Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„Wstrząsające dzieło kulejącego geniusza” to Fabularyzowany pamiętnik Dave’a Eggersa opowiadający o jego życiu po stracie rodziców, którzy w niewielkim odstępie czasu zmarli na raka.


Wstrząsające dzieło kulejącego geniuszaOsierocony dwudziestojednoletni chłopak szybko musiał dorosnąć i zaopiekować się ośmioletnim bratem, Tophem.

Ich wspólne zwariowane życie przepełnione jest braterską miłością. Dave wypróbowuje przeróżne metody wychowawcze, wszystkie wyjątkowo kuriozalne. Raz w tygodniu pozwala sobie spędzić wieczór poza domem, co wiąże się z katastroficznymi wizjami śmierci brata z rąk wynajętych opiekunów.

Aby związać koniec z końcem, ima się różnych zajęć: maluje meble, przygotowuje szatę graficzną i ilustracje dla pewnego tygodnika, ale nie bez znaczenia dla domowego budżetu jest również zapomoga z opieki społecznej.

Wreszcie wraz z przyjaciółmi zakłada awangardowe czasopismo „Might”, które ma być wyrazem buntu tzw. Generacji X…

***

„Porywająca… Głęboko poruszająca, niekiedy pełna gniewu, a nierzadko komizmu… Ogromny sukces autora. Siła prozy Eggersa często wynika z jej prostoty, z niemodnego już mówienia wprost”.
– The New York Times Book Review

„Wstrząsające? Zdecydowanie. Kulejący? W istocie, tak bym go określił. A jeśli geniusz to ten, który ma świeże i zapadające w pamięć podejście do prawd uniwersalnych, to miano jest również słuszne”.
– Anthony Quinn, Sunday Times

„Eggers zabiera nas w podróż do miejsca gdzieś między autobiografią a fikcją, gdzie teren jest wyboisty, ale prawda może łatwiejsza do przyjęcia”.
– The Globe and Mail

Dave Eggers – amerykański pisarz, prozaik i wydawca. Dorastał w pobliżu Chicago. Ukończył studia na Uniwersytecie Illinois. Oprócz „Kręgu” napisał m.in.: „Wstrząsające dzieło kulejącego geniusza”, „My to mamy speeda!”, „Co to za coś”, „Dzikie stwory”, oraz „Hologram dla króla”, powieść, której ekranizacja z Tomem Hanksem w roli głównej planowana jest na 2016 rok. Jest laureatem Dayton Literary Peace Prize, francuskiej Prix Médicis, niemieckiej Albatross Prize, National Magazine Award oraz American Book Award. Utwory Eggersa były nominowane również do National Book Award, Nagrody Pulitzera oraz National Book Critics Circle Award.

Dave Eggers
Wstrząsające dzieło kulejącego geniusza
Przekład: Jerzy Łoziński
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 31 maja 2017
 
 

