Oceń artykuł:
5.00 avg. rating (97% score) - 2 votes

Kazimierz Kutz nazwał kiedyś Tadeusza Konwickiego „Per Emigrant”, a Konwickiemu bardzo to się spodobało. Fascynowała go zagadka bytu, życie uważał za podróż. Ta podróż – czy może raczej tranzyt – przez ziemskie przestrzenie, rozpoczęła się w dniu jego urodzin, w litewskiej Nowej Wilejce, a zakończyła w Warszawie. Rozdziały pierwszej biografii pisarza „Konwicki. Cudzoziemiec tranzytowy” przypominają listy z podróży.


Konwicki. Cudzoziemiec tranzytowy„Moja biografia w kolorze przeciętności. Najpierw tej przeciętności nienawidziłem, pogardzałem nią, a na koniec się w niej zadomowiłem” – wyznaje główny bohater Małej apokalipsy. O przeciętności absolutnie nie da się mówić w odniesieniu do biografii autora rzeczonej powieści. W dodatku, Lidia Sadkowska-Mokkas, która jako pierwsza opisała historię życia Konwickiego, zrobiła to tak barwnie i porywająco, że jeśli ktoś spodziewa się odnaleźć w jej opowieści biograficznej mroczność, fatalizm i marazm Małej apokalipsy czy Kompleksu polskiego, będzie bardzo zaskoczony. Ja w każdym razie byłam. Lidia Sadkowska–Mokkas, prócz tego, że jest polonistką i dziennikarką, posiada również licencję przewodniczki miejskiej po Warszawie, być może dlatego czytając jej opowieść, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że czytam wielce osobliwy przewodnik po życiu Tadeusza Konwickiego, że przyglądam się swoistemu atlasowi jego życia. Każdy rozdział to osobny list z kolejnego etapu podroży przez życie. Ja kilka z tych „listów” spróbuję sprowadzić do czegoś na kształt pocztówki, zachęcającej do sięgnięcia po pierwszą biografię Konwickiego. Bo naprawdę warto po nią sięgnąć.

Pocztówka z Wilna

Tak sobie myślę, że można by wydać pocztówkę z Kolonią Wileńską i nadrukować na niej te oto słowa pisarza, które zamieścił na kartach Nowego Światu i okolic : „Ja się od tej Kolonii Wileńskiej nie mogę odczepić. Ta maleńka osada letniskowa, ta mikrodzielnica na peryferiach Wilna, stale mnie okrąża, oblega, osacza.” Inna pocztówka – którą można by wydać – przedstawiać powinna któreś z wileńskich kin, bo mały Tadźka – tak nazywano go w dzieciństwie – zakochany był w kinie bez pamięci i już wtedy, oglądając kolejne filmy ze swoim ukochanym Charlie Chaplinem, marzył o tym, że kiedyś może sam będzie reżyserował.

Pocztówka z Puszczy Rudnickiej

Ich dzika partyzantka odarta była z jakichkolwiek znamion patriotyzmu – czytamy o przynależności Konwickiego do AK i jego doświadczeniach partyzanckich w rozdziale „W Puszczy Rudnickiej i okolicach”. – I jeszcze ta dręcząca i mocno przygnębiająca wszystkich chłopców z lasu świadomość, że nie dorastają do miejsca. Romantycznej legendy Puszczy Rudnickiej, gdzie na każdym kroku, napotkać można krzyże i nazwy miejscowości, zawierające w sobie ślad konkretnych wydarzeń. Jak Kościelna Góra, gdzie przed laty powstańcy styczniowi wysłuchiwali mszy polowej, Czasu, kiedy po dróżkach puszczańskich odważne szlachcianki z okolicznych dworów z narażeniem życia wiozły w skrzypiących wozach krupie jęczmienne i szarpie dla rannych. A dodatkowo to bardzo wyniszczające psychikę, bo niezmiernie deprymujące poczucie bezsensu działań oraz świadomość totalnej moralnej klęski: Wracaliśmy jako bandyci. Jakiś siwy pułkownik, któryś tam z rzędu piastujący stanowisko dowódcy, wyparł się nas, chociaż jesienią zgodnym, patriotycznym jazgotem razem z innymi, nieprzejednanymi, wygonił nas do lasu – cytuje wspomnienie pisarza autorka jego biografii.

