Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„Drugi koniec świata” to opowieść o tym, że nic nie jest nam dane na zawsze, o dziedzictwie, które nieświadomie w sobie nosimy, o przemijaniu i przebaczeniu.


Drugi koniec świataJest rok 1938. W Mirabilii pod Nowogródkiem mieszkają obok siebie Polacy, Białorusini, Tatarzy i Żydzi. Są wśród nich gospodarze, jest pisarz ikon, żydowski skryba, szeptucha i jurodiwy. I dwie siostry – Olga, która chce tylko przyzwoicie przeżyć swoje życie, oraz Joanka, marząca o tym, by zostać aktorką. Świat, który miał trwać wiecznie, nieoczekiwanie kończy się we wrześniu 1939 roku, gdy do Nowogródka wkraczają Rosjanie.

Kilkadziesiąt lat później, we współczesnej Warszawie, poznajemy Joasię, wnuczkę jednej z sióstr. Skończyła właśnie wydział aktorski i walczy o pracę w zawodzie. Śni jej się wielka kariera, a tymczasem nie zawsze stać ją na opłacenie czynszu. Nieoczekiwanie otrzymuje propozycję zagrania epizodu w filmie fabularnym. Wszystko jednak przebiega zupełnie inaczej, niż przypuszczała…

***

„Drugi koniec świata” to opowieść o pasji i sile przetrwania na przekór wszystkiemu, o sztuce i miłości, o naszej bezradności wobec zła i ulotności istnienia. Czy sami kształtujemy nasz los, czy jest on już zdeterminowany genami, miejscem i czasem urodzenia?

Przedwojenny Nowogródek i tętniąca życiem współczesna Warszawa – w nowej powieści Małgorzaty Sobieszczańskiej te światy doskonale się przeplatają.

Autorka po raz kolejny udowadnia, że jak mało kto potrafi pisać o ludziach, ich sile, wytrwałości, marzeniach i namiętnościach.

***

Małgorzata Sobieszczańska – scenarzystka i była dziennikarka. Pracowała między innymi w radiu TOK FM, stacji Canal+, TVP, miesięczniku „Cinema”. Studiowała na wydziale aktorskim warszawskiej szkoły teatralnej, ale po roku zrezygnowała. Absolwentka Wiedzy o Teatrze w warszawskiej Akademii Teatralnej oraz Studium Scenariuszowego w Łódzkiej Szkole Filmowej. Jest współautorką scenariusza filmu fabularnego „Anioł i pies”, który znalazł się w finale konkursu Hartley-Merril. Film – pod tytułem „Zwyczajna sprawa” – został zrealizowany na Ukrainie (reżyser Walentyn Wassjanowycz), premierę miał w 2013 roku. Kolejny scenariusz filmu fabularnego, którego jest autorką – „Zgoda” – otrzymał nagrodę w konkursie Script Pro w 2012 roku. W 2016 roku film zdobył nagrodę „First Look” na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Locarno dla filmu polskiego w postprodukcji. Autorka scenariuszy seriali telewizyjnych, a także słuchowisk radiowych. Współtworzyła serię książek dla dzieci: „Książka do nieczytania”, „Książka do nieczytania 2”, „Książka do nieczytania 3” (ukazała się z audiobookami „Pippi Pończoszanka”), „Książka do nieczytania 4” (z audiobookiem „Dzieci z Bullerbyn”). Zagrała Mewę w głośnym filmie Agnieszki Smoczyńskiej „Córki Dancingu”. Za swoją pierwszą książkę „Z ostatniej chwili” otrzymała nagrodę w kategorii debiut podczas gali nagrody Wielkiego Kalibru (2015). Jej druga książka „Kilka dni lata” (wydana w WLu w 2015) została gorąco przyjęta przez czytelników.

Nowa powieść autorki bestsellerowych „Kilku dni lata”.

Małgorzata Sobieszczańska
Drugi koniec świata
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 6 lipca 2017
 
 

Drugi koniec świata


6.