Wstrząsające dzieło kulejącego geniusza


I

Za małym wąskim oknem łazienki grudniowe podwórze jest szare i porysowane, drzewa kaligraficzne. Para z suszarni bucha z domu i kłębiąc się, rozpływa po białym niebie.
Dom jest fabryką.
Naciągam spodnie i wracam do matki. Idę korytarzem, mijam pralnię i wchodzę do pokoju rodzinnego. Zamykam drzwi, tłumiąc odgłos małych butów obijających się w suszarce.
– Gdzie byłeś? – pyta matka.
– W łazience – odpowiadam.
– Hm – ona na to.
– Co takiego?
– Piętnaście minut?
– Nie tak długo.
– Dłużej. Coś się zepsuło?
– Nie.
– Wpadłeś do wanny?
– Nie.
– Pewnie bawiłeś się ze sobą.
– Obcinałem włosy.
– Na pewno oglądałeś sobie pępek.
– Jasne. Niech ci będzie.
– Posprzątałeś po sobie?
– Tak.
Nie posprzątałem, wszędzie zostawiłem włosy, kręcone brązowe loki osiadłe na zlewie, wiedziałem jednak, że matka się o tym nie dowie. Nie może wstać, żeby sprawdzić.
Matka leży na kanapie. Na tym etapie już się z niej nie podnosi. Jeszcze kilka miesięcy temu była na nogach, chodziła i jeździła, załatwiała sprawunki. Potem przyszedł etap, gdy większość czasu spędzała w fotelu, tym obok sofy, robiąc coś jeszcze od przypadku do przypadku, wychodząc na krótko. Potem przeniosła się na sofę, ale nawet wtedy, przynajmniej przez jakiś czas, chociaż spędzała na niej większość dnia, to jednak każdego wieczoru koło jedenastej uparcie wchodziła po schodach do dawnej sypialni mojej siostry, bosa, z ciągle brązowymi w listopadzie stopami, które wolno i ostrożnie wspinały się po zielonym dywanie. Spała tam od lat, pokój był różowy, czysty, łóżko miało baldachim, a ona dawno już uznała, że nie może spać przy kaszlącym ojcu.
Ale ostatni raz wspięła się na schody kilka tygodni temu. Teraz leży na sofie, nie rusza się, w koszuli nocnej na wpół oparta zalega za dnia, a śpi w nocy, z telewizorem nieustannie włączonym, od czubków palców po szyję przykryta kołdrą. Ludzie wiedzą.
Większość dnia i nocy spędzając na wznak, mama przekręca głowę do telewizora, a potem odwraca ją, aby wypluć do plastikowego pojemnika zielony płyn. Plastikowy pojemnik to nowość. Przez wiele tygodni odpluwała zielony płyn na ręcznik, nie ciągle ten sam, lecz na wymienne ręczniki, z których jeden zawsze trzymała na piersi. Po jakimś czasie moja siostra, Beth, i ja stwierdziliśmy jednak, że ręcznik na piersi nie jest dobrym miejscem na zbieranie zielonego płynu, okazało się bowiem, że zielony płyn straszliwie śmierdzi, wydziela zapach wstrętniejszy, niż można by sobie wyobrazić. (Że ma jakiś odór, to jasne, ale nie aż taki!) Nie można więc było zielonego płynu zostawiać krzepnącego na bawełnianych ręcznikach i wżerającego się w nie. (Ponieważ zielony płyn zastygał na bawełnianych ręcznikach w skorupę, nie można ich było doprać, pokryte zatem zielonym płynem ręczniki stawały się jednorazowe i nawet jeśli wykorzystało się każdy ich skrawek, składając i odwracając na drugą stronę, składając i odwracając na drugą stronę, starczało ich ledwie na kilka dni, a zapas rychło się wyczerpał, chociaż ograbiliśmy z ręczników wszystkie łazienki, szafki i garaż). W końcu matka zaczęła odpluwać zielony płyn do małego plastikowego pojemnika, o który wystarała się Beth; wyglądał jak doraźnie wykorzystany do tego celu fragment urządzenia klimatyzacyjnego, został jednak dostarczony przez szpital i o ile wiemy, przeznaczony jest dla ludzi, którzy często odpluwają zielony płyn. Jest wykonany z plastiku, ma kremowy kolor, kształt półksiężyca i wygodnie jest do niego spluwać. Można go umieścić poniżej ust leżącej osoby, tuż pod brodą, tak że dostawca zielonego płynu może albo podnieść głowę, aby splunąć przed siebie, albo też pozwolić płynowi stoczyć się po brodzie, by na koniec dotarł do czekającego pod nią pojemnika. Ten półksiężycowy pojemnik był wielkim odkryciem.
