Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Przeprowadzka może być niemiłym doświadczeniem, chyba, że pod nowym adresem trafi się od razu do „Klubu szpiegów”, tak jak zdarzyło się to Georgesowi, bohaterowi książki „Kłamca i szpieg”. Ta skierowana do dzieci powieść, zwieńczona naprawdę zaskakującym zakończeniem, opowiada o tym, że to, co nas otacza, nie zawsze jest tym, czym nam się wydaje.


Kłamca i szpiegJeżeli w dzieciństwie ani razu nie przyszło Wam do głowy śledzenie sąsiada, to ta książka na pewno nie jest dla Was. A może i jest? Bo dzięki niej dowiedzielibyście się, co straciliście. Dwunastolatek Safer i jego młodsza siostra Candy do śledzenia podchodzą bardzo poważnie. Wszystko wskazuje na to, że w piwnicy budynku, w którym mieszkają, urządzili siedzibę Klubu Szpiegów i oto, w wyniku przeprowadzki, trafił się nowy członek tejże organizacji: niejaki Georges zwany Dżi. Początkowo wydaje się, że nie będzie z niego pożytku, dzieciak nie jest zbyt spostrzegawczy, patrzy nie zapamiętując szczegółów tego co widzi, nie wie nawet ile guzików ma jego własna koszula!

Jednak Safer i Candy bardzo potrzebują adeptów sztuki szpiegowskiej, bo w tym samym bloku mieszka też facet, zwany Iksem „który prawie na pewno robi coś złego”. Kto mógłby się dowiedzieć co takiego, jeśli nie brygada dzielnych młodych szpiegów? „Iks zawsze ubiera się na czarno. Zawsze. Dzień. W. Dzień. Czarne spodnie, czarna koszula, w lecie czarne szorty. Wnosi i wynosi z budynku walizki. Wyglądają na ciężkie” – mówi Safer. Czyż to nie wystarczający zestaw sygnałów do tego by nabrać podejrzeń?

Georges daje się wciągnąć w zabawę, bo pozwala mu ona ukoić tęsknotę za domem, który musieli opuścić, po tym jak tato stracił pracę i tęsknotę za mamą pracującą na podwójnych dyżurach pielęgniarskich w szpitalu, by podreperować domowy budżet. Do tego klasowa szajka złośliwych chłopaków bezustannie mu dokucza więc w tych okolicznościach zabawa w szpiegów wciąga go bez reszty.

W pewnym sensie „Kłamca i szpieg” jest powieścią ukazującą dziecięce pragnienie uczestnictwa w wielkiej przygodzie, ale też coś więcej: pokazuje jak potężna jest wyobraźnia dziecka i to nie tylko wtedy, gdy ze zwykłej klatki schodowej i tajemniczego sąsiada chce się wyczarować scenerię godną Jamesa Bonda. Georgesowi i Saferowi przydaje się ona także do tego by odciąć się od spraw zbyt poważnych by potrafili sobie z nimi łatwo poradzić.

Rebecca Stead z humorem opisała perypetie dwóch chłopców, umieszczając w fabule trzymające w napięciu scenki podobne w wyrazie do wyczynów słynnego Mikołajka i jego kolegów. Jest zabawnie, ale i pouczająco. Zawsze z wyrazistą puentą. Są komiczne sytuacje, zabawne dialogi i wartka akcja. I jest też kolosalne zaskoczenie. Każdy prawdziwy szpieg już w trakcie lektury zacznie się domyślać, że jest w tej opowieści jakieś drugie dno lecz jego charakter pozostaje zagadką do samego końca lektury fundując czytelnikowi zdumienie i wzruszenie.

Rebecca Stead podsuwa swoim młodym czytelnikom pytania o to, kiedy przemilczenie staje się kłamstwem, zmusza do zastanowienia się nad tym, co jest nieszkodliwą grą, a co oszustwem.