Zimę i wiosnę trzydziestego dziewiątego roku Joanka spędziła z Olgą w Nowogródku. Kilka lat wcześniej rodzice kupili niewielkie mieszkanie przy ulicy Sportowej, blisko rynku, by córki mogły bez przeszkód chodzić do swoich szkół. Przez ostatnie dwa lata mieszkały tu z Weronką, tego roku Olga dostała w styczniu pracę sekretarki w Urzędzie Wojewódzkim i rodzice uznali, że jest wystarczająco dorosła, by samodzielnie opiekować się młodszą siostrą. Sami zostali na zimę w Mirabilii. Jeśli tylko pogoda pozwalała, w sobotę Kazimierz przyjeżdżał po córki i odwoził je z powrotem do mieszkania w Nowogródku w niedzielę po mszy. Joanka była zachwycona, mogła bez przeszkód i ciekawskiego ucha Helki ćwiczyć z Olgą fragmenty nie tylko Księcia niezłomnego, ale także Szekspirowskiego Hamleta czy Fausta Goethego. Olga lubiła te wieczory ze wspólną recytacją. Joanka wybierała bohatera i domagała się, by Olga czytała kwestie pozostałych postaci. Wkrótce obie znały dramaty na pamięć. Czasami wpadała do nich Lilka, przyjaciółka Olgi, zawsze elegancka i pełna najnowszych wiadomości o tym, kto z kim zamierza się żenić i jakie kapelusze są najmodniejsze w tym sezonie w Warszawie. Olga nie interesowała się modą, plotki też puszczała mimo uszu, ale towarzystwo Lilki sprawiało jej przyjemność, bo przyjaciółka była wesoła, pogodna i ogólnie życzliwa światu. Kiedy dowiedziała się, że Joanka chce zostać aktorką, natychmiast uznała, że musi się tym zająć. Aktorki po pierwsze i najważniejsze, zdaniem Lilki, są zawsze dobrze ubrane. Przerabiała więc dla Joanki swoje stare sukienki, znajdując w tym zajęciu sporo frajdy. A Joanka była wdzięcznym modelem, szczupła i drobna, poddawała się Lilce bez zastrzeżeń. Wkrótce szafa w pokoju Joanki była pełna sukienek jasnych, ciemnych, wieczorowych, popołudniowych, letnich i zimowych.
Joanka postanowiła, że w tym roku na świadectwie będzie miała wyłącznie oceny bardzo dobre. Do tej pory na ocenach jako takich jej nie zależało, teraz miały udowodnić rodzicom po pierwsze, że może mieszkać sama z Olgą, a po drugie miała nadzieję, że dzięki nim może nie będą tak protestować, gdy w październiku pójdzie na spotkanie z Juliuszem Osterwą. Do tematu jej przyszłości ani Weronka, ani Kazimierz przezornie nie wracali, mając cichą nadzieję, że córka sama o nim z czasem zapomni. Mogli jeszcze przymknąć oko na udział Joanki w wystawianych w Białej Farze jasełkach, w których grała Marię, mogli ostatecznie zaakceptować to, że ich córka recytuje poezję Mickiewicza w otwartym niedawno muzeum poety, ale z całą pewnością gdyby dowiedzieli się, że Joanka poważnie przygotowuje się na spotkanie z Osterwą, wzbudziłoby to ich zdecydowany sprzeciw. Joanka tymczasem z trzpiotowatej stała się poważna i znacznie bardziej powściągliwa w okazywaniu uczuć i emocji, czytanie dramatów i studiowanie książki Stanisławskiego pochłaniało ją na tyle, że razem ze szkołą i udziałem w amatorskich akademiach nie zostawiało czasu na nic innego.
Tak nadeszło lato. Joanka po odebraniu świadectwa wróciła do Mirabilii, Olga została w mieście sama. Mieszkanie bez siostry zrobiło się puste, wieczory samotne, kiedy więc Lilka oświadczyła, że organizuje wieczorek taneczny, przyjęła zaproszenie z ochotą. Nawet poświęciła więcej czasu na przygotowanie, wybrała jedną z sukienek Joanki, letnią, nieco za dużą na siostrę, dla niej zaś wystarczająco odpowiednią, zakręciła wałki na włosach, które na co dzień spinała w kok, a tym razem rozpuściła na ramiona. Przyszła wcześniej do Lilki, by pomóc jej w przygotowaniach, ale okazało się, że wszystko jest już gotowe, przyjaciółka natomiast uznała, że koniecznie musi jej zrobić makijaż. Olga broniła się nieudolnie i za mało stanowczo, została posadzona na krześle, a Lilka kilkoma sprawnymi ruchami zmieniła jej twarz, podkreślając brwi i wydłużając rzęsy. Olga nie była klasyczną pięknością jak jej młodsza siostra, miała surowe rysy, głęboko osadzone oczy, wyraźne kości policzkowe, nieduży, dość ostry nos i wąskie usta. Nie przyglądała się nigdy sobie, uznając to za stratę czasu. Ale po poprawkach Lilki musiała przyznać, że wyglądała przynajmniej interesująco.