– Wygodny, prawda? – mówię do matki, przechodząc obok niej w drodze do kuchni.
– Tak, jak gwóźdź w bucie – odpowiada.
Biorę z lodówki lód na patyku i wracam do pokoju.
Jakieś sześć miesięcy temu wyjęli matce żołądek. Na tym etapie nie pozostało już wiele do usunięcia – resztę wyjęli (powinienem tu użyć terminów medycznych, gdybym je znał) ponad rok temu. Przywiązali (coś) do (czegoś), w nadziei że wycięli część szkodliwą, i posłali matkę na chemoterapię. Ale oczywiście nie usunęli wszystkiego. Coś zostawili i to coś urosło, wróciło, złożyło jajka, schowało się pod pokładem, przyczepiło do burty statku kosmicznego. Przez chwilę wyglądała dobrze, odbyła chemo, kupiła perukę, ale potem włosy odrosły, ciemniejsze, bardziej kruche. Sześć miesięcy później znowu zaczęło ją boleć… „Czy to niestrawność?” Oczywiście, że pierdnięcia i bóle, zwijanie się nad kuchennym stołem podczas kolacji to mogła być niestrawność. Ludzie miewają niestrawność, biorą wtedy tabletki Tums – „Mamo, może chcesz Tums?” – kiedy jednak znowu poszła do szpitala, a oni ją „otworzyli” – takiego użyli określenia – i zajrzeli do środka, to coś patrzyło na nich, na lekarzy, tysiąc robaków wijących się pod kamieniem, błyszczących, mokrych i tłustych – „O Boże!” – a może wcale nie jak robaki, lecz jak milion małych modułów, a każdy z nich to małe miasteczko raka, zamieszkane przez niespokojnych, wszędobylskich, nietroszczących się o środowisko obywateli, którzy za nic sobie mają jakiekolwiek prawa wstępu. Gdy lekarze ją otworzyli i nagle światło zajrzało do świata rakowych modułów, te były zaskoczone i oburzone. „Zgasić. Kurwa. Światło”. I tak patrzyły na lekarzy, każdy moduł – chociaż stanowiący miasto – z jednym tylko okiem, z jednym ślepym okiem pośrodku, które spoglądało na lekarzy tak władczo, jak tylko potrafi ślepe oko. „Wy. Pierdalać”. Lekarze zrobili, co mogli; usunęli cały żołądek, połączyli to, co zostało, jedną część z inną, i z powrotem zaszyli matkę, zostawiając miasto tak, jak było, osiedleńców z ich jawnym celem, paliwem kopalnym, centrami handlowymi i rozrastającymi się przedmieściami, żołądek zaś zastąpili rurką i przenośną zewnętrzną torbą podłączoną do żyły. To bardzo zmyślne urządzenie, ta torba. Nosiła ją ze sobą w małym plecaczku, wyglądającym futurystycznie jak połączenie pudełka na sztuczny lód z pojemnikiem na płynną żywność dla kosmonautów.
Matka i ja oglądamy telewizję, program, w którym amatorzy, na co dzień specjaliści od marketingu czy inżynierowie, konkurują pod względem siły i zręczności z kulturystami i kulturystkami. Kulturyści najczęściej są nienagannie opalonymi blondynami i blondynkami. Wyglądają znakomicie. Noszą imiona szybkie i niezwyciężone, podobne do marek amerykańskich samochodów, jak Firestar, Mercury czy Zenith. Wspaniałe zawody.
– Co to takiego? – pyta i odchyla się do telewizora. Jej oczy, kiedyś małe, ostre, przenikliwe, karcące, teraz są mętne, żółte, łzawiące, zmęczone – odpluwanie nadaje im wyraz stałej irytacji.
– Takie zawody – odpowiadam.
– Mhm – mruczy, potem się odwraca i podnosi głowę, aby splunąć.
– Ciągle krwawi? – pytam, ssąc lód.
– Tak.
Mamy krwotok z nosa. Kiedy byłem w łazience, sama go trzymała, ale nie potrafi tego robić dostatecznie mocno, teraz więc ją zmieniam i zaciskam nozdrza wolną ręką. Jej skóra jest tłusta, gładka.
