Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

W książce „Obrońca skarbów” dziennikarka Marta Grzywacz opisała jak w przededniu II Wojny Światowej starano się ukryć najcenniejsze dzieła sztuki i jak po wojnie poszukiwano tych, które nazistom udało się zagrabić.


Obrońca skarbówLatem 1939 roku tylko część polskich muzealników potraktowała poważnie groźbę nadchodzącej wojny. Złudna nadzieja na zachowanie pokoju, winna ich bezczynności, sprawiła jednocześnie, że cenne artefakty łatwo wpadły w ręce okupantów. Garstka ludzi, świadomych zagrożenia, podjęła próby – mniej lub bardziej udane – ukrycia najcenniejszych dzieł. Najaktywniejszym pośród nich był Karol Estreicher, wówczas trzydziestotrzyletni potomek znamienitej krakowskiej rodziny profesorskiej, od pokoleń zasłużonej dla miasta. Marta Grzywacz uczyniła go centralną postacią swojej opowieści wraz z ołtarzem z Kościoła Mariackiego, który starał się uratować przed zagrabieniem przez Niemców.

Nie jest to jednak książka o jednej postaci i jednym dziele. Marta Grzywacz z upodobaniem odbiega w anegdoty i wprowadza dodatkowe wątki powiązane z głównym tematem, takie jak burzliwe dzieje Wita Stwosza, norymberskiego artysty, który w XV wieku stworzył słynny ołtarz czy omówienie przedwojennych planów Hitlera, co do utworzenia wielkich przestrzeni muzealnych i eksponowanie w nich dzieł sztuki, a także powiązane z tym zamysłem działania znakomicie wykształconych profesorów i znawców przedmiotu działających na jego usługach, którzy w latach trzydziestych pod pozorem prowadzenia badań naukowych, nie wywołując wówczas żadnych podejrzeń, uzyskali od swoich polskich kolegów po fachu wszelkie informacje potrzebne do dokonania późniejszych, wojennych grabieży.

Marta Grzywacz zagląda też do Wielkiej Brytanii, Belgii, Holandii i Francji, przypomina czytelnikom, że także i te kraje znalazły się w kręgu zainteresowania nazistowskich złodziei dzieł sztuki, a muzealnicy podjęli starania mające na celu ukrycie wartościowych przedmiotów.

Osobne rozdziały omawiają działania żołnierzy alianckich wyznaczonych do ochrony zabytków na terenach wyzwalanych spod nazistowskiej okupacji i poszukiwania skradzionych dzieł. Akapity poświęcone odnajdywaniu skrytek w kopalniach i tajnych bunkrach w opisie Marty Grzywacz przywodzą na myśl przygody poszukiwaczy różnorodnych precjozów albo kadry z powstałego na podstawie książki Roberta M. Edsela i Breta Wittera filmu „Obrońcy skarbów” („The Monuments Men”) w reżyserii George’a Clooneya – przedstawiającego walkę o ocalenie dóbr kultury u kresu II Wojny Światowej.

W tych fragmentach także znalazło się miejsce dla Karola Estreichera, niezłomnego w swych staraniach o sprowadzenie do Krakowa odnalezionego w Norymberdze ołtarza. Estreicher, co bezpośrednio wynika z jego notatek cytowanych przez Martę Grzywacz, okazał się niezwykle przenikliwym komentatorem rzeczywistości i chociaż w pełni rozumiał sytuację Polski, wciąż zniewolonej przez komunistyczny Związek Radziecki, to pojmował także, jak wielką wartość dla podtrzymania ducha w narodzie ma przywrócenie mu tak istotnych symboli, jak rozpoznawalne niemal przez każdego mieszkańca Polski dzieła sztuki. Przenikliwości takiej zdecydowanie zabrakło oponentom Estreichera postulującym by skarby dziedzictwa narodowego pozostały poza granicami dopóki kraj znajduje się pod sowieckimi wpływami.

To książka, którą można uplasować gdzieś pomiędzy fabularyzowanym reportażem, a opartą na faktach prozą sensacyjno-przygodową.

W kwestii formy „Obrońcy skarbów” bliżej do powieści historycznej niż pracy naukowej. To książka, którą można uplasować gdzieś pomiędzy fabularyzowanym reportażem, a opartą na faktach prozą sensacyjno-przygodową. Jest przystępna w czytaniu, sprawia jednak wrażenie pewnej umowności, szczególnie w warstwie dialogów – w większości wymyślonych czy odczuć i wrażeń przeżywanych przez bohaterów. Mimo to książka ta ma wszelkie walory pracy popularyzatorskiej przybliżającej czytelnikom kwestię wojennych grabieży dzieł sztuki i wieloletnich wysiłków zmierzających do ich odnalezienia oraz przywrócenia prawowitym właścicielom.

