Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„Kamień”, najnowsza powieść kryminalna Małgorzaty i Michała Kuźmińskich, to solidnie skonstruowana, wielowątkowa historia, która wbija w fotel i nie pozwala się oderwać od lektury. Portretuje zetknięcie z nieznanym i konsekwencje przywiązania do stereotypów. Zmusza do myślenia. Nie tylko o tym, kto jest sprawcą zbrodni.


Małgorzata i Michał Kuźmińscy, Kamień

Policja zostaje powiadomiona o znalezieniu zwłok chłopca w sąsiedztwie romskiej osady. Gdy okazuje się, że ofiarą jest jasnowłosy kilkulatek, z pewnością nie będący dzieckiem żadnej romskiej rodziny, zaczyna nakręcać się spirala nienawiści skierowana przeciwko mieszkańcom koczowiska. Zanim śledztwo ruszy na dobre, opinia publiczna już jest przekonana, że zna winnych i bardzo dobrze wie, kto powinien zostać ukarany. Sprawy nie ułatwia fakt, że Romowie nieskłonni są do rozmów z Policją i uparcie milczą. Policja zwraca się więc z prośbą o pomoc do Anny Serafin, która jako doktor antropologii kultury mogłaby pomóc w nawiązaniu z nimi komunikacji. „Potrzebujemy konsultanta, kogoś, kto pokieruje miejscowymi, wskaże jak mają rozmawiać z Romami, albo kto sam z nimi porozmawia. Pomoże do nich dotrzeć” – mówi komendant proponując Annie wyzwanie, którego się nie spodziewała. I które oczywiście podejmie.

Autorzy, pokazując losy swoich bohaterów, stawiają pytania, na które nie ma jednej prawidłowej odpowiedzi. Malują pejzaże podpatrzone w prawdziwym życiu, plątaninę detali niemożliwych do samodzielnego istnienia, którą jednak głosy ulicy – tej wyobrażonej w powieści i tej rzeczywistej, próbują sprowadzić do podziału na czarne i białe, bo bezpieczne wydaje się im tylko to co proste i dookreślone, a samodzielne myślenie, analiza i wyciąganie wniosków to rzadkie zjawisko. Prowodyrzy i uczestnicy powieściowego samosądu to lustro ludzi bezmyślnych i dających się manipulować paranojom szerzonym przez innych, wierzących w najbardziej niedorzeczne teorie tylko dlatego, że powtarza je wiele innych osób.
To rubaszny sąsiad koszący trawnik i miła pani ze sklepu albo każda jedna twarz mijana codziennie na osiedlu, która pobudzona do nienawistnych wyobrażeń traci rozum i rzuca kamieniami w cudzy dom albo dziecko, jak zdarzyło się to w powieści. Tudzież po powrocie do domu zasiada do komputera i zabiera się za wypisywanie obelżywych komentarzy, wirtualnych kamieni niszczących cudzy spokój albo życie. „Kamień” można więc czytać literalnie, skupiając się tylko na przedstawionej akcji, ale można również odbierać go na poziomie metaforycznym, bo o uniwersalne refleksje, dotyczące tak samo sądeckiej wioski jak i każdego innego miejsca w Polsce, przemycone między wierszami, autorzy także zadbali.

Tym co szczególnie zwraca uwagę w „Kamieniu” jest bezkompromisowa rzetelność. Powieść Kuźmińskich skonsultowali wybitni specjaliści wielu dziedzin, o czym mowa w posłowiu, co bliższe jest dziennikarstwu z wysokiej półki niż powieściom rozrywkowym. Chociażby informacje na tematy związane z przebiegiem chorób i ich leczeniem, imponująca wiedza z dziedziny patomorfologii w istotny sposób kierunkująca śledztwo, procedury policyjne opisane zgodnie ze stanem rzeczywistym – pozwalają mieć mocne poczucie, że ta historia zdarzyła się naprawdę. Jest skomplikowana, niejednoznaczna, pogmatwana jak prawdziwe życie, jak relacje istniejących społeczności, które pomimo długich lat koegzystencji nie mogą dojść do zgody, widzą te same sprawy zupełnie inaczej, przez pryzmat swojej kultury, przekonań i uprzedzeń.