– Ściśnij mocniej – powiada.
– OK – mówię i ściskam mocniej. Jej skóra jest gorąca.
Buty Topha dalej grzechoczą.
Miesiąc temu Beth zbudziła się wcześnie, nie pamięta już dlaczego. Szurając nogami po zielonym dywanie, zeszła po schodach na czarną posadzkę przedpokoju. Była jesień, zimno, kiedy więc zobaczyła, że za siatkowym przepierzeniem frontowe drzwi są otwarte, obiema rękami zamknęła ciężkie drewniane odrzwia, klik, i poszła korytarzem do kuchni. W rogach rozsuwanych drzwi mróz rozpiął swoje pajęczyny, na podwórzu pokrył nagie drzewa. Otworzyła lodówkę i zajrzała do środka. Mleko, owoce, torby opatrzone datą. Zamknęła lodówkę. Przeszła z kuchni do pokoju, gdzie kotary na dużym frontowym oknie były rozsunięte; na zewnątrz dniało. Okno było podświetlonym z zewnątrz srebrzystym ekranem. Zmrużyła powieki, a kiedy oczy się przyzwyczaiły, pośrodku ekranu, na końcu podjazdu, zobaczyła klęczącego ojca.
Nie żeby moja rodzina była pozbawiona poczucia smaku; chodzi o to, że jest ono niekonsekwentne. Chociaż tapeta w łazience na dole była już taka, gdy się wprowadzaliśmy, stanowi najbardziej wymowną proklamację dekoracyjną, prezentującą układ jakichś piętnastu haseł i wyrażeń popularnych w momencie, kiedy ją nakładano. Right On, Neat-O, Outta Sight! – krzyżujących się i stykających w intrygujących kombinacjach. That-A-Way spotyka się z A Way Out w ten sposób, że A w That-A-Way daje początek A Way Out. Drukowane litery stylizowane są na pisane ręcznie, czerwono-czarne na białym tle. Trudno o coś brzydszego, a przecież gościom tapeta się podoba, dowodząc, że rodzina nie odczuwa gwałtownej potrzeby, aby zająć się oczywistymi problemami wystroju, a także będąc świadectwem szczęśliwych czasów, rozhasanych, radosnych czasów w historii Ameryki, które spłodziły rozhasane, radosne tapety.
Salonik jest na swój sposób elegancki: czysty, schludny, pełen rodzinnych pamiątek i antyków, pośrodku drewnianej podłogi orientalny dywan. Ale to pokój rodzinny, jedyny, w jakim którekolwiek z nas przesiadywało dłuższy czas, był zawsze – z korzyścią czy bez – prawdziwym odzwierciedleniem naszych skłonności. Zawsze był zagracony, a meble, z zaciśniętymi zębami i ostro wystawionymi łokciami, zażarcie walczyły o tytuł Najbrzydszego Przedmiotu pod Dachem. Przez całe dwanaście lat dominujące fotele były pomarańczowe. Sofa naszej młodości, konkurująca z pomarańczowymi fotelami i białym przetartym dywanem, była w zielono-brązowo-białe paski. Pokój rodzinny zawsze przywodził na myśl kabinę na statku przez swą drewnianą boazerię i sześć grubych belek, które podtrzymywały sufit, a przynajmniej udawały, że to robią. Jest ciemny, a jeśli nie liczyć ogólnego podniszczenia mebli i ścian, niewiele się zmienił przez dwadzieścia lat, jakie tu spędziliśmy. Meble są w większości brązowe i przysadziste, niczym meble rodziny niedźwiedziej. Jest także ostatnia sofa, ojca, pokryta czymś, co przypomina brązowy welur, a koło niej stoi fotel, który pięć lat temu należał do krwistoczerwonego kompletu i zajmował miejsce obok jasnobrązowej sofy matki. Naprzeciwko sofy znajduje się stolik do kawy zrobiony z konara, tak przyciętego, że nadal widać korę, aczkolwiek grubo powleczoną lakierem. Przywieźliśmy go wiele lat temu z Kalifornii i wyraża – podobnie jak większość naszych mebli – uczuciowy aspekt naszej filozofii meblowania: wobec mebli skazanych przez estetykę na banicję przybieramy postawę ludzi, którzy przyjmują zaniedbane dzieci i uciekinierów ze świata; dostrzegamy w nich piękno i nie potrafimy powiedzieć „nie”.