Co więcej w tej historii nie padło ostatnie słowo, ponieważ jest jeszcze całkiem sporo zaginionych dzieł – jak chociażby „Portret młodzieńca”, obraz z początku XVI wieku, pędzla Rafaela Santiego – których wojennych i powojennych losów nie udało się ustalić. Zadanie to należeć będzie do kolejnych pokoleń historyków i znawców sztuki. Agnieszka Kantaruk

Marta Grzywacz, Obrońca skarbów, Karol Estreicher – w poszukiwaniu zagrabionych dzieł sztuki, Wydawnictwo PWN, Premiera: 24 marca 2017

Obrońca skarbów

Marta Grzywacz
Obrońca skarbów
Karol Estreicher – w poszukiwaniu zagrabionych dzieł sztuki
Wydawnictwo PWN
Premiera: 24 marca 2017

PROLOG

Potężne stalowe drzwi zamykają się za nimi z głuchym trzaskiem. Niskie, prawie puste pomieszczenie bez okien rozjaśnia tylko mdłe światło pojedynczej żarówki, która zwisa z sufitu na kawałku kabla, a teraz kołysze się lekko od podmuchu powietrza i rzuca na boki długie cienie. Pod ścianą stoją cztery miedziane skrzynki, obok leżą stos szklanej waty i narzędzia murarskie. Zakładają rękawiczki, żeby włókno nie poraniło im rąk, i pracują w milczeniu, każdy element owijając osobno. Berło, korona, jabłko, miecz i włócznia św. Maurycego to tylko niewielka część z trzydziestu dwóch insygniów koronacyjnych Świętego Cesarstwa Rzymskiego, bo reszta spoczywa bezpiecznie w innym miejscu.
Klejnoty koronne wywieziono ze skarbca w wiedeńskim Pałacu Hofburg po Anschlussie Austrii w 1938 roku. Führer zgodził się wówczas z argumentami nadburmistrza Norymbergi Williego Liebla, że właśnie to miasto, jako siedziba średniowiecznych cesarzy, będzie najwłaściwszym miejscem do przechowywania insygniów władzy Tysiącletniej Rzeszy.
Willi Liebel uśmiecha się na wspomnienie tego dnia – pociąg złożony z ośmiu wagonów pod strażą SS dotarł do Norymbergi 30 kwietnia 1938 roku, a krótko potem w kościele św. Katarzyny regalia zostały wystawione na widok publiczny. Skarbu strzegło dwudziestu dwóch esesmanów, z balkonu kościoła rozbrzmiewały dźwięki trąb, chór śpiewał fragment opery Meistersinger von Nürnberg Wagnera, a nadburmistrz Willi Liebel witał gości w „najbardziej niemieckim z niemieckich miast”. Jego Norymberga miała odtąd łączyć przeszłość z przyszłością, stanowić kwintesencję niemieckiego ducha, centrum kultury i dowód na potęgę Niemiec. „Frannkischer Kurier” pisał, że „święte imperium narodu niemieckiego powstało w nowej formie, a insygnia dawnej Rzeszy znowu nabrały znaczenia”.
Nadburmistrz z żalem odpędza dobre wspomnienia. Teraz ma inne zadanie. Heinrich Himmler kazał mu dopilnować ukrycia największych skarbów przechowywanych w Norymberdze, bo alianci są coraz bliżej. Stoi więc i patrzy, jak dwaj urzędnicy Rady Miejskiej – Walter Friese i Heinz Schmeissner – zabezpieczają cesarskie regalia przed wilgocią za pomocą szklanej waty i pakują je do miedzianych skrzyń, a następnie zabierają się za przygotowanie betonowej zaprawy.
W położonym na głębokości dwudziestu trzech metrów bunkrze Panier Platz robi się coraz goręcej. Friese ociera pot z czoła i zaczyna wkładać skrzynie do wykutego w ścianie otworu.
– Gotowe, możemy zamurowywać – mruczy.
Willi Liebel przygląda się, jak kolejne cegły wypełniają lukę w murze, i dopiero szuranie szpachli wyrywa go z zamyślenia.
– Dziękuję panom – głos ma nieco zachrypnięty. W suchym powietrzu unoszą się drobiny kurzu. – Znają panowie dalsze instrukcje – spogląda na swoich pomocników i, nie czekając na potwierdzenie, dorzuca: – Miejmy nadzieję, że nasze wysiłki nie pójdą na marne. Heil Hitler! – podnosi rękę na pożegnanie i szybko kieruje się do wyjścia. Stalowe drzwi znowu wydają z siebie głuchy trzask.
– Oberbürgermeister był wówczas na skraju wyczerpania psychicznego – powie Friese parę tygodni potem przesłuchującym go Amerykanom. – Jakby czuł, że nie ma już nadziei.