Rebecca Stead podsuwa swoim młodym czytelnikom pytania o to, kiedy przemilczenie staje się kłamstwem, zmusza do zastanowienia się nad tym, co jest nieszkodliwą grą, a co oszustwem. Czyni to w lekkiej i przystępnej formie, ukrywając istotne kwestie pośród warstw dobrej zabawy. „Szpieg i kłamca” wciąga pod pozorami zupełnie rozrywkowej fabuły, a niepostrzeżenie zamienia się w lekturę dotykającą delikatnych i poruszających kwestii. To, szczególnie w przypadku literatury skierowanej do najmłodszych czytelników, bardzo sensowna konstrukcja. Robert Wiśniewski

Rebecca Stead, Kłamca i szpieg, Przekład: Krystyna Kornas, Wydawnictwo IUVI, Premiera: 10 maja 2017
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Kłamca i szpieg

Rebecca Stead
Kłamca i szpieg
Przekład: Krystyna Kornas
Wydawnictwo IUVI
Premiera: 10 maja 2017
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

LEKCJA PRZYRODY A PRZEZNACZENIE

Jest taka kompletnie fałszywa mapa ludzkiego języka. Ma pokazywać, gdzie odczuwamy smaki – słony z boku, słodki z przodu, gorzki z tyłu. Jakiś facet narysował ją sto lat temu i od tego czasu zmusza się dzieci, żeby uczyły się tego na pamięć.
Ale to kicha. Ki-cha. Czyli że to w ogóle tak nie działa. Okazuje się, że nasze kubki smakowe są takie same na całym języku i każdy z nich odczuwa wszystkie smaki. Pan Landau, nauczyciel przyrody w siódmej klasie, rozwinął wyświechtany plakat z chybioną mapą języka i tłumaczy, że ludzie bardzo długo mieli mylne wyobrażenie o smaku..
Wszyscy w klasie, nawet Bob Rysowniczy, siedzą dzisiaj spokojnie i uważają, bo to pierwsze zajęcia z działu „Jak odczuwamy smaki”, zwanego też działem o przeznaczeniu. Wszyscy wierzą, że w ciągu najbliższych dni przynajmniej
jedna osoba w klasie odkryje swoje przeznaczenie: prawdziwą miłość albo tragiczną śmierć.
Tak, możliwości są tylko dwie.
Bob Rysowniczy naprawdę nazywa się Robert English. Ale jeszcze w czwartej klasie nasza nauczycielka, pani Diamatis, zaczęła nazywać go Rysowniczym, bo zawsze wyłączał się na lekcji i coś rysował swoim supercienkim pisakiem. Mówiła: „Bobie Rysowniczy, zapoznaj nas łaskawie z mnożeniem przez osiem”. Jej zadaniem było upewnić się, że nikt nie przejdzie do piątej klasy bez umiejętności błyskawicznego mnożenia w pamięci. Od tego czasu wszyscy go tak nazywają.
Podczas gdy reszta dzieciaków wsłuchuje się w każdą sylabę, którą wypowiada pan Landau, ja patrzę na błędną mapę języka i chyba chciałbym, żeby nie była błędna. Jest coś miłego w tych grubych, czarnych strzałkach: kwaśny tu, słony tam, jak gdyby wszystko miało swoje miejsce. Jak gdyby ludzki język nie był jednym wielkim chaosem.

