Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„W świetle prawa” to kolekcja książek amerykańskiego pisarza Johna Grishama, autora bestsellerowych thrillerów prawniczych i kryminałów.


W świetle prawa
W skład kolekcji wchodzą największe bestsellery pisarza m.in.: „Raport Pelikana”, „Klient” i „Firma”, czytelnicy znajdą w niej także cykl powieści z Theodorem Boonem, genialnym i młodym prawnikiem, najmłodszym bohaterem, jakiego stworzył Grisham.

John Grisham do tej pory sprzedał na całym świecie ponad 300 milionów książek, a wiele jego powieści zostało z sukcesem zekranizowanych m.in. „Raport Pelikana”, „Firma”, „Klient”, czy „Zaklinacz deszczu”.

„W świetle prawa” wyróżnia oryginalne wydanie, dotychczas niedostępne na rynku. Autorką nowego layoutu, skierowanego do młodszego czytelnika, jest Katarzyna Meszka. Książki otrzymały nową, odświeżoną szatę graficzną – monochromatyczne odcienie szarości i czerni przełamane zostały żółtymi detalami – symbolami charakterystycznymi dla poszczególnych powieści, całość tworzy elegancką kolekcję w twardej oprawie.

Łącznie seria liczyć będzie 30 tomów, książki ukazywać się będą co dwa tygodnie w kioskach.

W kolekcji znajdą się:

Tom 1 „Raport Pelikana” w sprzedaży od 20 lutego 2017
Tom 2 „Klient” w sprzedaży od 9 marca 2017
Tom 3 „Więzienny prawnik” w sprzedaży od 23 marca 2017
Tom 4 „Kancelaria” w sprzedaży od 6 kwietnia 2017
Tom 5 „Firma” w sprzedaży od 20 kwietnia 2017
Tom 6 „Czas zabijania cz.I” w sprzedaży od 4 maja 2017
Tom 7 „Czas zabijania cz.II” w sprzedaży od 18 maja 2017
Tom 8 „Adept” w sprzedaży od 1 czerwca 2017
Tom 9 „Czas zapłaty cz.I” w sprzedaży od 14 czerwca 2017
Tom 10 „Czas zapłaty cz.II” w sprzedaży od 29 czerwca 2017
Tom 11 „Góra bezprawia” w sprzedaży od 13 lipca 2017
Tom 12 „Ława przysięgłych” w sprzedaży od 27 lipca 2017
Tom 13 „Komora cz.I” w sprzedaży od 10 sierpnia 2017
Tom 14 „Komora cz.II” w sprzedaży od 24 sierpnia 2017
Tom 15 „Werdykt” w sprzedaży od 7 września 2017
Tom 16 „Niewinny człowiek” w sprzedaży od 21 września 2017
Tom 17 „Zaklinacz deszczu cz.I” w sprzedaży od 5 października 2017
Tom 18 „Zaklinacz deszczu cz.II” w sprzedaży od 19 października 2017
Tom 19 „Ułaskawienie” w sprzedaży od 2 listopada 2017
Tom 20 „Samotny wilk” w sprzedaży od 16 listopada 2017
Tom 21 „Ostatni sprawiedliwy” w sprzedaży od 30 listopada 2017
Tom 22 „Wezwanie” w sprzedaży od 14 grudnia 2017
Tom 23 „Wspólnik” w sprzedaży od 28 grudnia 2017
Tom 24 „Król odszkodowań” w sprzedaży od 11 stycznia 2018
Tom 25 „Theodore Boone: Młody prawnik” w sprzedaży od 25 stycznia 2018
Tom 26 „Theodore Boone: Uprowadzenie” w sprzedaży od 8 lutego 2018
Tom 27 „Theodore Boone: Oskarżony” w sprzedaży od 22 lutego 2018
Tom 28 „Theodore Boone: Aktywista” w sprzedaży od 8 marca 2018
Tom 29 „Theodore Boone: Zbieg” w sprzedaży od 22 marca 2018
Tom 30 „Theodore Boone: Afera” w sprzedaży od 5 kwietnia 2018

Pod tym adresem można zakupić online prenumeratę całej kolekcji lub pojedyncze tomy.

***
Kolekcję otwiera „Raport Pelikana”. Historia studentki prawa, która odkrywa przyczynę tajemniczych zabójstw sędziów Sądu Najwyższego trzyma w napięciu do ostatnich stron. Nic zatem dziwnego, że powieść w samych tylko Stanach Zjednoczonych sprzedana została w nakładzie 2 milionów egzemplarzy.