Czytając „Kamień” czytelnik wielokrotnie ulegnie zatem wrażeniu, że ma w rękach literaturę faktu, dodatkowo, kto zna Sądecczyznę, ten będzie miał przed oczami konkretne miejsca i związane z nimi przypadki. Jak przyznają autorzy w posłowiu – historia ta jest fikcyjna, a zbieżność z autentycznymi zdarzeniami przypadkowa, dodają jednak: „Nie znaczy to, że inspiracjami pewnych zdarzeń opisanych w tej powieści nie były historie, które wydarzyły się naprawdę”.

„Kamień”, podobnie jak wcześniejsze kryminały Kuźmińskich, od popularnych, szeroko promowanych kryminałów dzieli intelektualna przepaść.

„Kamień”, podobnie jak wcześniejsze kryminały Kuźmińskich z serii z Anką Serafin i Sebastianem Strzygoniem, od popularnych, szeroko promowanych kryminałów dzieli intelektualna przepaść. Przede wszystkim, wspomnianą już starannością w gromadzeniu wiedzy potrzebnej do zajmującego opisania wymyślonych historii autorzy ukazują ogromny szacunek do czytelnika. Tutaj nie działa zasada – jak nie wiem to zmyślę, przecież to tylko powieść, a poza tym lepiej trochę powyginać się na ściankach zamiast ślęczeć nad weryfikacją danych. Nie, nie, nic z tych rzeczy.
Fabuły „Ślebody”, „Pionka” i „Kamienia” wyrażają poważny, odpowiedzialny stosunek do odbiorcy, są pisane – i to widać – z myślą o pokazaniu mu kawałka świata, którego być może nie zna i to w taki sposób, by rozbudzić w nim ciekawość, potrzebę dalszego, samodzielnego zgłębienia tematu, a jednocześnie nie narzucać mu jedynego słusznego sposobu interpretacji opisywanych historii. Czyli znowu zbliżamy się do reportażu i to tego ze starej szkoły, a nie nowomodnych wynalazków mających podgrzewać ekscytację mas spragnionych sensacji i skandalu. Zresztą kwestia jakości mediów i ich metod działania także znalazła się w „Kamieniu”.

Czytelnik serii w tomie pierwszym – „Ślebodzie”, poznał Sebastiana, gdy ten pracował w brukowcu „Flesz” nie mającym nic wspólnego z etyką dziennikarską. Obecnie Sebastian jest dziennikarzem poważnego, szczycącego się renomą opiniotwórczego czasopisma „Horyzont”. Czy coś się zatem w kwestii etycznej zmieniło? Cóż, tylko w górnolotnych hasłach wyrażających samozachwyt nad rzekomym zaangażowaniem redakcji i jej pracowników w sprawy społeczne, bo w praktyce, tak samo we „Fleszu” jak i w „Horyzoncie”, nie chodzi o to, żeby pokazać prawdę, ale żeby „żarło” i „się klikało”, a oglądalność rosła, przekładając się na pieniądze – z czego tabloidy nie robią tajemnicy, a pisma próbujące kreować się na prestiżowe udają w tej sprawie, że ich to nie dotyczy.
Sebastian, początkowo zafascynowany pracą w opiniotwórczym magazynie, poszukuje dobrego tematu aby zaimponować redaktorowi naczelnemu, zależy mu na jego aprobacie i okazuje wdzięczność za szansę na rozwój, jaka została mu dana. Z czasem dostrzega jednak coraz wyraźniej w czym tak naprawdę bierze udział. Zawodowa i osobista ewolucja tej postaci to także ciekawy element „Kamienia”.