LUDZIE, LUDZIE

Jest piątek po południu, ostatnia lekcja. WF. Pani Warner i ja przybiliśmy piątkową piątkę. Robimy tak co tydzień, bo ja nienawidzę chodzić do szkoły, a ona do pracy i żyjemy myślą o końcu tygodnia.
Gramy w siatkówkę, z wykrzyknikiem. Tak pani Warner napisała na tablicy przy drzwiach do sali: Siatkówka!
To słowo, na które patrzę, i zapach pierwszego piętra – zapach stołówki po obiedzie – budzą w mojej głowie jakieś echo, jak krzyk w oddali.
Rano stołówka pachnie smażonym i słodkim – paluszkami rybnymi i ciasteczkami. Ale po obiedzie to się zmienia. Chyba bardziej czuć pot dzieciaków i zapach śmieci. A może po prostu po obiedzie stołówka nie pachnie tym, co jeszcze przed nami. Lecz tym, co już było.
Siatkówka!
Pani Warner stoi przy siatce z rękami na kolanach, pokrzykuje do dzieciaków i uśmiecha się promiennie.
– Ta-dam! – woła, kiedy Eliza Donan, specjalnie się nie przykładając, uderza piłkę przedramieniem. – Ekstra zagrywka!
Ktoś, kto jej nie zna, mógłby pomyśleć, że za nic w świecie nie chciałaby być gdzieś indziej. Może wypróbowuje słynną teorię mojej mamy: jeśli uśmiechasz się bez powodu, w końcu naprawdę zaczynasz czuć się szczęśliwy. Mama wciąż mi powtarza, żebym się uśmiechał, i ma nadzieję, że stanę się uśmiechniętym człowiekiem, co mówiąc szczerze, jest dosyć denerwujące. Ale wiem, że bardzo się o mnie martwi, od kiedy ogłosili z tatą, że trzeba sprzedać dom. Nawet nagrała dla mnie zestaw Najśmieszniejszych amerykańskich filmów domowych. To ma być moja terapia uśmiechem.
Mówię mamie, żeby lepiej zachowała te cudowne lekarstwa na szpital. Jest pielęgniarką na oddziale intensywnej terapii, gdzie musi zaglądać do pacjentów co piętnaście minut. Chyba trudno się pozbyć takiego nawyku sprawdzania. Ale obejrzałem filmy i mnie śmieszą. Jak mogą nie śmieszyć Najśmieszniejsze amerykańskie filmy domowe? Wszystkie te stuknięte zwierzaki. Upadki i przewrotki.
Liczę, ile zostało przejść w siatkówce!, zanim będę musiał serwować, i patrzę na wielki zegar w obudowie ochronnej wiszący na ścianie. Szanse, by dzwonek wybawił mnie od serwowania, wynoszą pół na pół. Ląduję w końcu w tylnym rogu sali, trzymam piłkę na jednej dłoni i szykuję się, by uderzyć ją drugą.
Nie patrz na piłkę.
Skieruj wzrok tam, gdzie chcesz, żeby poleciała.
Rady, które mam w głowie, są bezużyteczne, bo czas zwalnia tak, że aż krzyki dzieciaków zmieniają się w coś, co przypomina podwodny śpiew wielorybów.
Jasne, że „podwodny” – mówię sobie. Gdzie indziej znajdziesz wieloryby?
Powinienem się skupić na piłce.
Czuję, przeczuwam, że uda mi się ją posłać przynajmniej na drugą stronę siatki, może nawet w to puste miejsce w drugim rzędzie, między Mandy i Gabe’a, którzy uważają, żeby się do siebie za bardzo nie zbliżyć, bo się potajemnie lubią.
A jednak przeczucia mnie zawodzą. Piłka leci wysoko, ale spada tuż obok. Uderza w boisko między nogami Dallasa Llewellyna, który stoi przede mną. Mój serw można nazwać spektakularnym fiaskiem, niektóre dziewczyny zaczynają powoli klaskać.
Klask.
Przerwa.
Klask.
Przerwa.
Klask.
To sarkastyczne oklaski. Znacie to słynne pytanie filozoficzne: jaki dźwięk daje klaskanie jedną ręką? Hm, nie wiem, ale na pewno brzmi lepiej niż klaskanie powolne.
Pani Warner krzyczy: „Ludzie! Ludzie!”. Jak zwykle, kiedy dzieciaki zachowują się wrednie, a ona nie wie, co zrobić.
Dallas podaje mi piłkę do drugiego serwu. Serwuję od razu, żeby już mieć to za sobą. Tym razem piłka leci mocno w lewo, na aut. Ale dzwoni dzwonek, dzieciaki rozbiegają się we wszystkich kierunkach i tydzień się kończy.