Raport Pelikana

Dwa morderstwa popełnione na sędziach Sądu Najwyższego wstrząsają nie tylko Waszyngtonem. FBI porusza się po omacku. Wie tylko jedno: sprawca musiał być doskonałym w swoim fachu profesjonalistą…

Zamordowanych zostaje dwóch sędziów Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych. Tę sprawę zaczyna badać studentka prawa Darby Shaw. W dokumencie zwanym „Raportem Pelikana” formułuje hipotezę, że zabójstwa zlecił Victor Mattiece, bogaty przedsiębiorca inwestujący w wydobycie ropy naftowej. Sądy niższej instancji zablokowały jego starania o prawo do eksploatacji złóż na terenie siedliska zagrożonych wyginięciem pelikanów; zaś dwóch zamordowanych sędziów, znanych było z proekologicznych poglądów. Darby pokazuje raport swojemu wykładowcy i kochankowi, Thomasowi Callahanowi, który wkrótce potem ginie. Studentka znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie…

John Grisham
Kolekcja W świetle prawa
Wydawca: Ringier Axel Springer / Albatros
Premiera: 20 lutego 2017

Magazyn Dobre Książki objął kolekcję patronatem medialnym

W świetle prawa

John Grisham
Raport Pelikana
Przekład: Marek Fedyszak
Wydawca: Ringier Axel Springer / Albatros
Premiera w tej edycji: 20 lutego 2017