Wracając jednak do głównego motywu powieści: Małgorzata i Michał Kuźmińscy tym razem opowiadają czytelnikom przede wszystkim o spotkaniu z Obcym. O oczekiwaniach dotyczących asymilacji i jej przebiegu, niepokojach i nieporozumieniach wynikających z niewiedzy i wzajemnych stereotypach. Stereotypach, które choć oparte na powtarzających się przez lata doświadczeniach, nie mogą, a przynajmniej nie powinny, być podstawą do ocenia jednostek, nawet jeśli pasują do wielu członków danej grupy. Tak przedstawiłby się głos rozsądku, a życie życiem.

Kuźmińscy w „Kamieniu” przedstawiają obcych obecnych w Polsce od stuleci. To Romowie, nieskłonni do asymilacji, sprawiający samorządom i mieszkańcom południowo-wschodniej Polski liczne kłopoty, znajomi, a niepoznani. Czytając o osadzie Kamień, kontrastującej z urokami okolicznej „wsi spokojnej, wsi wesołej”, można zadać sobie pytanie: co oni zrobili żeby poznać nas, co myśmy zrobili, żeby poznać ich? To samo pytanie odbija się echem, gdy mowa o nowych uchodźcach: „Nikt teraz nie rozpala zbiorowej wyobraźni tak jak uchodźcy, chociaż żaden Polak ich na oczy nie widział” – mówi Anka, gdy spotykają się z Sebastianem w Krakowie podczas wernisażu wystawy fotografii.

Sprawa, którą Ance i Sebastianowi przyjdzie rozwiązać tym razem, odsłania swe sekrety stopniowo, niczym mgła unosząca się znad Dunajca, początkowo pozwalająca dostrzec tylko kontury, a ustępując powoli, ujawniająca kolejne detale. Poszukiwanie winnego nie sprowadzi się wyłącznie do wskazania mordercy, gdyż nie on jeden ma tutaj coś na sumieniu. Bo czy nie jest pozbawiony winy ten, kto niszczy drugiemu życie miotając fałszywe oskarżenia powodowany osobistą awersją, a nie faktami? Albo ktoś, kto mami nieszczęśliwych, potrzebujących ratunku ludzi obietnicami wziętymi z wyobraźni? Kuźmińscy rekonstruują w „Kamieniu” długotrwały i żmudny proces dochodzenia do prawdy, która mało kogo tak naprawdę interesuje, a także pokazują w jaki sposób do zaistnienia zbrodni przyczyniają się nasze małe, codzienne zaniechania. Agnieszka Kantaruk

Małgorzata i Michał Kuźmińscy, Kamień, seria: Ślady zbrodni, Wydawnictwo Dolnośląskie, Premiera: 14 czerwca 2017
 
 

Małgorzata i Michał Kuźmińscy, Kamień

Małgorzata i Michał Kuźmińscy
Kamień
seria: Ślady zbrodni
Wydawnictwo Dolnośląskie
Premiera: 14 czerwca 2017
 

Ulepiła jaskółka
pod moim oknem gniazdo,
jaskółka czarna
jak Cyganeczka.
Wskazywała nam dobre drogi.
Zamieszkała w stajniach i domach.
Zginęła w bagnach.

(Bronisława Wajs „Papusza”, Bajka cygańska [Paramiśa romani], przeł. Jerzy Ficowski)