Pocztówka z Gliwic

Iluż to przyszłych artystów i literatów zaczynało jako urzędnicy! Można by napisać o tym osobny, obszerny artykuł, jednak w tym miejscu użyję tylko – jako przykładów i podkładów – nazwisk Czesława Miłosza i Jamesa Joyce’a (Sting niezbyt pasuje do tego towarzystwa, ale pracował krótko i nieefektywnie w urzędzie skarbowym), by stwierdzić, że także młody Tadeusz Konwicki był urzędnikiem niskiego szczebla w Tymczasowym Zarządzie Państwowym w odzyskanych przez Polskę Gliwicach. W 1945 roku. Wszystko wskazuje na to, że katalogował tam i inwentaryzował poniemieckie mienie, ale on sam niezbyt dokładnie to pamiętał.

Pocztówka z Krakowa

Z Gliwic Konwicki przeniósł się do Krakowa i rozpoczął studia na wydziale architektury. Wszakże zawsze lubił rysować. Wkrótce jednak porzucił ten wydział udręczony nadmiarem matematyki i przeniósł się na miejscową polonistykę. Której, notabene, ostatecznie również nie skończył. Tym co najbardziej mnie zaskoczyło w krakowskim rozdziale biografii pisarza to fakt, że często można było go spotkać w bazylice Mariackiej, gdzie służył do Mszy świętej jako ministrant.

Pocztówka z Poznania

Najważniejszym wspomnieniem Tadeusza Konwickiego z tego, zupełnie zdawałoby się, pozbawionego romantyzmu miasta, był z pewnością jego własny ślub. W dodatku ślub z wywodzącą się z artystycznej miejscowej rodziny Leniców (cóż, z malarstwem Poznań też się szczególnie nie kojarzy) Danusią, późniejszą ilustratorką książek dla dzieci, kultowych wówczas czasopism dla dzieci „Świerszczyk” i „Miś”, ale także tytułów dla dorosłych.

Pocztówki filmowe

Wspomniałam już, że dobrym pomysłem mogłoby okazać się wydanie widokówek przedstawiających miejsca związane z wileńskim dzieciństwem Konwickiego. Teraz pójdę krok dalej. A gdyby tak wydać również pocztówki z kadrami z jego filmów? Na przykład nadmorski pejzaż z „Ostatniego dnia lata”, którym to dziełem udowodnił, że film można zrobić wszędzie i za które został nagrodzony Grand Prix na Festiwalu Filmowym w Wenecji w 1958 roku. (Zresztą wiele lat później Martin Scorsese uzna go za jedno z najwybitniejszych arcydzieł polskiego kina.) Czy Zbyszek Cybulski, będący odbiciem pisarza w swego rodzaju autoironicznym zwierciadle w „Salcie”. O kadrach z magicznego obrazu „Dolina Issy” nawet już nie wspomnę. Filmy Konwickiego nie są co prawda szacowną klasyką, do której się wraca przy ważnych rocznicach, jednakże są wciąż żywe i tak wielowarstwowe, jak jego książki. Tadeusz Sobolewski powiedział kiedyś pięknie, że kiedy Konwicki robił film, jego piórem stawała się kamera.

Filmy Konwickiego nie są co prawda szacowną klasyką, do której się wraca przy ważnych rocznicach, jednakże są wciąż żywe i tak wielowarstwowe, jak jego książki.