Po wyjściu z bunkra Liebel idzie w stronę zamkowego wzgórza, żeby z góry popatrzeć na Norymbergę. Po drodze zapina płaszcz. Zbliża się wiosna, ale powietrze jest jeszcze rześkie. Wspinając się po zboczu, oddycha ciężko. Już dawno powinien był zrzucić parę kilogramów.
Tak, Friese miał rację. Tego dnia, 31 marca 1945 roku, nadburmistrz przeczuwa, że koniec jest bliski. Wiszące nad miastem ciężkie, granatowo-sine chmury odcinają się od spopielałych dachów renesansowych kamienic i wież gotyckich kościołów, które strawił ogień. Norymberga wygląda jak widmo dawnej siebie, blada i krucha, gotowa rozsypać się w proch przy najlżejszym podmuchu wiatru. Brytyjczycy i Amerykanie nie mieli dla niej litości. Alianckie naloty w styczniu i lutym 1945 roku sprawiły, że miasto powoli zaczęło znikać z powierzchni ziemi.
„Ale czy nie tego właśnie chciał Führer?” – myśli Willi Liebel, spoglądając z góry na kikuty budynków, odarte z tynku niczym ze skóry, które sterczą na tle nieba, nadając miastu upiorny wygląd. „Jeśli przyjdzie nam przegrać tę wojnę, nie wolno pozostawić po sobie niczego, co mogłoby służyć wrogowi” – tak mówił we wrześniu 1944 roku. Już wtedy losy wojny były przesądzone. Tuż po spotkaniu z Führerem Liebel zaprosił do willi Wannsee w Berlinie głównego architekta Rzeszy, Alberta Speera, żeby zdać mu relację. Usiedli w nasłonecznionym ogrodzie, z dala od ciekawskich spojrzeń i uszu urzędników. Zarządzenie Hitlera było proste – w razie przegranej trzeba wysadzić w powietrze fabryki, gazownie, elektrownie, wodociągi, centrale telefoniczne. Gospodarstwa chłopskie mają zostać spalone, bydło wybite, a zapasy żywności zniszczone. 7 września 1944 roku „Volkischer Beobachter”, komentując słowa Hitlera, pisał: „Wróg powinien zastać zniszczoną każdą ścieżkę, a każdą ulicę zagrodzoną. Nie spotka on na swej drodze niczego, jak tylko śmierć, zniszczenie i nienawiść”.
Willi Liebel myśli z goryczą, że w dziele zniszczenia Niemców wyręczyli alianci. W ramach morale bombing, czyli łamania niemieckiego ducha, tylko jednego dnia, 2 stycznia 1945 roku, zrzucili na norymberską starówkę 2300 ton bomb. W rezultacie stare miasto, budowane przez dziewięćset lat, przestało istnieć w ciągu jednej godziny. Zamku Cesarskiego już prawie nie ma, na wzgórzu stoi tylko samotna wieża Sinwell. Nadburmistrz cieszy się więc, że już wcześniej zabezpieczył przed alianckimi nalotami większość cesarskich regaliów i dumę Norymbergi – ołtarz genialnego norymberczyka Wita Stwosza, przywieziony z Krakowa jeszcze na początku wojny.
Niełatwo było znaleźć schronienie dla potężnych, prawie trzymetrowych rzeźb, ale udało się i teraz Willi Liebel jest pewien, że alianci nieprędko je odnajdą. Jeszcze parę miesięcy temu marzył, że po wojnie ołtarz stanie w trzynastowiecznym kościele pod wezwaniem św. Wawrzyńca jako kolejny dowód na aryjską wyższość, potęgę, słusznie sprawowaną nad światem władzę. Wydaje się, że to było wieki temu…
Mimo wszystko Willi Liebel jest z siebie dumny. Wiele zrobił dla tego miasta. To on pozbył się z Norymbergii Żydów, wysyłając ich do obozów pracy, to on sprowadził tu tysiące robotników przymusowych, to on zarządzał miastem, które dostąpiło zaszczytu organizacji wielkich zjazdów NSDAP kładących propagandowe podwaliny nowej Trzeciej Rzeszy. Pamiętał tłumy na ulicach w 1934 roku, uwiecznione przez Leni Riefenstahl w filmie Triumf woli. Przestrzeń, w której odbywał się wówczas zjazd, została zaaranżowana tak, żeby ułatwić jej pracę – wzniesiono wieże oświetleniowe, dźwigi, pomosty. Ekipa filmowa liczyła ponad sto dwadzieścia osób, dzień i noc pracowało trzydzieści kamer.