Wkrótce przyszli goście. Olga wszystkich znała, niektórych całkiem dobrze, innych przelotnie. Lilka włączyła płytę, rozległ się głos Wiery Gran, śpiewającej Tango Notturno. W salonie, z którego usunięto meble, tworząc miejsce do tańca, zawirowały pierwsze pary. Olga odsunęła się pod ścianę, blisko okna, odmówiła tańca Antkowi, koledze z pracy, wymawiając się bólem głowy, wolała się przyglądać, niż brać udział w zabawie. Wciąż przychodzili nowi goście, w salonie zrobiło się gwarno, hałaśliwie, ktoś przesunął igłę na płycie w gramofonie, ponownie rozległy się dźwięki tanga: „o tobie śniłam wciąż, kiedy tango notturno cicho brzmiało z oddali, niosąc tęskną swą pieśń”… I wtedy go zobaczyła. Stał w drzwiach salonu, rozglądając się leniwie. Mimo że widziała go tylko raz i od tego czasu minęło kilka miesięcy, natychmiast go rozpoznała. Ręce trzymał w kieszeniach, patrzył na wszystkich z nieukrywanym lekceważeniem. Zatrzymał na chwilę wzrok na Oldze, ale nic nie wskazywało na to, by ją poznał, obojętnie spojrzał w drugą stronę. Olga odwróciła się szybko, jej oddech zrobił się płytki. Co on tutaj robił? Skąd się wziął?
– Zatańczymy? – usłyszała nagle.
Stał tuż przy niej.
– Głowa mnie boli.
Złapał ją stanowczo za łokieć i wyciągnął na środek salonu. Szarpnęła się, ale trzymał ją silnie.
– Po co przyszłaś tu z bólem głowy?
Poddała się, nie chciała robić zamieszania. I tak zauważyła, że kilka osób, w tym Lilka, zerka ciekawie w ich stronę. Zacisnęła wargi.
Tańczył świetnie, znacznie lepiej niż ktokolwiek, kogo znała, ciekawe, gdzie się tego nauczył, pomyślała. Kiedy tango dobiegło końca, zdecydowanie odsunęła się, bez słowa odwróciła i odeszła. Nie oglądając się za siebie, opuściła mieszkanie Lilki.
Dopiero gdy znalazła się na ulicy, odetchnęła. W ciemności rozjaśnionej światłem latarni rozlegały się śmiechy, muzyka i toasty. Zbliżał się koniec sierpnia i mieszkańcy Nowogródka, na przekór alarmującym artykułom w gazetach i wiadomościom w radiu, hucznie się bawili, świętując zakończenie wakacji.
– Zabawa jeszcze się nie skończyła – złapał ją mocno za ramię.
Podskoczyła spłoszona. Nie zauważyła go wcześniej, musiał wybiec za nią. Spojrzała mu w oczy.
– Dla mnie tak.
– Co z tobą nie tak?
– Ze mną? Może z tobą?
Uniósł brwi. A potem przyciągnął ją zdecydowanie i znowu próbował pocałować. Wyrwała mu się.
– Nie rozumiesz słowa „nie”?!
Na szczęście dla niej ktoś akurat wyszedł z domu, przy którym stali. Puścił ją. Oczy zwęziły mu się ze złości. Odepchnął ją.
– Jeszcze będziesz mnie prosić, żebym cię chciał.
Odwróciła się i odeszła. Czuła się okropnie, upokorzona i bezradna. Zagryzła mocno wargę.
Wróciła do mieszkania przy Sportowej, ale nie zapaliła światła. Siedziała po ciemku, usiłując opanować wzburzenie. I zrozumieć, dlaczego czuje się aż tak poruszona. Jak to możliwe, że jednocześnie fascynował ją i wywoływał odrazę. Jego dotyk sprawiał jej przyjemność i zarazem wzbudzał wstręt. Czy można kogoś w tym samym czasie pragnąć i odczuwać do niego niechęć? Nie potrafiła rozeznać się w swoich uczuciach, czuła wewnętrzny chaos. Postanowiła o nim zapomnieć. Tak, tak właśnie zrobi. Olga zdecydowanie wstała, weszła do łazienki i dokładnie umyła twarz, chcąc zmazać wspomnienie obu spotkań.