* * *

Idę do pani Warner, która siedzi pod ścianą na stercie składanych mat. Pisze coś na kartkach, używając podkładki.
– Miłego weekendu, Dżi! – mówi. – Daliśmy radę. Czterdzieści osiem godzin wolności i piękna przed nami.
Pani Warner stara się, żeby zdrobnienie Dżi do mnie przylgnęło. Na imię mam Georges, co się wymawia jak George*, bo s jest bezgłośne, ale oczywiście i tak niektóre dzieciaki mówią mi Dżordżes lub Śliczny**. Wszystko mi jedno. Są gorsze przezwiska niż Śliczny, nawet dla chłopaka.

* Wym. Dżo(r)dż (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
** Georges podobny jest w pisowni do angielskiego słowa gorgeous – olśniewający, śliczny.

– Halo, ziemia do Dżi! – Pani Warner macha mi ręką przed nosem. – Powiedziałam: miłego weekendu.
– Taak – odpowiadam.
Tym razem nie chcę myśleć o weekendzie, bo w niedzielę wyprowadzamy się z naszego domu. Mama będzie w szpitalu, więc jestem oficjalnym pomocnikiem taty.
Pani Warner uśmiecha się do mnie.
– Siadaj. – Klepie maty obok siebie.
Kładę się jednak na podłodze.
Parę osób postanowiło zacząć weekend od walenia piłkami w zegar. Nie uszkodzą go, bo jest w specjalnej obudowie, ale pani Warner i tak uważa, że powinna im tego zabronić.
– Zaraz wracam – mówi i leci do nich, krzycząc: – Ludzie! Ludzie!
Nie powinienem był kłaść się na ziemi. Leżenie sugeruje, że umieram, i przyciąga sępy. A jeśli nie, że umieram, to przynajmniej że jestem pokonany. I jeśli nie sępy, to na pewno Dallasa Llewellyna.
Dallas stoi nade mną. Ani się obejrzę, jak stawia mi stopę na brzuchu. Tak po prostu.
– Niezły serw, Śliczny.
To klasyczny przykład cholernego zastraszania. Tak powiedziała mama, gdy zobaczyła, co ktoś napisał na przegródce w moim kołonotatniku kilka tygodni temu. Nigdy bym jej tego nie pokazał, ale ona czasem przegląda moje rzeczy. Nazywa to nadrabianiem zaległości.
Dallas trzyma nogę w tym delikatnym miejscu tuż pod moim splotem słonecznym. Boli. Oddycham płytko, bo nie chcę, żeby uszkodził mi piętą jakiś organ wewnętrzny.
– I tak przegrywaliśmy – mówię mu, choć nie mam pojęcia, czy to prawda.
– Był remis – warczy, a ja próbuje wzruszyć ramionami, co jest trudne, gdy leżysz na plecach, a ktoś ci trzyma nogę na brzuchu.
Chcę mu powiedzieć, że losy świata nie zależą od tego, czy grupa siódmoklasistów wygra mecz siatkówki w jakiejś wiekowej szkole na Brooklynie, śmierdzącej obiadem od stu lat.
Zamiast tego łapię go za kostkę i podnoszę. Gdzieś od roku rano wyciskamy z tatą hantle – tylko takie małe, plastikowe, niebieskie, które rodzice trzymają pod łóżkiem, ale to przynosi efekty. Dallas wywija bezwładnie rękami i upada na podłogę.
Nic mu się nie dzieje. W życiu nie chciałbym mu zrobić krzywdy. Wiem, że wkrótce obaj nie będziemy o tym za bardzo pamiętać. Ale ból to ból i wolałbym go uniknąć.