Pocztówka z kotem

Rozdział „Iwan, syn Bazylego” to w mojej opinii lśniąca wisienka na biograficznym torcie pisarza. Rzec by można, że to po części także pocztówka z Podkowy Leśnej, bo jej bohater, kot Iwan, do warszawskiego mieszkania rodziny Konwickich przybył właśnie stamtąd. Nawiasem mówiąc, sam Konwicki lubił mawiać, że to kot z „Leśnej Podkowy”. Kot Iwan dołączył do rodziny pisarza na wyraźne życzenie jego dwóch córek Ewy i Ani. Panny Konwickie jednak, po pierwszych zachwytach nad futrzakiem i pierwszych obowiązkach, które w związku z przybyciem zwierzaka, zobowiązały się pojąć, niemal zupełnie na niego zobojętniały i koniec końców opiekę nad Iwanem przejął ich wielki ojciec. Wkrótce obu panów połączyła więź, której nie sposób było przemilczeć na kartach biografii. Dość dobrze charakteryzuje ją choćby fragment Kalendarza i Klepsydry, który Sadkowska–Mokkas cytuje w rozdziale o Iwanie.
„Moje panie są o mnie zazdrosne. Twierdzą z uporem i roznoszą po mieście, że ja rozpieszczam kota Iwana. Ale to nieprawda. Ja jeden w tym domu jestem sprawiedliwy. Dbam lojalnie o potrzeby kota, tak jak zawsze dbaliśmy o zwierzęta na Wileńszczyźnie. Lecz nie próbuję go wcale antropomorfizować. Nie czulę się do niego, ale i nie dręczę. Nie całuję go, ale i nie ciągnę za wąsy. Nie obkładam go poduszeczkami, ale i nie walę po grzbiecie gazetą.”
Ważność Iwana podkreśla również z pewnością fakt, że pojawił się nie tylko w Kalendarzu i klepsydrze swego pana, ale także w innych jego powieściach, jak choćby – i to imiennie – w Kompleksie polskim oraz w reżyserowanych przez Konwickiego filmach. Ot choćby w Lawie, w której pierwowzorem czarnego kota (bo Iwan był szary), który w barwnej, usianej kwiatami kapie przemaszerowuje po ekranie, niczym żywe preludium do Wielkiej Improwizacji. Iwanowi pod opieką Konwickiego musiało być dobrze, bowiem przeżył u jego boku 15 lat.
„Jak wygląda mój podstarzały przyjaciel? – pytał u schyłku życia Iwana jego pan, pisarz, na stronach Nowego Świata i okolic. – Otóż trzeba przyznać bezstronnie, że trzyma się krzepko i naprawdę nie wygląda na więcej niż dziesięć lat. Futro ciągle jeszcze gęste, puszyste, na brzuchu jakby przesycone cynamonem. Oko żywe, piękne, zmienne w swoich subtelnych kolorach. Wąsy jeszcze sumiaste, marszałkowskie”. Aż na koniec chciałoby się dodać, że tych ostatnich mógłby sędziwemu Iwanowi pozazdrościć sam Piłsudski…

Pocztówka z Pałacem Kultury

Bardzo ważną pocztówką z życia Konwickiego jest też na pewno widok z warszawskim Pałacem Kultury i Nauki, widniejący na okładce „Małej apokalipsy”. Ale o tym przeczytajcie już Państwo osobiście. O tym i o całym mnóstwie pozostałych, niezmiernie interesujących faktów biograficznych. Cudowna książka. Aleksandra Polewska

Lidia Sadkowska-Mokkas, Konwicki. Cudzoziemiec tranzytowy, Wydawnictwo Bellona, Premiera: 4 maja 2017
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Konwicki. Cudzoziemiec tranzytowy

Lidia Sadkowska-Mokkas
Konwicki. Cudzoziemiec tranzytowy
Wydawnictwo Bellona
Premiera: 4 maja 2017
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