Leni nie zawiodła oczekiwań Führera. Wszyscy mogli zobaczyć Wodza, który niczym nowożytny Cezar jedzie w odkrytym samochodzie, witany przez tłumy uśmiechniętych i wiwatujących norymberczyków. Wszyscy widzieli, jak średniowiecznymi ulicami maszerują tysiące żołnierzy III Rzeszy – młodych, silnych, zdrowych – a w obozach Hitlerjugend czekają kolejni, gotowi stawić się na każde wezwanie Führera. Wszyscy mogli posłuchać partyjnych dygnitarzy głoszących z mównicy na placu Defilad chwałę Niemiec, potrzebę jedności, wartość pracy i obietnicę dobrobytu, który daje nazizm.
To on, Willi Liebel, rozkazał wyciąć cztery tysiące dębów i przenieść w inne miejsce norymberskie zoo, żeby Albert Speer, wzorując się na rzymskich Polach Marsowych, mógł wybudować ten wspaniały plac Defilad. Miał on powierzchnię 16,5 kilometra kwadratowego. Jego centrum stanowiły trybuna na sto pięćdziesiąt tysięcy osób i potężna hala kongresowa – budynek w kształcie podkowy – który ochrzcili mianem „koloseum”. Wytyczono też dwukilometrową ulicę o szerokości 60 metrów, żeby oddziały niemieckiej armii mogły paradować przed Führerem w czterdziestoosobowych rzędach. Co zaskakujące, wielkie dzieło Speera oparło się alianckim nalotom i było prawie nienaruszone. „Może więc nie wszystko jeszcze stracone?” – myśli nadburmistrz i spogląda w niebo. Zanosi się na deszcz. Chmury nad miastem są coraz cięższe.
Ostateczna batalia o Norymbergę rozpoczyna się 16 kwietnia 1945 roku i tego dnia Willi Liebel razem z kilkoma innymi nazistami schodzi do bunkra Palmenhof, obok Kwatery Głównej Gestapo, skąd prowadzona jest obrona miasta.
Amerykańskie wojska wkraczają do Norymbergi 20 kwietnia 1945 roku, a pięć dni później grupa cywilów, oddelegowana do grzebania ciał zabitych, odkrywa w Palmenhof ciało mężczyzny z kulą w głowie. Obok leży pistolet dużego kalibru. Twarz trudno rozpoznać, ale martwy ma na małym palcu sygnet w wygrawerowanymi inicjałami W.L., a w kieszeni chusteczkę z takim samym monogramem, więc Amerykanie są prawie pewni, że to ciało nadburmistrza Williego Liebla, który prawdopodobnie popełnił samobójstwo. Potwierdzają to zeznania pułkownika Richarda Wolfa, który miał rozkaz bronić Norymbergi „do ostatniej kuli”, ale widząc, że nie ma to już żadnego sensu, skapitulował. Wolf był świadkiem, jak Liebel wchodzi do bunkra 19 kwietnia.
– Powiedział, że nie da się wziąć żywcem – mówi amerykańskim śledczym. – A potem zamknął się w swoim gabinecie i wtedy usłyszałem pojedynczy wystrzał. Kiedy tam wbiegłem, już nie żył.
Jednak według sekretarza Williego Liebla, Alfreda Dreykorna, nadburmistrz został zamordowany. Sprawcą zabójstwa miał być Karl Holz – gauleiter Norymbergi. Poróżniła ich między innymi kwestia „polityki spalonej ziemi”. Liebel chciał poddać miasto, miał już nawet przygotowaną białą flagę, którą zamierzał wywiesić w oknie Kwatery Głównej Gestapo, ale Holz był temu przeciwny. Według zeznań Dreykorna gauleiter wpadł do biura Liebla i po krótkiej wymianie zdań wystrzelił, a kiedy wyszedł, oznajmił sekretarzowi, że Willi Liebel sam się zabił. Holz nie mógł ani tego potwierdzić, ani temu zaprzeczyć, bo zginął, gdy do bunkra wdarli się Amerykanie.
Niezależnie od prawdy, wraz ze śmiercią nadburmistrza oddział alianckich żołnierzy poszukujący skarbów zrabowanych przez nazistów w okupowanych krajach traci ważne źródło informacji. Może się to okazać sporym utrudnieniem.
Dwa dni po zdobyciu Norymbergi Amerykanie wysadzają w powietrze swastykę wiszącą nad trybuną na placu Defilad, szeroka ulica – Grosse Strasse – po której paradowali żołnierze Trzeciej Rzeszy, staje się pasem startowym dla amerykańskich samolotów, a późną wiosną 1945 roku alianci odkrywają tajemnicę podziemnych schronów, które kazał wybudować Willi Liebel. To, co tam zobaczą, wprawi ich w nieprawdopodobne zdumienie.

