potrafi fascynować i boleć, pachnieć młodością albo śmierdzieć truchłem. I wraca, kiedy chce – jakby wszędzie czyhały na nas czasowe pętle, świetliste lub mroczne zaułki, zawsze te same i zawsze inne. Wszystko zależy od tego, jak głęboko się w nie zapędzimy, jak uważnie przyjrzymy się temu, co kryją. Za każdym razem widzimy inaczej. Nasze oczy są jak lustra, na których osiada mgła czasu, przetarte niedokładnie brudną ścierką teraźniejszości. To ona nas zmienia, a wraz z nami zmienia się także obraz przeszłości.
Guzik od marynarki… No tak, właściwie od początku powinnam zwrócić się do kogoś innego – wiesz, babko, do kogo. Nawet próbowałam to zrobić, jednak okazało się, że nie potrafię. Na razie jest imieniem i paroma kadrami z przeszłości, w dodatku kadrami przez ciebie znienawidzonymi. Jak się pomieścicie obok siebie na tych samych stronach? Jak wytrzymacie wzajemną obecność? Jak zniesiesz to zwłaszcza ty, nienawykła do ustępowania komukolwiek? Wyobrażam sobie, jak wydymasz pogardliwie usta, jak wzruszasz ramionami i gniewnie stukasz swoją laską. Opowiadać to mnie? – pytasz. Wydaje ci się, że to zniosę? Na jakiej podstawie tak sądzisz? Niebiański dystans? Bzdura! Nic takiego nie istnieje, bo gdyby istniało, niebo byłoby piekłem.
A jednak postanowiłam ci wszystko opowiedzieć. Chcę się przyjrzeć tej historii nie tylko swoimi oczyma. Potrzebny mi twój dystans i zdrowy rozsądek, babko, a także twoja niechęć do tamtych spraw. Jesteśmy jak dwa niezbyt dokładne zwierciadła – ja wszystko nadmiernie wygładzam, ty wykrzywiasz. Prawda jest gdzieś pomiędzy.

II. KOCHANA RODZINKA

1

A koniec lata? Najpierw musiałam stawić czoło rodzinie. Za sprawą twego testamentu, babko, Zawrocie ponownie weszło w nasze życie. Twój dar nie został niestety doceniony – może dlatego, że to właśnie ja go dostałam. Cała sytuacja najbardziej dotknęła Paulę. To zrozumiałe, czuła się pominięta, a to nie jest stan, z którym umiała sobie radzić. Matka zaś była pełna sprzecznych uczuć, choć jak zwykle starała się ich nie ujawniać. Nie bardzo zresztą wiedziała, jak powinna reagować – na twoją śmierć, na to, że właśnie mnie przypadło Zawrocie, że je wzięłam, nie pytając nikogo o zdanie, by potem posiadłość zostawić Pawłowi i wrócić do miasta. Ojczym zawsze uważał mnie za wariatkę, więc niczemu się nie dziwił. A nie mówiłem! – powtarzał tylko zapewne przy każdej okazji, bo lubił mówić o mnie źle, i w dodatku uwielbiał mieć rację.
Tak więc ani twój, babko, ani mój postępek nie mieścił im się w głowach. I matka, i Paula chciały teraz dostać Zawrocie w swoje ręce, sprzedać po kawałku, zniszczyć raz na zawsze, by nie została po nim nawet nazwa. Właściwie miałam szczęście, że Paula nie znała swojej ciotecznej siostry Emili. Ona też miała podobne pragnienia. Nie znały się jednak i nie chciały poznać. I bardzo dobrze, bo inaczej los Zawrocia mógłby zawisnąć na włosku.
Gry domowe – pretensje, szukanie winnego, pilnowanie, by nikt nie wymknął się z pęt obowiązujących schematów i przyzwyczajeń. Przez parę ostatnich lat wydawało mi się, że kochana rodzinka niemal zapomniała o moim istnieniu. Nagle okazało się, jak bardzo się łudzę. Twoja decyzja, babko, naruszyła schemat. Z Zawrociem już nie byłam dawną Matyldą, tym ciężarem i kłopotem, z którym nie wiadomo co zrobić, popłuczynami po dawnym szczęściu i przeszkodą w nowym. Z Zawrociem już nie byłam taka nieudana i pechowa. Ani taka lekkomyślna jak dotąd. Tak, z Zawrociem byłam kimś innym i rodzina koniecznie chciała się dowiedzieć kim.