Rozdział 1

Wydawał się niezdolny do wywołania takiego chaosu, ale można było go obarczyć odpowiedzialnością za znaczną część tego, co widział teraz u swoich stóp. I wcale mu to nie przeszkadzało. Miał dziewięćdziesiąt jeden lat, był sparaliżowany, przykuty do wózka i podłączony do respiratora. Drugi udar, którego doznał siedem lat temu, omal go nie uśmiercił, lecz Abraham Rosenberg wciąż żył i mimo rurek w nosie miał silniejszą pozycję niż pozostała ósemka. Był jedyną legendarną postacią, jaka pozostała w składzie sądu, a fakt, że nadal oddychał, budził poirytowanie większości zgromadzonego na dole tłumu.
Siedział w małym wózku inwalidzkim w gabinecie na parterze gmachu Sądu Najwyższego. Stopami dotykał ramy okna. Gdy hałas się nasilił, wyciągnął szyję. Nie znosił gliniarzy, ale widok zwartych i równych policyjnych szyków poprawiał trochę samopoczucie. Stali wyprostowani i nie ustępowali pola, gdy co najmniej pięćdziesięciotysięczny tłum głośno domagał się krwi.
— Takiego tłumu tutaj jeszcze nigdy nie było! — krzyknął do okna. Był prawie zupełnie głuchy. Jason Kline, jego starszy sekretarz, stał za nim. Był pierwszy poniedziałek października, pierwszy dzień nowej sesji, i tego dnia tradycyjnie obchodzono wprowadzenie pierwszej poprawki do konstytucji. Obchodzono wspaniale. Rosenberg był zachwycony. Dla niego wolność słowa oznaczała wolność wszczynania zamieszek.
— Są tam Indianie? — zapytał głośno.
Jason Kline nachylił się do prawego ucha sędziego.
— Są!— W barwach wojennych?
— Tak! W strojach bitewnych.
— Tańczą?
— Tak!
Indianie, czarni, biali, kolorowi, kobiety, geje, miłośnicy przyrody, aktywistki proaborcyjne, Aryjczycy, naziści, ateiści, myśliwi, miłośnicy zwierząt, biali supremacjoniści, przeciwnicy płacenia podatków, drwale, farmerzy — całe morze manifestantów. A policjanci z oddziałów prewencji ściskali w rękach czarne pałki.
— Indianie powinni mnie kochać!
— I na pewno pana kochają. — Kline skinął głową i uśmiechnął się do słabowitego drobnego mężczyzny z zaciśniętymi pięściami. Jego ideologia była bardzo prosta: rząd ponad biznesem, człowiek ponad rządem, środowisko ponad wszystkim. A Indianom dać to, czego tylko zechcą.
Zakrzykiwanie mówców, modlitwy, śpiewy, skandowanie i wrzaski zrobiły się głośniejsze i policjanci zwarli szeregi. Tłum był większy i bardziej hałaśliwy niż w ostatnich latach, a sytuacja bardziej napięta. Przemoc stała się powszechnym zjawiskiem. W klinikach aborcyjnych podkładano bomby. Zatrudnieni w nich lekarze byli atakowani i bici. W Pensacoli jednego zakneblowano, związano w pozycji embrionalnej, oblano kwasem i zabito. Bójki na ulicach zdarzały się co tydzień. Wojowniczy geje profanowali kościoły i lżyli księży. Biali supremacjoniści działali w szeregach kilkudziesięciu znanych i nieznanych organizacji paramilitarnych i coraz śmielej napadali na czarnych, Latynosów i Azjatów. Demonstrowanie nienawiści było teraz ulubioną rozrywką.
A Sąd Najwyższy, rzecz jasna, stanowił łatwy cel. Od 1990 roku ilość gróźb, tych poważnych, pod adresem sędziów wzrosła dziesięciokrotnie. Policja strzegąca Sądu Najwyższego potroiła liczebność swoich szeregów. Do ochrony każdego sędziego przydzielono co najmniej dwóch agentów FBI, a kolejnych pięćdziesięciu zajmowało się śledztwami w sprawie pogróżek.
— Oni mnie nienawidzą, prawda? — powiedział głośno, patrząc przez okno.
— Owszem, niektórzy tak — odparł z rozbawieniem Kline.
Rosenberg lubił to słyszeć. Uśmiechnął się i wciągnął głęboko powietrze. Osiemdziesiąt procent śmiertelnych gróźb kierowano pod jego adresem.
— Widzisz którąś z tych tablic? — Sędzia był ślepy jak kret.
— Niejedną.
— Co jest na nich napisane?
— To co zwykle. „Śmierć Rosenbergowi”. „Przenieście Rosenberga w stan spoczynku”. „Odetnijcie mu tlen”.
— Od lat wymachują tymi samymi tablicami. Czemu nie sprawią sobie jakichś nowych, do cholery?
Sekretarz nie odpowiedział. Abe powinien był odejść na emeryturę wiele lat temu, ale będą musieli wynieść go kiedyś na noszach. Trzech jego sekretarzy wykonywało większość analiz badawczych, ale on uparcie sam pisał opinie. Robił to grubym mazakiem, gryzmoląc na białych kartkach notesu niczym uczący się pisać pierwszoklasista. W żółwim tempie, ale kto nominowany dożywotnio przejmuje się czasem? Sekretarze sprawdzali jego opinie i rzadko znajdowali w nich błędy.
Rosenberg zachichotał.
— Powinniśmy rzucić Indianom na pożarcie Runyana. — Runyan, twardy konserwatysta mianowany przez republikańskiego prezydenta, był przewodniczącym Sądu Najwyższego, znienawidzonym przez Indian i większość pozostałych mniejszości. Siedmiu spośród dziewiątki sędziów otrzymało nominacje od republikańskich prezydentów. Rosenberg przez piętnaście lat czekał na pojawienie się demokraty w Białym Domu. Chciał zrezygnować, musiał to zrobić, nie mógł jednak znieść myśli, że jego ukochane miejsce zajmie jakiś prawicowiec pokroju Runyana.
Mógł czekać. Mógł tu siedzieć w wózku, wdychać tlen i chronić Indian, czarnych, kobiety, ubogich, niepełnosprawnych i środowisko naturalne do czasu, aż skończy sto pięć lat. I nikt na całym świecie nic nie mógł na to poradzić; mogli go co najwyżej zabić. Co zresztą nie byłoby wcale złym pomysłem.
Głowa tego wielkiego człowieka opadła na ramię. Znowu zasnął. Kline odsunął się bezszelestnie i powrócił do swojej pracy w bibliotece. Miał wrócić za pół godziny, żeby sprawdzić działanie respiratora i podać Abe’owi tabletki.