OD AUTORKI

Na jego książkach i filmach wychowywały się pokolenia spragnionych wolności Polaków. Po premierze Kalendarza i klepsydry recenzje ukazywały się nieprzerwanie przez trzydzieści siedem tygodni. Jego utwory, zwłaszcza te publikowane poza głównym nurtem wydawniczym, w drugim obiegu, ze względu na niewielki nakład wypożyczano sobie po uiszczeniu kaucji, która wynosiła niekiedy jedną trzecią przeciętnych polskich zarobków. Kiedy po raz pierwszy, już oficjalnie, ukazała się Mała apokalipsa – powieść legenda, bestseller czasów PRL – sprzedawano ją bezpośrednio z ciężarówki stojącej na rogu Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich. I tylko jednego dnia sprzedaż na stołecznych ulicach osiągnęła rekordowy pułap – pięć tysięcy egzemplarzy. To sukces, o jakim współczesny autor może tylko pomarzyć.
Jednak zanim Konwicki ukształtował styl swojego pisarstwa, był okres „burzy i naporu”, nie zawsze trafnych wyborów ideologicznych, licznych życiowych błędów, zawiedzionych nadziei, rozczarowań. Szukanie własnej drogi zajęło mu sporo czasu i kosztowało wiele zdrowia. W rezultacie na własnym przykładzie pokazał, że każde doświadczenie, nawet to najbardziej negatywne, usilnie wypierane ze świadomości za sprawą „usłużnej pamięci”, stanowi zaczyn czegoś nowego.
Do powojennej Polski, w pojałtańskich granicach, przybył z Kresów – krainy pięknych pejzaży i prostych wartości. Pomimo upływu lat nie wyzwolił się nigdy z poczucia obcości. W książkach i filmach Konwickiego nieustannie powracają te same miejsca oraz zdarzenia. Nowa Wilejka, gdzie się urodził, Kolonia Wileńska, w której mieszkał z ciotecznymi dziadkami Blinstrubami, Wilno, w którym mieściło się renomowane Gimnazjum im. Króla Zygmunta Augusta – to samo, do którego przed laty uczęszczał starszy o kilkanaście lat od Konwickiego Czesław Miłosz, który zachował w pamięci podobne pejzaże.
Autor Małej apokalipsy, na wzór romantycznych antenatów, pielęgnował wileńskie krajobrazy. Najlepiej czuł się wówczas, gdy udało mu się zaprowadzić swoich literackich bohaterów w zakola malowniczej Wilenki. „Pomyślałem sobie nie bez złośliwości – pisał przed laty Antoni Słonimski – że gdyby terenem przygód młodzieńczych Konwickiego był Grójec albo Sochaczew, trudniej byłoby nas oczarować. Bez wielkiego protoplasty, bez protektoratu jego słowa cóż by nas obchodziły te Tuhanowicze? Któż by pamiętał imię córki Wereszczaków?”. A w innym miejscu i okolicznościach Słonimski, którego Konwicki cenił jako literata i społecznika, pytał i sprytnie insynuował: „Tadzio pochodzi z Wileńszczyzny – bardzo ładnie, ale chciałbym wiedzieć, co by zrobił, gdyby pochodził z Bydgoszczy i miał Bydgoszcz do zaklęcia w kawałki bursztynu”.
Na raj bezpowrotnie utracony, Wileńszczyznę, nałożyły się zrządzeniem losu obrazy Warszawy. Miasta, w którym osiadł (chociaż tego nie planował) i przeżył większość swojego życia. Warszawa pojawi się w różnych porach roku, odsłonach, ujęciach. W wersji realistycznej lub kompletnie odrealnionej: plac Trzech Krzyży, Wiejska, Frascati, Nowy Świat, most Poniatowskiego, Krakowskie Przedmieście, Świętokrzyska, Chmielna, Ordynacka, róg Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich. I wreszcie najbardziej eksponowany element miejskiego pejzażu, „martwa dekoracja teatralna”, „architektoniczny niebotyk”, „pomnik pychy”, „statua niewolności”, „kamienny tort przestrogi”, „obca świątynia”, „piramida”, „cacko”, „przedpotopowy pterodaktyl”, „wieża Babel”, „zagasła pochodnia”, „dziwna budowla”, „mały szalet zagubiony na środkowoeuropejskim rozdrożu”, a może, sądząc po częstotliwości występowania w prozie i filmach Konwickiego, mistrz pierwszego planu, znak firmowy oraz nieustannie powracająca obsesja – Pałac Kultury. Niechciany, „dwuznaczny podarek od przyjaciół Moskali”, symbol „podbicia i zniewolenia”, który z czasem pięknie się zdemokratyzował i wrósł, jak żadna inna socrealistyczna budowla, w przestrzeń miasta. Widział go codziennie, kiedy stał na balkonie bloku z epoki późnego stalinizmu przy Górskiego lub kiedy wyruszał w miasto. „Oto mój pałac, który śni mi się po nocach i któremu ja śnię się po nocach” – pisał we Wschodach i zachodach księżyca.