Podkomisarz Janusz Głód zatrzymał samochód i wysiadł, stąpnąwszy ciężko mokasynem. Zaklął. Schylił się i obejrzał zanurzony w błocie but i uwalaną nogawkę.
– Dobrze, że pan jest! – powiedział funkcjonariusz w mundurze z gołymi pagonami posterunkowego.
Gromada dzieciaków ubranych w powyciągane koszulki przy­glądała im się z drugiej strony mostu czy raczej rdzewiejącej kładki z kątowników i wybrakowanych desek, która tylko prawem prowizorki wisiała nad zwężającym się w tym miejscu zakolem Dunajca.
– I niby jak tu wjedzie karetka? – Głód wytarł spocone czoło. – Gdzie są wszyscy?
– Jest droga gruntowa po drugiej stronie, od Zarzecza. – Poli­cjant wyciągnął rękę w stronę drzew widocznych na drugim brze­gu. – A reszta naszych jest tam, gdzie ujawniono… – Wskazał palcem i wyjąkał: – Ciało.
Głód podciągnął spodnie za pasek i wszedł na kładkę. Uchwycił spojrzenie dzieciaka stojącego na środku i postąpił do przodu, nie ba­cząc na ostrzegawcze skrzypienie desek. Malcy pierzchli jak na ko­mendę. Dalej napotkał grupę kobiet w spranych bluzach z kapturem lub swetrach i długich spódnicach. Tylko kilka najmłodszych wcisnę­ło krągłe biodra w dżinsy. Prawie wszystkie były czarnowłose, niektó­re ostentacyjnie ufarbowane na blond. Mężczyźni stali dalej. W spod­niach od dresów, dżinsach i koszulkach polo pod kurtkami, patrzący jednakowo spode łba, kulący ramiona jak bokserzy wagi muszej. Wi­siała nad nimi niespotykana tu cisza.
Głód wybrał numer. Pozornie niedbała czynność pozwalała mu sprawiać wrażenie, że czuje się swobodnie. Na dźwięk zaspanego głosu prokuratora dyżurnego podkomiszarz zacisnął zęby.
– Panie prokuratorze, pan nie w drodze? Mówiłem, co tutaj ma­my, ekipa już jedzie, chcemy zaczynać oględziny, a bez pana nie mo­żemy. Sytuacja jest delikatna. – Ostatnie słowa wyszeptał z taką miną, jakby miał nadzieję, że rozmówca go zobaczy.
– Panie Januszu – konfidencjonalnie zaczął prokurator. – Pan jest doświadczonym policjantem. A ja musiałbym się teraz tłuc taki ka­wał. Nie będę was spowalniał, potem wam wszystko podpiszę, co?
– Panie…
– To jest tam u Cyganów, tak? – przerwał mu prokurator i syknął, jakby zabolała go głowa. – To co by się tam mogło wydarzyć, z czym sami sobie nie dacie rady?
Głód się rozłączył, rozjuszony. Niech się policja męczy, podczas gdy szanowny pan prokurator będzie leczyć kaca.
Rozejrzał się. Dwa rzędy bud, altan z dykty, blachy falistej, kar­tonów po bananach i eternitu były poprzetykane nieco lepszymi bu­dowlami, zgarbionymi i przykurczonymi, zastygłymi w połowiczno­ści: spomiędzy pustaków wystawały klopsy zaprawy, futryny otaczały żółte falbany pianki montażowej, zamiast blachodachówki więźbę spowijała folia. Z przodu skorupa niedokończonego domu ziała pu­stymi otworami okiennymi. Na klepisku pomiędzy zabudowania­mi gniły w kałużach błota kartony, walał się złom, puszki i plastiko­we butelki. W powietrzu zawirowała foliowa reklamówka. Zaszczekał pies, odpowiedziało mu kilka innych.
– Ale slumsy – syknął.
– Jak to u Cyganów. Przepraszam: Romów. – Posterunkowy uśmiechnął się krzywo.
Zawiewało to palonymi śmieciami, to nieszczelnym szambem. Głód podniósł głowę i spojrzał na szczyt aluminiowego słupa.
– Z tych kamer jest obraz? – zapytał, wskazując palcem na zamon­towane na szczycie stalowe tubusy, ustawione tak, że tworzyły lite­rę V.
– Tak jakby jest – odparł posterunkowy.
Głód popatrzył na niego, unosząc brwi.
– Kto ma do tego dostęp? Dzielnicowy?
– To znaczy… raczej wójt – odpowiedział niepewnie policjant.
– Chcę nagranie z całej nocy. – Podkomisarz już nie słuchał. – Na wczoraj.
Droga między zabudowaniami kończyła się gęstwiną krzewów. Głód wszedł w zarośla. Zacisnął zęby, gdy gałąź leszczyny zacięła go w udo.