CHŁOPAK W TWOIM WIEKU

W niedzielę rano stoję w holu naszego bloku i patrzę, jak ludzie od przeprowadzki wchodzą i wychodzą. Tata mówi, że przytrzymuję drzwi, ale one przecież są zablokowane porysowanym drewnianym klockiem w kształcie trójkąta, który mi przypomina klocki w kąciku do zabaw w przedszkolu. Tak naprawdę to patrzę na ten klocek i myślę o tym, jak razem z Jasonem robiliśmy megadługie podjazdy dla samochodów, i o tym, że teraz Jason ubiera się jak skateboardzista, choć wcale nim nie jest, i jeszcze o tym, że kiedy Carter Dixon czy Dallas Llewellyn przezywają mnie Śliczny, on tylko się przysłuchuje.
Wychylam się zza drzwi i patrzę na pusty chodnik, na prawo i na lewo. Jest megasłonecznie i drzewa rzucają fantastyczne cienie.
Tata jest w ciężarówce, pilnuje, żeby faceci od przeprowadzek wyciągali meble w odpowiedniej kolejności. Domyślam się, że jest mniej więcej tak pomocny jak ja, który tu pilnuję drewnianego klocka.
Coś słyszę. Jakieś dziwne brzęczenie. I chyba słyszę je już od dłuższej chwili, choć wcześniej nie zwróciłem na nie uwagi. Powinno być na to słowo: gdy coś słyszysz i jednocześnie zdajesz sobie sprawę, że ten dźwięk właściwie dociera do ciebie już od pięciu minut, choć próbujesz go ignorować.
Patrzę dokoła, żeby zorientować się, co tak brzęczy. Najpierw na staroświecki żółty żyrandol nad moją głową, potem na błyszczący srebrny domofon na ścianie. Taki z klawiaturą i małą kamerą, dzięki której ludzie w mieszkaniach widzą, kto jest w holu, zanim zdecydują, czy otworzyć drzwi. Tata już mi pokazał, jak to działa.
Robię krok w stronę domofonu i brzęczenie ustaje. Wracam do myśli o Jasonie, który był moim przyjacielem na po szkole do końca szóstej klasy, kiedy to pojechał na obóz na siedem tygodni, a we wrześniu zaczął siedzieć przy superstole, jak gdyby zawsze tam miał swoje miejsce.
Nagle gdzieś z góry dochodzą dziwne odgłosy. Głośne stukanie, trzaski i tupot nóg odbijają się echem w wykafelkowanym holu, a potem dwa psy – wielki żółty i mały czarny – ukazują się na półpiętrze. Za nimi biegnie chłopak mniej więcej mojego wzrostu. W jednej ręce trzyma splątane smycze, drugą próbuje przytrzymywać się poręczy.
Rozpłaszczam się, robiąc miejsce przy wejściu, bo jestem pewien, że psy pociągną chłopaka na ulicę. Ale nie, ciągną go prawie po kole do drzwi pod schodami. Tak szybko biorą zakręt, że chłopak skacze przez chwilę na jednej nodze i prawie się przewraca. Zupełnie jak w kreskówce.
Drzwi pod schodami są zamknięte. Psy czekają przy nich, wyginając się i merdając ogonami, podczas gdy on próbuje wyciągnąć z przedniej kieszeni dżinsów ogromny pęk kluczy. Na mnie nawet nie spojrzy. Wybiera jeden, przekręca zamek w drzwiach i otwiera je mocnym pchnięciem. Są tam kolejne schody w dół.
Psy dają nura do środka, pociągając chłopaka za sobą, i drzwi zamykają się za nimi z trzaskiem. Z głośnym trzaskiem. A potem znów jest cicho.
Dokładnie wiem, co by tata powiedział, gdyby tu był. Nie wspomniałby w ogóle o tym, co dziwne – o psach pędzących prosto do tajemniczych drzwi pod schodami ani o wielkim pęku kluczy dzieciaka. Powiedziałby tylko: „Patrz, Georges! Chłopak w twoim wieku!”.