2

Najpierw zjawiła się Paula. Przez chwilę patrzyłam na nią twoimi oczyma. W końcu ona także była twoją wnuczką. Musiałaś przed śmiercią myśleć o niej równie często jak o mnie. Być może nawet zastanawiałaś się, czy to nie jej oddać Zawrocie. Czemu właściwie ze mną przegrała? Jak wiele przemawiało za nią? Wygrałam o włos czy może wyprzedziłam ją zdecydowanie? Liczyła się do końca czy odrzuciłaś jej kandydaturę na samym początku?
No tak, uwielbiam pytania, na które nie ma odpowiedzi. Wydawało mi się, że znam cię już dostatecznie dobrze, babko. Teraz okazuje się, że nie na tyle, by wiedzieć, co myślałaś o Pauli. Czy nie bardziej niż ja pasowałaby do odegrania roli pani na Zawrociu? Na pewno dorównuje ci pod względem wysokiego mniemania o sobie, kapryśności i egoizmu, ale przecież nie szukałaś duplikatu. Oddanie Zawrocia Pauli oznaczałoby w dodatku przekazanie go w strefę wpływu jej ojca, a to na pewno wydawało ci się nie do przyjęcia. Mąż Pauli też był niewiadomą. Tak więc ci, którzy ją kochali i wspierali, ten jeden raz okazali się zbędnym balastem, nieprawdaż? Poza tym Paula nie podzieliłaby się Zawrociem z nikim, a więc i z Pawłem. Pewnie by go tam nie wpuściła. A jeśli nawet, to z wielką łaską i tylko po to, by napawać się triumfem.
Popatrzyłam też na Paulę od jej strony. Co bym teraz czuła, gdybyś to jej dała Zawrocie? Gniew? Żal? Zazdrość? To na pewno nie byłyby dobre uczucia. Nie chodziłoby nawet o samo Zawrocie, ale o odpowiedź na pytanie: dlaczego nie ja? Nie zasłużyłam? Nie byłam dość dobra dla ciebie, babko? Która wada, jaka cecha charakteru zdecydowała o wyborze? Nawet jeśli był to zwykły kaprys, czemu nie mnie się przysłużył?
Pytania. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że będę musiała Paulę zranić, mimo że już ty, babko, ją zraniłaś. I wiedziałam, że nie ma innego rozwiązania, jeśli chciałam ocalić Zawrocie.
Paula jednak nie wyglądała na szczególnie obolałą. I nie zamierzała skapitulować. Chwilowe niepowodzenia nigdy jej nie zniechęcały. Tak o tym myślała – chwilowe niepowodzenie. Co tam stara, stetryczała babka! Kto by się zastanawiał nad jej paranoicznymi decyzjami. Są, jakie są. Przeszłości nie można zmienić, ale zawsze można coś zrobić z teraźniejszością i przyszłością. Nazywała to odkręcaniem. Zawsze można było sprawę odkręcić. Umiała to robić, a przynajmniej tak jej się wydawało.
Tak więc Paula przyszła odkręcić to, co ty zakręciłaś nie po jej myśli. Najpierw rozejrzała się po pokoju, ale nie zobaczyła żadnych rzeczy z Zawrocia. Trochę ją to rozczarowało, ale nie na tyle, by wyprowadzić ją z równowagi. Zajrzała jeszcze do kuchni pod pretekstem nagłego pragnienia, ale i tam nic nie znalazła. Wzięła więc mineralną i szklankę, sama sobie nalała, a potem rozsiadła się na tapczanie.
– Długo tam byłaś – powiedziała bez wstępu. – Ja nie mogłabym w Zawrociu spędzić nawet godziny. Nie sądzę, by ta stara jędza wyprowadziła się stamtąd po śmierci.
– Też miałam takie wrażenie.
– Wrażenie? – Paula aż się wzdrygnęła.
– Zachowywała się jednak poprawnie – zapewniłam ją, usiłując powstrzymać uśmiech. – Żadnego stukania laską, przesuwania przedmiotów, straszenia po nocach. Lubiła się tylko bawić ogniem w kominku. Bardzo miła staruszka.
– Staruszka? – oburzyła się Paula. – Raczej starucha! Albo wiedźma! To zresztą nieważne. Była, minęła. Sprzedałaś, tak? – Nie czekała na odpowiedź. – To dobre rozwiązanie. Wiem, że nie jesteś sknerą i podzielisz się pieniędzmi z mamą i ze mną. Wszystkim nam się należy ta forsa, bo nigdy nic od babki nie dostałyśmy. Dużo tego jest? Zamierzamy z Zygmuntem zmienić dach i ogrodzenie. Babka zwinęła się w bardzo dobrym momencie.
– Nie sprzedałam.
– No tak, trudno taką posiadłość opchnąć od razu, ale zamierzasz? – Było to bardziej stwierdzenie oczywistego faktu niż pytanie.
– Nie zamierzam.
– Jak to? – Paula zastygła z przechyloną szklanką w ręku.
– Wylejesz. – Zabrałam jej naczynie.
– No więc? – pytała z napięciem.
– Nie zamierzam. Mieszka tam teraz Paweł.
– Wynajęłaś mu?
– Nie. Oddałam.
Paula przez chwilę siedziała nieruchomo, prezentując malownicze osłupienie.
– Oddałaś? – wykrztusiła w końcu. – Ale chyba nie notarialnie.
– Nie. Czy to coś zmienia?