Po nieudanej przygodzie z socrealizmem oraz „inżynierią społeczną” postanowił jeszcze uporczywiej wplatać w książki, filmy, wywiady najbardziej osobiste wątki. Zdarzało się, że to samo wydarzenie miało równocześnie kilka różniących się w zasadniczych szczegółach wersji. „Przyłapany” przez rozmówców, którzy cytowali jego wcześniejsze zapisy czy wypowiedzi, niejednokrotnie zasłaniał się brakiem pamięci. Twierdził, że bardziej od konkretnych faktów zapamiętuje emocje, nastrój oraz ogólną atmosferę, jakie im towarzyszyły. „Klimaty moralne”, które decydują o postępowaniu i ostatecznie rzutują na zachowanie ludzi. W życiu, podobnie jak w sztuce, unikał dosłowności. Najbardziej pociągające okazywało się wszystko to, co niedopowiedziane, głębokie, niosące tajemnicę. Zamiast tradycyjnej, sfabularyzowanej, epickiej opowieści proponował czytelnikowi utwór otwarty, pola do uzupełnienia, powieściową grę. Zespoloną z różnorodnych, na pozór niejednorodnych, kawałków epicką hybrydę, stanowiącą skrupulatny zapis współczesnej kondycji człowieka, twórcy. To od czytającego miało ostatecznie zależeć, czy w ogóle podejmie się oddzielenia tego, co wydaje się prawdopodobne, a nawet autentyczne, od tego, co na potrzeby fikcji literackiej zupełnie odrealnione i zmyślone. Jeśli czytelnik podąży ścieżką zasugerowaną przez pisarza, pozbiera skrawki tego osobowościowego kolażu, polifonicznie rozpisanego w utworach na różne postacie, okaże się, że tak naprawdę bohater jest jeden. „Mylę literaturę z życiem. Swój pospolity życiorys ogłaszam dziełem literackim” – pisał w Małej apokalipsie. A kilka lat później w Nowym Świecie i okolicach dodawał: „Literatura faktu. Ja jestem faktem mojej literatury”, „Piszę ciągle tę samą książkę”. W Pamflecie na siebie, ostatnim utworze, dowodził: „Książka, dobra czy zła, jest portretem własnym autora”.
Genialny mistyfikator życia, wodzący czytelnika ze swadą i urokiem po ostępach swojej wyobraźni, który poprzez kreowane przez siebie światy nieustannie dąży do odkrycia sensu i prawdy. Zamiast tej samej przestrzeni wędrówki po dziwnych, nierzadko podejrzanych, trudno dostępnych miejscach. Zamiast tradycyjnej fabuły – narracja autorska, sylwa à rebours, „pokraczny raptularz”, „łże-dziennik”, „apokryf autobiograficzny”, poetyka pastiszu i eseju, autotematyzm, „proza totalna”. Zamiast czasu realnego – nieustanne wycieczki w przeszłość i przyszłość, czas psychologiczny, a raczej, jak mówił sam Konwicki, czas „zachciany” i „odwołany”. Zamiast płaskiego, jednorodnego obrazu świata – wrażenie chaosu i rozbicia, świadomość zmienności, poczucie wszechpanującego relatywizmu. Zamiast jednorodnego, konkretnego bohatera – pastisz bohatera, bohater „zbiorczy i persyflażowy”. Zamiast wiernie odtwarzanej biografii – mitobiografia. Powracające nieustannie w różnych ujęciach wątki, tematy, miejsca. Wiodący bohater, czyli sam autor, spiritus movens całości, Tadeusz Konwicki, Tadzia, Tadźka, Konwa na różnych planach przestrzennych i czasowych. Zmyślny Proteusz, sprzedający w umownej konwencji szczerości prawdę o sobie. „Chytry Litwin” świadomie podejmujący grę z czytelnikiem, widzem. Literat (bo słowa pisarz nie lubił) piszący z autentycznej, wewnętrznej potrzeby, nie tylko, aby odcisnąć „monogram na naszej ścianie płaczu”, zostawić jakiś ślad, „kamuszek na tej drodze bez początku i końca”, lecz także po to, by dodać, tak po ludzku, otuchy drugiemu człowiekowi. Pracą jest wszystko to, co przynosi pożytek, a sztuką to, co pomaga żyć. „Chcę być przechodniem, którego człowiek spotyka w życiu i chciałbym pomachać, dać mu znak, że nie jest zupełnie sam”.