*

Na ścianie wisiał wielki portret Włodzimierza Iljicza Lenina, którego podobiznę znało każde dziecko w utworzonym zaledwie kilkanaście lat wcześniej Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. On pierwszy rzucił się w oczy Joachimowi, gdy wszedł do sali. Nieopodal portretu stał obecny przywódca kraju, rozglądał się zadowolony, sumiaste wąsy poruszały się, gdy zabierał głos, Joachim nie mógł oderwać od niego wzroku. Imponował mu i napawał niechęcią zarazem. Jako sprzymierzeniec był jednak nie do przecenienia. Ruszył w stronę stołu, przy którym czekał na niego premier i komisarz spraw zagranicznych, Wiaczesław.
Joachim sztywno podał mu dłoń. Wiaczesław stanowił jego całkowite przeciwieństwo: niższy, dość pulchny, z okrągłą, uśmiechniętą twarzą, wąsami, które strzygł na podobieństwo przywódcy swojego kraju, przywodził na myśl tych wszystkich wujków, którzy pobłażliwie i dobrotliwie poklepują po ramieniu, pytając „co w szkole”, a potem nie słuchają odpowiedzi. Joachim i Wiaczesław dyskretnie lustrowali się nawzajem, w ich spojrzeniach – na przekór słowom o przyjaźni i współpracy – czaił się lęk i pogarda. Dzieliło ich wszystko – narodowość, pochodzenie, mentalność – połączyła ta jedna sierpniowa noc w Moskwie. Wiaczesław, syn rosyjskiego kupca, wskazał Joachimowi, synowi pruskiego podpułkownika, miejsce przy stole, podał mu z uśmiechem długopis.
Żadnemu nie zadrżała dłoń, gdy podpisywał dokument eufemistycznie nazwany „paktem o nieagresji”, który w praktyce dawał przyzwolenie na agresję właśnie. Tym samym Joachim von Ribbentrop i Wiaczesław Mołotow przypieczętowali los milionów obcych sobie ludzi.

*

– Wyszłaś wczoraj tak szybko, nawet nie zauważyłam kiedy. – Lilka wpadła koło południa, jak zawsze w świetnie dobranej sukience i nienagannym makijażu.
Olga wstawiła wodę na piec, zapałki się kończą, zauważyła, musi kupić nową paczkę. Przygotowała dzbanek na kawę i dwie filiżanki. Na koszulę nocną miała narzucony naprędce szlafrok. Całą noc przewracała się w łóżku, zasnęła dopiero nad ranem, obudziło ją nadejście przyjaciółki.
– Głowa mnie rozbolała.
– Kto to był? Ten chłopak, z którym tańczyłaś? – chciała wiedzieć Lilka.
Olga spojrzała zdumiona.
– Myślałam, że ty będziesz wiedziała? W końcu to twój gość.
– Nie mam pojęcia, kto go przyprowadził. Pytałam chyba już wszystkich.
– To skąd się wziął?
Lilka wzruszyła ramionami.
– Pierwszy raz w życiu go widziałam. Przystojny, prawda?
– Tak sobie.
Lilka uśmiechnęła się i pokręciła głową.
– Oj, przystojny, nie powiesz chyba, że tego nie zauważyłaś. Szkoda, że wyszedł tak wcześnie… Nie zdążyłam z nim porozmawiać. Chętnie dałabym się zaprosić na kawę.
Lilka dość lekko, by nie powiedzieć frywolnie, traktowała chłopców, dawała się zapraszać do kawiarni albo do kinoteatru, a potem równie lekko odmawiała kolejnych spotkań. Traktowała to trochę jak sport, lubiła czuć się adorowana, podziwiana, uwielbiała, gdy stali pod jej domem, podrzucali listy i drobne podarunki. Czasami wzdychała, że chciałaby się wreszcie zakochać, tak naprawdę, na poważnie, żeby zapomnieć przy kimś o całym świecie.
– Lepiej nie.
– Dlaczego?
– Nie wiem. Czuję, że trzeba trzymać się od niego z daleka.
Lilka machnęła lekceważąco ręką.
– Przesadzasz – i natychmiast zmieniła temat, zniżając głos. – Wyobraź sobie, że Michał…
Sąsiad Lilki od lat beznadziejnie się w niej kochał, a ona konsekwentnie go odrzucała. Nie było w tym nic dziwnego, Lilka była córką zamożnych ziemian, właścicieli dwóch wsi, a Michał – synem dozorcy. Na początku ją adorował i próbował zaprosić do kawiarni, kiedy odmawiała, zmienił taktykę. Chcąc, by go zauważyła, postanowił, że będzie jej utrudniał życie. Poprzedniej nocy wparował na przyjęcie z policjantami, twierdząc, że sąsiadka prowadzi nielegalną sprzedaż alkoholu.
– Poczęstowaliśmy ich winem, a z jednym zatańczyłam walca i dałam się zaprosić dziś na kawę. – Spojrzała na zegarek i otworzyła szeroko oczy. – Co?! Już pierwsza? Lecę, pewnie na mnie czeka!
Lilka wybiegła, powietrze, które zawirowało podczas jej obecności, ponownie znieruchomiało. Woda na piecu nareszcie się zagotowała.
Olga miała nadzieję, że nieznajomy więcej się nie pojawi i nie będzie się tłumaczyła Lilce ze swoich, przeczuć. Tak, na pewno więcej go nie zobaczy, pomyślała, zalewając kawę w dzbanku. Pomodli się o to w Białej Farze.