Krzaki rzedły, wśród nich kładły się łopiany i wybujałe paprocie, płożyła się dzika malina. Jeszcze nie rozproszyła się poranna mgła, w której majaczyła policyjna taśma. Głód wysoko podnosił nogi. Przeszedł pod taśmą, schylając się z wysiłkiem. Trzeba coś zrobić z tym brzuchem. Nie dość, że nie dodaje mu powagi, to jeszcze prze­szkadza w pracy. Nie wspominając o tym, co kardiolog mówił podko­misarzowi o jego szansach na pierwszy zawał przed pięćdziesiątką.
– To pokażcie, co tam macie – mruknął do posterunkowego. Ten przełknął ślinę i przerażony popatrzył w zarośla. Praca w policji na prowincji to miała być stabilna robota i wczesna emerytura, a nie oglądanie czegoś takiego, mówiło jego pełne wyrzutu spojrzenie.
Głód klepnął policjanta w ramię i wyminął go. Odcinał już ze sznura samobójców, kiedy powiał halny, wyławiał z Dunajca topiel­ców, znał wszystkie zastosowania noża kuchennego i siekiery. Najgor­sze, co go może czekać, to smród.
Tu, na skraju lasu, było trochę chłodniej. Może nie będzie tak bar­dzo śmierdzieć, pomyślał podkomisarz. Odruchowo wstrzymał od­dech. Ekipa posterunku w Łącku, w czarnych kurtkach z odblasko­wym napisem „Policja” na plecach, otaczała krzaki, starając się nie patrzeć.
Jeden z policjantów wskazał mu głową kępę paproci. Głód rozgar­nął liście.
– O kurwa – wyszeptał i potrząsnął głową. Jednak nie wszystko jeszcze widział.
Chłopiec leżał na brzuchu, z rączkami ułożonymi wzdłuż tuło­wia. Prawy policzek przyciśnięty miał do ziemi, na obróconej na bok główce tkwiła czapka z daszkiem przysłaniającym twarz. Ubrany był w czerwoną bluzę i brudne spodnie od dresu, na których wykwitły mokre plamy. Mógł mieć może pięć, góra sześć lat.
Policjant pociągnął nosem. Nie czuł rozkładu, tylko ostrą woń wy­miocin i biegunki. Chłopiec musiał nie żyć od niedawna.
– Wzywajcie od razu sanepid – powiedział podkomisarz, zasła­niając usta i nos przedramieniem. – Widzicie, co tu się dzieje. Mar­twy szczeniak w takim miejscu, wymioty, sraczka. Zaraz będziemy tu mieli epidemię.
Puścił paprocie, które opadły zielonym baldachimem na ciało chłopca.
– Namiot mi nad zwłokami rozstawić i nie łazić jak cielęta! Gdzie są technicy?! – wrzasnął, sięgając po telefon. – Zaraz im…
– Nie trzeba, już są! – odkrzyknął posterunkowy na widok męż­czyzny w odblaskowej kamizelce taszczącego dużą, stalową walizę.
Głód wrócił na polanę, wyjął e-papierosa i zaciągnął się głęboko. Zamknął oczy i ścisnął palcami nasadę nosa. Kardiolog zabronił mu palić tytoń. No to przestał palić tytoń.
– Kto znalazł chłopca? – zapytał.
– Dzieci – odpowiedział posterunkowy. – Dziś o ósmej trzydzieści rano. Akurat w wiosce był ksiądz i zadzwonił na sto dwanaście. Ina­czej pewnie byśmy tak szybko się nie dowiedzieli. A może nigdy.
– Ktoś go ruszał?
– Nie – pokręcił głową posterunkowy. – Tylko ksiądz zeznał, że sprawdził, czy dziecko żyje.
– Chciałbym porozmawiać z tym księdzem – mruknął Głód.
– Ksiądz Drzewicki, wikary od nas z parafii w Zabrzeży – poin­formował funkcjonariusz. – Musiał pojechać pół godziny temu, mó­wił, że ma przygotowanie do bierzmowania.
– I pozwoliłeś mu?! – Głód podniósł głos.
– Przecież to ksiądz. – Chłopak przepraszająco rozłożył ręce.
– A tożsamość ofiary ustalona? Którzy to jego rodzice?
– No więc właśnie… – Posterunkowy podrapał się za uchem. – Nikt się nie przyznaje.
– …bry, panie Januszu, pan dowodzi? – przerwał im technik kry­minalistyki, łysiejący mężczyzna w okularach połówkach na sznurku. – Prokurator kiedy przyjedzie?
– Pan prokurator – wyszczerzył zęby Głód – będzie z nami du­chem. Proszę zaczynać oględziny.
Skinął w stronę namiotu rozstawionego nad ciałem. Sam ruszył do osady, na spotkanie muru zaciętych twarzy.