TOŻSAMOŚĆ

Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych…”, do mitycznej Wileńszczyzny w wydaniu Mickiewicza, ale przede wszystkim swoim własnym będzie nieustannie powracał. W Kalendarzu i klepsydrze pojawią się znaczące słowa: „Miałem dwie matki i mam dwie ojczyzny krajobrazu, tęsknoty, pamięci”1, a w Nowym Świecie i okolicach tak będzie tłumaczył się ze swojego uzależnienia od Kresów: „Ja się od tej Kolonii Wileńskiej nie mogę odczepić. Ta maleńka osada letniskowa, ta mikrodzielnica na peryferiach Wilna stale mnie okrąża, oblega, osacza”2.
„Najlepiej i najpewniej mi idzie pisanie – tłumaczył w filmie Przechodzień Andrzeja Titkowa – dopiero wtedy, kiedy swoich bohaterów zaprowadzę w te miejsca swojego dzieciństwa. Wilna, które w przeróżny sposób adaptuję do sytuacji powojennej, współczesnej”3.
Przyszedł na świat w pierwszy dzień kalendarzowego lata, kiedy w przyrodzie przesilają się dziwne siły i moce, 22 czerwca 1926 roku, w Nowej Wilejce – w mieście ważnego węzła kolejowego oraz wielkich garnizonów wojskowych. Melodią jego dzieciństwa był gwizd i stukot pociągów wjeżdżających na dworzec. Jako malutkie dziecko mógł obserwować wagony ciągnące zarówno na północ, do Dyneburga i dalej na Łotwę, jak i w kierunku Mołodeczna, aż do Moskwy i Leningradu. Oczywiście nic mu wówczas te obco brzmiące, prawie egzotyczne nazwy nie mówiły. W Pół wieku czyśćca przekonywał, że biorąc pod uwagę pochodzenie, stanowi często występującą na Wileńszczyźnie „ohydną hybrydę”, mieszankę polskości i rosyjskości, karmazyna i proletariusza, ma jednocześnie korzenie robotnicze i drobnoszlacheckie.
W rodzinie nie było szczególnych paranteli: „Ja jestem z pauperyzującej się i degradującej polskości na Litwie, która podlegała bardzo ostrej rusyfikacji i deklasacji”4. W rodzinie od strony matki najczęściej przewijały się swojsko brzmiące nazwiska o proweniencji litewsko-białoruskiej: Kieżunów, Pieślaków, Wieszunów, Blinstrubów czy Sworobowiczów, a więc w większości środowiska miejscowej, drobnej, spauperyzowanej zaściankowej szlachty. „Jacy byli ci ludzie o zlitewszczonych nazwiskach i spolszczonych duszach, o spolszczonych nazwiskach i zlitewszczonych duszach?”5 – pyta w Kronice wypadków miłosnych.
Nazwiska na Wileńszczyźnie były swoistą rodową pieczęcią. Miały swoje barwy i znaczenia. Wiele mówiły o rodzinnych korzeniach danego człowieka. Bo rodziny, podobnie jak nazwiska, splatały się ze sobą. W Pamflecie na siebie napisze, że po kądzieli wywodzi się w prostej linii z Pieślaków, którzy zamieszkiwali w Krzyżówce, czyli pierwszej stacji pocztowej za Wilnem, na szlaku wiodącym do Petersburga. Na tej stacji, jak opowiadano, przy zmianie koni został pojmany Szymon Konarski, „samotny patriota i rewolucjonista”, stracony na stoku Góry Giedymina w Wilnie.