*

Joanka tego lata nie miała nic przeciwko zajęciom w gospodarstwie, szukała samotności, by w spokoju uczyć się kolejnych wierszy. I tak sadząc buraki, powtarzała Mickiewicza, wyrywając chwasty spomiędzy marchewek, mówiła wierszami Słowackiego, pieląc kapustę, recytowała Puszkina. Tego ranka, kiedy Lilka odwiedziła Olgę, ona prowadziła krowy z obory na pastwisko. Idąc za nimi z witką w jednej ręce, drugą wygrażała w stronę niewidzialnego rozmówcy, cytując Goethego.

„Jeśli się kiedyś w gnuśnym śnie pogrążę,
To niech przepadnę w jednej chwili!”[3]

Gdzie leziesz?
Jedna z krów, spłoszona jej gniewnym tonem, zrobiła znienacka krok w bok, prosto w porzeczki.

„Jeśli mnie kłamstwem w wir rozkoszy wciągniesz!”…

Joanka szła dalej, a tymczasem jej podniesiony głos obudził śpiącego w krzakach porzeczek mężczyznę. Rozglądał się, nie rozumiejąc, co też przerwało mu drzemkę.

„Jeśli pochlebstwem zdołasz tak mnie zmylić,
Że zacznę się zachwycać sobą samym”…

Dopiero teraz zauważył odchodzącą drogą Joankę. Starał się nie oddychać, by nie odkryła jego obecności. Z przedstawienia, którego stał się nieoczekiwanym widzem, nie chciał uronić ani słowa.

„To dokąd zechcesz, za tobą podążę!”

Z wyciągniętymi w górę dłońmi wyglądała niczym anioł gniewu. Uśmiechnął się do siebie, gdy to porównanie przyszło mu do głowy. W ogóle cała sytuacja wydała mu się absurdalna i zabawna jednocześnie. W całym swoim życiu nie spotkał jeszcze pastuszki recytującej wiersze krowom.
– No, gdzie idziesz?!
Joanka zmieniła ton głosu i uderzyła lekko witką w bok krowy, która skręciła w stronę rosnących w rowie kwiatów. Mężczyzna czekał, aż dziewczyna zniknie z krowami za zakrętem. Dopiero wtedy odważył się nabrać powietrza i powoli wstał, wytrzepując z włosów trawę i gałązki.
Ruszył w przeciwną stronę niż Joanka z krowami, przeciął placyk, przy którym stała kaplica i skręcił w stronę domu Anastazji. Nie pukając, nacisnął klamkę i wszedł do środka. Anastazja kręciła się po kuchni, przygotowując obiad. Mężczyzna stanął w drzwiach, oparł się o framugę. Anastazja odwróciła się i gdy go zauważyła, z wrażenia wypadł jej z ręki nóż.
– Andriusza… – wyszeptała. – Przestraszyłeś mnie.
Usiadł przy stole.
– Głodny jestem.
– Miałeś tu nie przychodzić.
– Poczęstujesz mnie obiadem?
Anastazja przyglądała mu się z wahaniem. Po chwili sięgnęła po talerz, nałożyła porcję kartofli, do kubka nalała mleko.
– Dziękuję, babciu – uśmiechnął się kwaśno, sięgnął po łyżkę i zabrał się z zapałem do jedzenia.