Jedna ze ścian pokoju rodzinnego była i jest zdominowana przez ceglany kominek. Kominek ma małą niszę, zbudowaną, aby umożliwić domowe barbecue, nigdy jednak nie korzystaliśmy z niego, a to głównie z tej przyczyny, iż gdy się wprowadzaliśmy, powiedziano nam, że gdzieś wyżej w kominie zagnieździły się szopy. Przez wiele lat nisza stała uśpiona, aż wreszcie cztery lata temu ojciec, pod wpływem tej samej inspiracji, która przez długi okres kazała mu ozdabiać lampy gumowymi pająkami i wężami, umieścił w niej akwarium. Akwarium, którego wielkość dobrano na oko, pasowało doskonale. I tam już zostało.
„Hej, hej!”, powiedział, umieściwszy akwarium w niszy, a po każdej stronie nie zostało więcej niż centymetr. „Hej, hej!” to jedno z jego ulubionych powiedzeń, a dla naszych uszu brzmiało odrobinę za bardzo w stylu Fonzie, gdy padało – jak w jego przypadku – z ust siwowłosego prawnika w madrasowych spodniach. „Hej, hej!”, powtarzał po każdym ze swych cudownych wyczynów, których ilość i jakość była oszałamiająca: obok Nowe Akwarium Pasuje Jak Ulał, były także: Uzyskanie w TV Arcystereo Dźwięku Dzięki Nowiutkiej Aparaturze Stereo czy Poprowadzenie Przewodów Do Nintendo Pod Dywanem Pokrywającym Podłogę Od Ściany Do Ściany Tak Aby Żaden Cholerny Dzieciak Nie Potykał Się O Nie. (Był fanatykiem Nintendo). Aby zwrócić uwagę na taki dziw, stawał przed osobą, która właśnie znalazła się w pobliżu, uśmiechał szeroko i złączonymi dłońmi potrząsał to nad jednym, to nad drugim ramieniem niczym Cub Scout, który zwyciężył w Pinewood Derby. Czasami gwoli skromności robił to, przymykając oczy i kręcąc głową: „Ja tego dokonałem?”.
– Fujara – mówiliśmy na to.
– Aj, do cholery z wami. – Machał ręką i szedł sobie zrobić Krwawą Mary.
Jeden róg sufitu w pokoju rodzinnym pokrywają koncentryczne zielono-brązowe koła, pamiątka po dawnych obfitych deszczach. Drzwi do przedpokoju wiszą na jednym z trojga zawiasów. Biały ongiś dywan pokrywający szczelnie podłogę jest zupełnie schodzony i od miesięcy nie był odkurzany. Osłony okienne są podniesione. Ojciec usiłował je opuścić, ale w tym roku to się nie udało. Frontowe okno pokoju rodzinnego wychodzi na wschód, a ponieważ dom stoi pod wielkimi wiązami, do środka wpada niewiele blasku. Światło tylko nieznacznie się tu różni za dnia i w nocy: zwykle jest ciemno.
Jestem w domu, gdyż w college’u mamy przerwę świąteczną. Najstarszy brat, Bill, wyjechał właśnie do DC, gdzie pracuje w Heritage Foundation, która zajmuje się gospodarką Europy Wschodniej, prywatyzacją i konwersją. Siostra jest w domu, gdyż była tu przez cały rok; odłożyła o rok studia prawnicze, gdyż uznała, że w domu będzie zabawniej. Kiedy ja wchodzę, Beth wychodzi.
– Dokąd idziesz? – pytam zwykle.
– Wychodzę – zwykle odpowiada.
Trzymam nos. Podczas kiedy nos krwawi, a my staramy się temu zapobiec, oglądamy telewizję. Na ekranie kasjer z Denver usiłuje wspiąć się na ściankę, zanim kulturysta imieniem Striker złapie go i z niej ściągnie. Inne fragmenty rozgrywki potrafią być pasjonujące – wyścig z przeszkodami, gdy zawodnicy walczą ze sobą i z czasem, konkurencja, w ramach której okładają się packami wymoszczonymi gąbką, a jedno i drugie może trzymać w napięciu, zwłaszcza gdy walka jest wyrównana, różnica sprawności niewielka, a stawka wysoka – ta jednak część ze wspinaniem się po ścianie jest nazbyt przykra. Sam pomysł, że kasjera będzie się gonić podczas wspinaczki po skałce… nikt nie chce być ścigany podczas wspinaczki po ścianie, ścigany przez kogokolwiek, a już najmniej przez ludzi, którzy usiłują schwycić go za kostkę, zanim dotknie