* * *

Biuro przewodniczącego znajduje się na parterze i jest większe i bardziej wystawne niż biura pozostałych ośmiu sędziów Sądu Najwyższego. Gabinet zewnętrzny wykorzystywany jest na małe przyjęcia i oficjalne spotkania, a w wewnętrznym przewodniczący pracuje.
Drzwi do tego gabinetu były zamknięte, a w środku siedzieli Runyan, jego trzej sekretarze, kapitan policji sądowej, trzej agenci FBI oraz K.O. Lewis, zastępca dyrektora Federalnego Biura Śledczego. Panował nastrój autentycznej powagi, autentycznie też starano się ignorować hałas docierający z ulicy. Nie było to łatwe. Przewodniczący omawiał z Lewisem najnowszą serię śmiertelnych gróźb, a wszyscy pozostali przysłuchiwali się ich rozmowie. Sekretarze robili notatki.
W ciągu ostatnich sześćdziesięciu dni FBI zarejestrowało ponad dwieście gróźb, odnotowując nowy rekord. Oprócz zwyczajnych, typu „Wysadzić sąd!”, trafiało się wiele zawierających konkretne informacje — nazwiska sędziów, sprawy i rozstrzygane kwestie.
Runyan nie próbował ukryć zaniepokojenia. Opierając się na poufnym zestawieniu z FBI, odczytał nazwiska ludzi i nazwy grup podejrzewanych o wystosowanie tych pogróżek. Klan, Aryjczycy, naziści, Palestyńczycy, czarni separatyści, homofoby, przeciwnicy aborcji. A nawet IRA. Wszyscy, jak się zdawało, oprócz rotarian i skautów. Jakieś wspierane przez Irańczyków bliskowschodnie ugrupowanie groziło rozlewem krwi na amerykańskiej ziemi w odwecie za śmierć dwóch ministrów sprawiedliwości w Teheranie, chociaż nie było absolutnie żadnych dowodów, że te zabójstwa mają związek ze Stanami Zjednoczonymi. Nowy krajowy oddział terrorystyczny o nazwie Armia Podziemna, który zyskał niedawno rozgłos, zabił sędziego sądu federalnego w Teksasie, wysadzając w powietrze jego samochód. Nikogo nie aresztowano, lecz AP wzięła na siebie odpowiedzialność za ten zamach. Terroryści z AP byli również głównymi podejrzanymi w kilkunastu zamachach bombowych na biura ACLU1, ale nie zostawiali żadnych śladów.
— A ci portorykańscy terroryści? — zapytał Runyan, nie unosząc wzroku.
— To amatorzy. Nie budzą naszych obaw — odparł beztrosko Lewis. — Grożą nam od dwudziestu lat.
— Cóż, może tym razem coś zrobią. Atmosfera temu sprzyja, nie sądzisz?
— Niech pan zapomni o Portorykańczykach, szefie. — Runyan lubił, gdy tak się do niego zwracano. Nie „przewodniczący” ani „panie przewodniczący”. Po prostu „szefie”. — Grożą, bo robią to wszyscy inni — Bardzo zabawne — zauważył szef bez cienia uśmiechu. — Bardzo zabawne. Bardzo bym nie chciał, by pominięto jakąś grupę. — Cisnął wykaz na biurko i pomasował skronie. — Porozmawiajmy o sposobach ochrony. — Zamknął oczy.
K.O. Lewis położył swój egzemplarz zestawienia na biurku przewodniczącego.
— Dyrektor uważa, że powinniśmy przydzielić każdemu sędziemu czterech agentów, przynajmniej na najbliższe trzy miesiące. Do pracy i do domu będą jeździli limuzynami z eskortą, a policja sądowa zapewni wsparcie i ochronę tego gmachu.
— A podróże?
— To nie jest dobry pomysł, przynajmniej na razie. Dyrektor uważa, że sędziowie powinni do końca roku pozostać w Waszyngtonie.
— Zwariowałeś? Czy on zwariował? Gdybym poprosił moich kolegów, by zastosowali się do tego życzenia, dziś wieczorem wszyscy wyjechaliby z miasta i podróżowali przez najbliższy miesiąc. To niedorzeczne. — Runyan spojrzał z marsową miną na swoich sekretarzy, którzy pokręcili z niesmakiem głowami. Naprawdę niedorzeczne.
Lewis nie przejął się tym. Mógł się spodziewać takiej reakcji.
— Jak pan sobie życzy. To tylko propozycja.
— Głupia propozycja.
— Dyrektor nie liczył na pańską współpracę w tej kwestii. Oczekiwałby jednak powiadamiania z wyprzedzeniem o wszystkich planach podróży, tak żebyśmy mogli przygotować ochronę.