Sama rodzicielka, Jadwiga z Kieżunów, gospodyni, niczym specjalnie się nie trudniła, od czasu do czasu, gdy czuła się lepiej, wynajmowała się do pracy. Uwielbiała podróże, dlatego ciągle była w drodze. „Chorowała i podróżowała. Pół roku u brata, trzy kwarty u siostry, lato u kuzyna, zima u siostrzeńców. Moja mama kochała być u kogoś. Moja mama lubiła kibicować. Doradzać, podziwiać, usługiwać. I od czasu do czasu, a raczej dosyć często, zabankietować. To znaczy znaleźć się u szczytu stołu i błyszczeć”6 – podsumowywał, chyba z lekką przesadą, towarzyskie upodobania i rodzinne wędrówki matki we Wschodach i zachodach księżyca. Z lubością uprawiała przy okazji „proceder chorej”: zażywała proszki, piła cudowne mikstury, okładała się kompresami, a ponadto nieustannie: „Pojękiwała, stękała, wzdychała. Mówiła o kolkach, łupaniach, pieczeniach, strzykaniach, zadyszkach, gorączkach, dusznościach, mgłach w oczach i bólach w piersiach. I tak dożyła siedemdziesięciu ośmiu lat”7.
Jej życie to nic innego, będzie przekonywał, jak obrazowo ujęta zgrzebna, wileńska wersja „Śniadania u Tiffany̓ego”. Pomimo trudów egzystencji zawsze usilnie starała się zachować styl, grać wielką panią, mimo że nigdy nie posiadała ani pieniędzy, ani własnego kąta8. Chciała być kimś, ale nie w sensie wywyższania się nad innymi, nie cudzym kosztem, nie za cenę czyjejś krzywdy. Nie chciała żądać lub brać, ale pragnęła mieć okazję, żeby dawać.
Przez długie lata Konwicki nie mógł zrozumieć i mentalnie oswoić etymologii panieńskiego nazwiska matki. Może dlatego, że w czasach jego dzieciństwa popularnym powiedzeniem było „podkieżyć sobie”, czyli „podpić”9. Po latach wielką radość sprawiło mu odkrycie córki Marysi, która odnalazła w Internecie linię genealogii Kieżunów. Z kolei profesor Aleksander Gieysztor w Mińsku znalazł dokumentację historyczną potwierdzającą, że niejaki Vytautas Kieżunas wsławił się męstwem w bitwie pod Grunwaldem. Ostateczne spolonizowanie brzmienia nazwiska i jego zamiana z Kieżunas na Kieżun miały nastąpić w XVI wieku. „Tak, że ja, który się trochę wstydziłem tego nazwiska matki, nagle się wyprostowałem i szedłem po ulicy z wyprostowaną głową”10 – przyznawał po latach w rozmowie z Kanieckim.
O rodzinie ojca nie wiedział prawie nic. On sam opuścił go ostatecznie w marcu 1929 roku, kiedy syn był zaledwie trzyipółletnim, tak mało jeszcze rozumiejącym świat dzieckiem. Na zawsze „niczym flashback filmowy” utkwiły mu w pamięci ostatnie chwile ojca, kiedy po kolejnym ataku gruźlicy leżał oparty o jakąś sczerniałą od starości, żeliwną wanienkę, na wyszorowanych deskach podłogi, w splamionej czarną krwią koszuli w kuchni w Nowej Wilejce. I powoli odchodził „w daleką drogę”. Po latach wracać też będzie „pamięć woskowych rąk, woskowych skroni, woskowych włosów, woskowej trumny, woskowych świec. Pamięć zdeptanych zelówek, niebieskich paciorków różańca i czarnego krzyżyka z wyświeconymi brzegami”11. Kiedy pojawił się na świecie, jego ojciec, notabene drugi mąż matki, Michał, nie był młodzikiem, ale doświadczonym przez życie pięćdziesięcioletnim mężczyzną, a w tamtych czasach, jak pisał Konwicki w Kalendarzu i klepsydrze: „[…] pięćdziesięcioletni mężczyźni nie nosili dżinsów i nie chodzili do dyskoteki. Pięćdziesięcioletni mężczyźni umierali wtedy jako zgrzybiali starcy na gruźlicę, anginę pectoris albo uremię”12.