dzwonka na górze. Striker chce złapać kasjera i ściągnąć go na dół – co chwila wyrzuca rękę w kierunku jego stóp. Potrzebny mu tylko dobry chwyt, sięgnięcie, chwyt i dobre szarpnięcie, a jeśli Striker i jego ręce zrobią to, zanim kasjer dotrze do dzwonka… okropne. Kasjer wspina się szybko, z pasją, zręcznie wynajduje stopień po stopniu i przez chwilę wydaje się, że będzie miał szczęście, Striker bowiem jest tak daleko w dole, jakieś dwie długości ciała, potem jednak kasjer przystaje, nie wie, jaki teraz wykonać ruch, następny chwyt jest za daleko od miejsca, w którym się znalazł. Cofa się więc, schodzi odrobinę, aby zmienić nieco kierunek, i kiedy się obniża, napięcie jest nie do zniesienia. Kasjer obniża się o krok i teraz chce pójść w lewo, ale nagle, nie wiadomo skąd, pojawia się Striker – nawet nie było go widać na ekranie! – łapie przeciwnika za łydkę… i po wszystkim. Kasjer odpada od ścianki (jest, oczywiście, przywiązany liną) i powoli zjeżdża na podłogę. To okropne. Nie będę tego więcej oglądał.
Faworytem mamy jest program, gdzie trzy dziewczyny siedzą na kozetce w pastelowych kolorach i opowiadają o randkach w ciemno, które z radością lub przykrością spędziły z tym samym mężczyzną. Mama i Beth od miesięcy oglądają tę audycję. Czasami uczestnicy uprawiają seks, ale potem opisują to zabawnie. Jest też śmieszny gospodarz programu, z wielkim nosem i ciemnymi kręconymi włosami. To zabawny facet, program go bawi, a on wszystko robi na wesoło. Na koniec kawaler wybiera, z którą z trzech chce się umówić na jeszcze jedną randkę, a gospodarz wykonuje wtedy naprawdę niezwykły numer. Chociaż opłacił wszystkie randki, a teraz nic mu to już nie robi, daje kawalerowi i panience pieniądze na jeszcze jedną randkę!
Mama ogląda program co wieczór; to jedyna rzecz, którą może oglądać bez zaśnięcia, co zdarza się jej bardzo często. Przez cały dzień przysypia i budzi się, nie śpi jednak w nocy.
– Przecież śpisz w nocy – mówię.
– Nie śpię – odpowiada.
– Każdy śpi w nocy – mówię (tak sprawa ma się ze mną) – nawet jeśli mu się zdaje, że nie. Noc jest o wiele, o wiele za długa, aby przez cały czas nie spać. Czasami byłem całkowicie pewien, iż przez całą noc nie zmrużyłem oka, jak wtedy kiedy byłem pewien, że te wampiry z Miasteczka Salem… pamiętasz, to z Davidem Soulem i całą resztą? Z ludźmi nadzianymi na rogi? Bałem się zasnąć, więc chciałem czuwać całą noc, oglądając ten mały przenośny telewizor, który umieściłem na brzuchu. Przez całą noc bałem się zdrzemnąć, pewien, że oni tylko czekają na ten moment, na moje zaśnięcie, aby zebrać się i wlecieć przez okno albo zakraść się korytarzem i mnie ukąsić, wszystko w zwolnionym tempie.
Odpluwa do półksiężyca i patrzy na mnie.
– Co ty wygadujesz?
Akwarium dalej stoi w kominku, chociaż ryby – cztery czy pięć tych porażonych elefantiazą złotych rybek o wyłupiastych gałach – zdechły wiele tygodni temu. Woda, dalej podświetlana od dołu przez purpurową żarówkę, jest szara od pleśni i rybich odchodów i przypomina potrząśniętą szklaną kulę ze śnieżynkami. Ciekawi mnie jedna rzecz. Ciekawi mnie, jak smakowałaby ta woda. Jak pożywny shake? Jak ścieki? Zastanawiam się, czy spytać matkę: „Jak myślisz, jak smakuje ta woda?”. Pytanie jej nie rozbawi. Nic nie odpowie.
– Może sprawdzisz? – powiada, mając na myśli swój nos.
Puszczam jej nozdrza. Nic.
Przyglądam się nosowi. Jest ciągle opalony po lecie, a skóra gładka i brązowa.
A potem pojawia się ona, krew, najpierw malutka strużka, potem gruby węgorz, który wynurza się powoli. Usuwam go ręcznikiem.
– Ciągle leci – mówię.