Rozdział I
DOKTOR, KTÓRY UWIERZYŁ W ZŁO

JAK KSIĄDZ Z HISTORYKIEM

– Nie wyrażam zgody! – niski, tęgawy mężczyzna kręci głową. Jeszcze chwila, a jego głos zacznie wchodzić na niebezpiecznie wysokie rejestry. Spór trwa od dobrych paru minut i nie zanosi się na konsensus.
– Słyszał przecież ksiądz infułat, że rząd zaleca ukrywanie co cenniejszych przedmiotów, bo naziści niczego nie oszczędzą – Karol Estreicher jest uparty, ale powoli zaczyna tracić cierpliwość. Nie rozumie Kulinowskiego. Nikt już nie może mieć wątpliwości, że wojna wybuchnie lada dzień.
Polski rząd z niewiadomych przyczyn zwleka z ostrzeżeniem ludzi aż do lata, ale pod koniec czerwca wyraźnie już wzywa, żeby właściciele ziemscy, szczególnie na zachodzie, przetransportowali trzodę w głąb kraju i przyspieszyli żniwa. W poufnej korespondencji do zarządców dworów, pałaców, zamków i kościołów urzędnicy piszą, że wszelkie dzieła sztuki powinny zostać ukryte.
Archiprezbiter kościoła Najświętszej Marii Panny w Krakowie, ksiądz infułat Józef Kulinowski, wie, że w starciu z młodym Estreicherem nie ma szans, ale próbuje jeszcze bronić swoich racji.
– A jak niby zamierza pan dokonać rozbiórki? Toż to będzie prawdziwy cud, jeśli ktoś czegoś nie zniszczy!
– Moja w tym głowa, żeby do żadnych zniszczeń nie doszło. Strażaków przeszkolimy, żeby umieli ołtarz rozebrać i złożyć. A niech tylko ksiądz pomyśli, co by się stało, gdyby kościół został zbombardowany. Nie byłoby czego zbierać!
„Dlaczego zabrali się za to tak późno?” – złości się w duchu. Przecież on już w marcu ubiegłego roku, tuż po tym jak Hitler zajął Austrię, alarmował, że ołtarz mariacki trzeba ukryć, bo wojna jest bardzo prawdopodobna. „Ale kto go wtedy słuchał! Nawet atak Niemców na Czechosłowację nie był wystarczającym powodem do porzucenia złudnych nadziei” – myśli z goryczą, wychodząc z zakrystii.
Towarzystwo Miłośników Historii i Zabytków Krakowa w marcu 1938 roku postanawia powołać komitet do ochrony ołtarza Wita Stwosza na wypadek wojny. Karola Estreichera nie ma wówczas na posiedzeniu, przebywa w Sztokholmie, ale wszyscy znają jego opinię: ołtarz mariacki powinien być ewakuowany. Jednak padają też inne propozycje – może wystarczy tylko zabezpieczyć sklepienie świątyni? Albo wybudować schron i za pomocą wyciągów spuścić do niego rzeźby?
Tak czy inaczej, decyzję trzeba podjąć jak najszybciej, bo wydarzenia polityczne w Europie nabierają tempa. Hitler coraz natarczywiej żąda od Polski oddania Gdańska, w niemieckiej prasie pojawiają się antypolskie artykuły, w przygranicznych miejscowościach coraz częściej dochodzi do napaści na Polaków, a polskie wojsko przygotowuje się do obrony granic.
Zarząd Miejski Miasta Krakowa, mimo ponagleń ze strony Towarzystwa, żeby jak najszybciej wybrać sposób zabezpieczenia ołtarza, milczy przez pięć miesięcy.