(…)

Pod policyjnym baldachimem zalegała cisza.
Technik zrobił kilka zdjęć. Z dziećmi zawsze jest trudniej, po­myślał. Wczoraj w nocy przerabiał podobne widoki, przy koszmar­nym wypadku przed Tylmanową, tam gdzie droga idzie łukiem między skarpą a brzegiem Dunajca. Idiota w beemwicy na krakowskich blachach wyprzedzał na podwójnej ciągłej i walnął czołowo w miej­scowego matiza. Zablokowana droga, pięć trupów – starsze małżeństwo z matiza i kobieta z dwojgiem dzieci z bmw. Technik zapamiętał wciąż cudem działający tablet, na którym leciała Świnka Pepa, miał w uszach zgrzyt ciętej przez strażaków blachy i szelest worków na zwłoki do wtóru radosnej melodyjki, której nigdy nie zapomni.
I nawet nie zdążył odespać, gdy musiał się zerwać i przyjechać tu­taj.
Nie znalazł żadnych rozbryzgów, wydzielin ani włókien na papro­ciach. Nie były też połamane, więc nie stoczyła się tu walka. Wokół ciała nie stwierdził żadnych przedmiotów. Śladów nawet nie próbo­wał szukać. Skoro przy zwłokach chodzili nie tylko policjanci, ale na domiar złego ksiądz i pewnie też Romowie, to pozamiatane. Dosłow­nie.
Ziewając, zaczął uzupełniać rubryki w protokole. Sprawdził kie­szenie bluzy i dresowych spodni dziecka. Nie było żadnej legityma­cji, karty na autobus, telefonu, niczego, co pozwoliłoby na identyfika­cję. Czapeczka była głęboko naciągnięta na głowę. Zdjął ją delikatnie.
Oniemiał. Janusza Głoda, który miał tu z nim siedzieć, wciąż nie było. Tech­nik powinien na niego poczekać, ale delikatnie, wręcz z czułością, odwrócił ciało na wznak.
To się pan podkomisarz zdziwi.

(…)