SIR A

Pierwsze, co robi tata, to wiesza Seurata w naszym nowym dużym pokoju. Nie oryginalnego, bo to by znaczyło, że jesteśmy milionerami, ale plakat z muzeum. Od razu trochę lepiej się czuję, gdy go widzę na ścianie nad sofą, gdzie zawsze wisiał w domu. Tacie też chyba raźniej.
Dwa lata temu w wakacje pojechaliśmy do Chicago i tam, w Instytucie Sztuki, zobaczyłem, że oryginalny obraz zajmuje całą ścianę. Na naszym plakacie nie widać też, że jest namalowany wyłącznie kropkami. Małymi kropeczkami. Z bliska wyglądają jak barwne plamki, ale gdy się odsuniesz, tworzą tę piękną scenę w parku, z ludźmi spacerującymi w staromodnych ubraniach. Jest nawet małpka na smyczy. Mama mówi, że nasz Seurat przypomina jej o tym, żeby na wszystko patrzeć z dystansu i w szerokiej perspektywie. Na przykład kiedy boli ją myśl o sprzedaży domu, powtarza sobie, że to nieprzyjemne uczucie jest tylko jedną z kropek na wielkim obrazie naszego życia.
Kiedy byłem mały, myślałem, że rodzice mówią na plakat Sir A – tak się wymawia Seurat, nazwisko tego francuskiego malarza. I wciąż tak myślę o plakacie – jak gdyby to był człowiek, który zawsze z nami mieszkał.
Wyobrażam sobie, że Sir A ma pewne cechy charakteru. Jest bardzo uprzejmy. Bardzo spokojny i małomówny. I ogląda dużo telewizji.
Jak miał na imię Seurat? Georges.
Oto rada, która najprawdopodobniej nigdy się wam nie przyda: jeśli chcecie nazwać syna po Georges’u Seuracie, niech to będzie George, bez s. To mu ułatwi życie.
Kiedy Sir A jest już na ścianie (wisi równiutko), bierzemy się z tatą za kuchnię. Odpakowujemy naczynia, kieliszki i szklanki. Zadziwiające, ile się trzeba napracować przy przeprowadzce o dwanaście przecznic.
Wrzucam sztućce do szuflady, ale uświadamiam sobie, że tata pewnie dostanie zawału, gdy to zobaczy. Nie znosi bałaganu. Przestaję wrzucać i układam wszystko porządnie – widelce do widelców, łyżeczki i łyżki osobno.
Niezły z nas team. Już po chwili mamy z dziesięć wielkich reklamówek wypchanych pogniecionymi gazetami, w które pakowaliśmy różne rzeczy.
– Pokażę ci piwnicę – mówi tata. – Tam się wynosi śmieci.
Bo śmieci to moja działka.
W domu wynoszenie śmieci polegało na wystawianiu na chodnik dwu dużych pojemników na kółkach. Pchałem oba naraz, objeżdżając z dwóch stron pęknięcie na betonowej ścieżce, a potem znów je spychałem na jeden tor. To nie takie proste, jak się wydaje. Pęknięcie jest głębokie. Gdy miałem pięć lat, przewróciłem się na nim i ułamałem sobie przedni ząb. Wyobrażam sobie, jak nowi właściciele naszego domu wjeżdżają w to pęknięcie pojemnikami na śmieci, pojemniki się im przewracają i śmieci rozsypują dokoła.
Wystawiamy z tatą reklamówki z gazetami na korytarz, jest tego niezła góra, i czekamy na windę. Otwierają się drzwi, ale w środku stoi facet, a obok niego dwie walizki. Na głowie ma czapkę baseballową z rybą.
Tata mu mówi, że pojedziemy następną.
– Nie chcemy pana przygnieść – tłumaczy, wskazując na naszą stertę.
– To miło! – woła mężczyzna przez zamykające się drzwi.
Obserwujemy zdezelowaną metalową strzałkę na ścianie nad windą. Przesuwa się z trójki na dwójkę i wreszcie na H, czyli hol. Tata uwielbia takie stare gadżety, jak wielki żółty żyrandol i wykafelkowana posadzka w holu na dole, której się nigdy nie da doczyścić. Nazywa to „wyblakłą elegancją”. To się w sumie wiąże z jego nową pracą – oficjalnie wciąż jest architektem, ale odkąd go w zeszłym roku zwolnili, zajmuje się głównie postarzaniem nowych domów. Co mi się wydaje ciut szalone, bo przecież mnóstwo jest starych domów, więc czemu sobie takiego od razu nie kupić?
To, że sprzedaliśmy nasz dom, ma duży związek ze zwolnieniem taty. Mama mówi, że są tego i dobre strony, bo przecież tata zawsze chciał założyć własną firmę i teraz wreszcie to zrobił. Jak na razie ma tylko trzech klientów. Czy – jak ich nazywa – kontrahentów.