Z najwcześniejszego dzieciństwa pozostały mgliste wspomnienia i strzępki informacji o losach ojca. To, że w wieku dziesięciu lub jedenastu lat Michał Konwicki najprawdopodobniej rozpoczął samodzielne życie, pracował jako pomocnik w jakiejś fabryczce. Kim byli dziadkowie od strony ojca? „Z kim moja babka Maria albo Helena – bo już dobrze nie pamiętam – miała grzeszny romans zakończony tak niefortunnie? […] Dlaczego los mego ojca był losem wyrzutka, przeklętego bastarda, bezdomnego psa?”13 – pytał w Kalendarzu i klepsydrze.
Tożsamościowe dociekania i historia grzesznego romansu matki ojca, babki Heleny Konwickiej, z Żydem Eliaszem Szyrą zdominowały najbardziej liryczną powieść Konwickiego Bohiń. Rzecz dzieje się w 1875 roku w małym folwarczku, nad rzeką Wilią koło Bujwidz, które również zaliczał do miasteczek swojego dzieciństwa. Mimo to, jak podkreślał w jednym z wywiadów, w utworze nie odtwarzał prawdziwych dziejów rodziny, a poruszał się wyłącznie w świecie „kompletnej fikcji, fantazji i wyobraźni”14. Ze strony ojca przeraźliwa „pustka” i „czarna dziura”, będzie pisał w Pamflecie na siebie. Absolutna cisza. Prawie żadnych dokumentów, zero śladów, majątków. Brak rodowodu, a nawet grobu. Tylko jedna fotografia, a na niej twarz nieznanego mu człowieka, mężczyzny w sile wieku, a nawet starszego, z charakterystycznym „proletariackim” uczesaniem z przedziałkiem pośrodku głowy, o „twardej szczęce” i „niedużych wąsach”. Po latach będzie wspominał ogromny, nieustannie zalany słońcem stok wzgórza za Nową Wilejką, a na szczycie niewielki cmentarz, gdzie pochowano jego ojca. Miejsce, gdzie chyba kiedyś go zabrano i kazano się modlić.
Tysiąc razy starał się wyobrazić sobie ojca ojca, swojego dziadka, zrozumieć, dlaczego nie mógł postąpić honorowo i uznać syna. Co „w tym anachronicznym mikroświecie Wileńszczyzny” drugiej połowy dziewiętnastego wieku stało na przeszkodzie, aby tak właśnie było? „Jakie przekleństwo – pytał – zawisło nad nieznaną kobietą i nowo narodzonym dzieckiem? Co kazało wyrzec się tego dziecka na zawsze?”15. „Usłużna” wyobraźnia podsuwała kilka równoległych wariantów dziadka, którym – co niewykluczone – mógł być młody, piękny Żyd z Oszmiany, Mejszagoł lub Święcian. „Młody Żyd, kupiec wędrowny, uczony talmudysta lub poeta piszący nostalgiczne wiersze w strasznym żargonie jidysz”16. I nadal aktualne, pomimo upływu czasu, pytanie: Kim właściwie był ojciec? Może rzemieślnikiem: kowalem czy ślusarzem, a może nauczycielem w szkole rzemieślniczej? Trudno powiedzieć.