Podkomisarz powiódł wzrokiem po ludziach zebranych za policyjną taśmą, próbując wyobrazić sobie, co się tu wydarzyło. Skrajnie zaniedbany chłopiec łapie jakiegoś rotawirusa albo inne paskudztwo, snuje
się ze sraczką po tym śmietnisku, gdy zamroczeni wódą rodzice leżą gdzieś przed telewizorem. Przecież widział na paru budynkach anteny satelitarne. W końcu wycieńczone dziecko pada w krzakach
i umiera. Umiera tak, jak żyło – samotne, brudne i głodne.Niech tylko ich dorwie, a popamiętają. Zarzuty o nieudzielenie pomocy to będzie dopiero początek.
– Jak trzeba wyciągać rączki po pomoc społeczną na dzieci, to są pierwsi. A teraz nikt się nie przyznaje. Powiedzcie im – syknął Głód do posterunkowego – że będą dawać rodzicom zasiłek pogrzebowy.
Wtedy na pewno się znajdą.
– Ale kiedy nikt nie chce gadać. – Posterunkowy zniżył głos. – Baby lamentują, a chłopy milczą.
– Jeszcze będą śpiewać, zobaczysz, szabadabada amore. – Głód ruszył w stronę Romów. – Jest tu jakiś… eee… starszy plemienia? Nie wiem, kurde, wódz?
Z boku stał wysoki, postawny mężczyzna. Miał okrągłą, nieogoloną twarz i falujące czarne włosy z pasmami siwizny. Ubrany był w sprany podkoszulek Adidasa i luźne spodnie. Inni trzymali się na dystans, od czasu do czasu spoglądając na niego z powagą.
– Ty, Cygan! – zawołał do niego Głód, przekraczając policyjną taśmę.Ludzie rozstąpili się przed nim. Jakaś kobieta zaczęła płakać, kierując w jego stronę niezrozumiałe zawodzenia. – Ty tu jesteś bossem?
– Wójtem – odparł tamten, biorąc się pod boki. – Powiedzmy.
– To jej dziecko? – rzucił ostro policjant, wskazując na kobietę.
– Nie.
– To czego tak wyje?
– Każde dziecko to dar od Boga – powiedział spokojnie mężczyzna.
Głód przewrócił oczami.
– Musimy ustalić personalia chłopca i jego rodziców. Skoro ty tu jesteś bossem, to powinieneś wiedzieć. Nie mamy czasu pieścić się z każdym z osobna.
– Już mówiłem. To nie nasze dziecko. – Rom pokręcił głową.
– Taki jesteś pewien? – warknął podkomisarz. – A wy ogarniacie w ogóle, ile dzieci tu macie i czyje są?
Oczy mężczyzny się zwęziły. Zmełł w ustach niezrozumiałe słowo.
– Przecież to gadzio – mruknął, ruchem głowy wskazując na zarośla.
– Co? – zdziwił się Głód.
– Gadzio. Nie nasz. Nie Rom. Obcy.
Głód zaklął, odwrócił się na pięcie i skoczył ku gęstwinie. Przedzierał się przez krzaki, nie zwracając uwagi na czepiające się jego spodni ciernie. Odepchnął stojącego przed namiotem policjanta i szarpnął za połę kotary.

W tramwaju na Podgórze zaczęła przechodzić do porządku dziennego nad Gwizdałowskim i jego mądrościami starego oportunisty. Ma teraz wrócić do swojej celi i zająć się iluminowaniem starych skryptów,
czekając na swoje pięć minut w uniwersyteckiej kolejce po sukces? Niedoczekanie! W głowie zaczęła układać plan na dziś. Sprzątanie.Fryzjer. Konspekt artykułu na konferencję we Wrocławiu.
I sklepik na Kleparzu, gdzie podobno mają prawdziwy ser Pecorino di Pienza. Chciała wieczorem ugotować coś specjalnego, a francuski piesek przecież byle czego nie zje. Z zamyślenia wyrwała ją muzyka. Kulawo grany czardasz wypełnił jazgotem puszkę tramwaju. Odwróciła się. Smagły chłopiec uginał się pod ciężarem akordeonu. Podchodził do pasażerów i nie przestając grać, podsuwał im kubek ze Starbucksa przylepiony taśmą klejącą do instrumentu. Starsza pani wyjęła portfel, zagrzechotały dwudziestogroszówki.
Zbici w grupkę licealiści pokazywali sobie coś na komórkach. Facet z teczką odwrócił głowę. Dziewczyna ze słuchawkami w uszach uśmiechnęła się przepraszająco. Chłopiec stanął nad Anką. Nie patrzył na nią, tylko gdzieś ponad jej ramieniem i przebierał palcami po guzikach instrumentu. Miał najwyżej dziesięć lat.
Bezwiednie sięgnęła do torebki. Cofnęła rękę. Rozejrzała się. Nikt nie zwracał na dziecko uwagi.
– Chłopczyku – odezwała się. Miała wrażenie, że wszystkie spojrzenia w tramwaju powędrowały ku niej. – Jest z tobą ktoś dorosły?
Nie odpowiedział, tylko podszedł do kolejnej osoby. Tempo czardasza przyspieszyło.
– Poczekaj – rzuciła za nim Anka. – Gdzie są twoi rodzice? Wiedzą, że tu jesteś?
Chłopiec ruszył ku drzwiom. Usłyszała stłumiony chichot, zaszemrały głosy. Tramwaj stanął na placu Wolnica. Dzieciak skoczył do wyjścia.
Przecież jak już się wmieszała, to tak tego nie zostawi. Zerwała się z siedzenia. Udało jej się go dogonić przed przejściem dla pieszych.
– Nie powinieneś być w szkole? – zapytała. Odwrócił się gwałtownie. Był przerażony. – Chodzisz w ogóle do szkoły? Nie jesteś głodny?
Nie odpowiadał, ale zaczął oddychać szybciej.
– Ktoś cię do tego zmusza? Komu dajesz te pieniądze?
Nagle się odwrócił i puścił pędem na drugą stronę ulicy, uginając się pod akordeonem. Anka patrzyła, jak dziecko przebiega przed ostro hamującym samochodem. Już miała odpuścić, usprawiedliwiając
się, że przecież zrobiła, co mogła, ale zacisnęła wargi i przebiegła przez ulicę na tyle szybko, na ile pozwalały jej szpilki.
Za rogiem budynku muzeum wpadła prosto na dzieciaka. Chciał odskoczyć. Złapała go za chude przedramię. Krzyknął niezrozumiale. Spod przetłuszczonej czupryny patrzyły na nią olbrzymie czarne
oczy.
– Dlaczego jesteś bez opieki? – spytała, zawstydzona tym, jak zimno i bezdusznie zabrzmiały jej słowa. Chłopiec zaczął się wyrywać. Wielki akordeon majtający się na jego ramionach krępował mu ruchy. Kubek się odkleił, upadł na ziemię. Monety zadźwięczały na chodniku i potoczyły się we wszystkie strony.
Wydął usta wygięte w podkówkę. Był bliski płaczu. Ona też. Nagle wyszarpnął coś z kieszeni. Starą nokię. Pokazywał na telefon i coś jej gorączkowo tłumaczył w języku, w którym pobrzmiewały rumuńskie
nuty. Wybrał numer i przycisnął słuchawkę do ucha. Dygotał mu podbródek. Wyrzucił z siebie do słuchawki płaczliwe słowa i wcisnął jej komórkę w dłoń.
– Ja panią proszę, zostawi moje dziecko – usłyszała zatroskany męski głos. – Ja tylko na chwilę musiał go zostawić, ja zaraz wracam.
– Tak? – wypaliła. – On był sam w tramwaju!
– Ja panią proszę. – Głos próbował tłumić emocje. – Ja zaraz przyjadę.
Popatrzyła na dziecko, które ciągle trzymała za ramię. Chłopiec przestępował z nogi na nogę.
– Muszę zadzwonić na policję – powiedziała.
– Ty nic nie rozumiesz, ty głupia, tępa kurwa.
Chłopiec wyrwał jej telefon, wykręcił się z uchwytu i puścił się pędem, przerzucając akordeon na plecy. Odruchowo spojrzała na swoją torebkę. Nie zauważyła, czy pobiegł w Bonifraterską, Mostową, czy
Bocheńską.
Wyprostowała się. Poprawiła włosy. Rozejrzała się. Grupka turystów synchronicznie odwróciła wzrok. Spojrzała pod nogi. Na chodniku leżały monety. Kucnęła i zaczęła je zbierać do kubka, na którym dziecięca ręka dorysowała postaci z logo Starbucksa wąsy i okulary. Wszystkiego było niecałe pięć złotych.
Ruszyła przez plac. W kościele Bożego Ciała wrzuciła monety do puszki z napisem „Na uchodźców”. Odbiły się głucho od pustego dna.