— Mam rozumieć, że zamierzacie eskortować każdego sędziego, ilekroć będzie wyjeżdżał z miasta?
— Tak, szefie. Taki mamy zamiar.
— Spełznie na niczym. Ci ludzie nie są przyzwyczajeni do takiej opieki.
— Tak, proszę pana. Nie są też przyzwyczajeni do prześladowania. My po prostu staramy się ochronić pana i pańskich szanownych kolegów. Oczywiście nikt nie twierdzi, że musimy cokolwiek robić. Chyba to pan nas wezwał, ale jeżeli pan chce, możemy wyjść.
Runyan pochylił się w fotelu i zabrał do rozginania spinacza do papieru, próbując go idealnie wyprostować.
— A co z ochroną tutaj?
Lewis westchnął i powstrzymał uśmiech.
— O ten budynek się nie martwimy, szefie. Jest łatwy do ochrony. Tutaj nie spodziewamy się kłopotów.
— A gdzie się spodziewacie?
Lewis skinął głową w stronę okna.
— Wszędzie. Na ulicach aż roi się od idiotów, szaleńców i fanatyków.
— I oni wszyscy nas nienawidzą.
— Najwyraźniej tak. Niech pan posłucha, szefie, bardzo martwimy się o sędziego Rosenberga, który nadal nie wpuszcza naszych ludzi do swojego domu. Zmusza ich do siedzenia przez całą noc w samochodzie. Pozwala wprawdzie swojemu ulubionemu funkcjonariuszowi policji sądowej… jak on się nazywa? Ferguson… Jemu pozwala siedzieć przed drzwiami z tyłu domu, ale tylko od dziesiątej wieczorem do szóstej rano. Do środka nie wchodzi nikt oprócz sędziego Rosenberga i jego pielęgniarza. To miejsce nie jest bezpieczne.
Runyan dłubał sobie spinaczem pod paznokciami i uśmiechał się pod nosem. Śmierć Rosenberga, w każdym wypadku i z jakiegokolwiek powodu, zostałaby przyjęta z ulgą. Nie, wróć, byłaby cudownym zrządzeniem losu. Przewodniczący musiałby się ubrać na czarno i wygłosić mowę pogrzebową, ale za zamkniętymi drzwiami chichotałby z radości wraz ze swoimi sekretarzami. Spodobała mu się ta myśl.
— Co proponujesz?
— Może pan z nim porozmawiać?
— Próbowałem. Wyjaśniłem mu, że przypuszczalnie jest najbardziej znienawidzonym człowiekiem w Ameryce, że miliony ludzi przeklinają go co dnia, że większość chciałaby go widzieć martwego, że otrzymuje cztery razy więcej obraźliwych listów niż reszta z nas łącznie i że będzie doskonałym i łatwym celem potencjalnych zamachowców.
Lewis czekał na puentę.
— No i?
— Powiedział, żebym go pocałował w dupę, a potem zasnął.
Sekretarze zachichotali stosownie do okoliczności i wtedy agenci FBI zrozumieli, że demonstrowanie poczucia humoru nie jest zabronione, i szybko uderzyli w śmiech.
— Więc co mamy zrobić? — zapytał Lewis, któremu wcale nie było do śmiechu.
— Chrońcie go najlepiej, jak umiecie, udokumentujcie to na piśmie i nie martwcie się tym. On się niczego nie boi, nawet śmierci, a skoro sam się nie przejmuje, to czemu wy mielibyście się przejmować?
— Dyrektor się przejmuje, więc ja też, szefie. To bardzo proste. Jeżeli jednemu z was stanie się krzywda, ucierpi na tym Biuro.
Przewodniczący zakołysał się w fotelu. Dolatujący zza okien harmider działał mu na nerwy. To spotkanie trwało już wystarczająco długo.
— Zapomnijcie o Rosenbergu. Może umrze we śnie. Bardziej martwię się o Jensena.
— Z Jensenem jest kłopot — rzekł Lewis, przewracając kartki raportu.
— Wiem o tym — odparł powoli Runyan. — Zachowuje się w żenujący sposób. Teraz uważa się za liberała. W połowie spraw głosuje tak jak Rosenberg. W przyszłym miesiącu będzie białym supremacjonistą i poprze segregację w szkołach. Potem zakocha się w Indianach i zapragnie oddać im Montanę. Niczym opóźnione w rozwoju dziecko.
— Leczy się z depresji.
— Wiem, wiem. Opowiada mi o tym. Jestem dla niego autorytetem. Jaki lek zażywa?
— Prozac.
Przewodniczący nadal dłubał sobie pod paznokciami.
— A ta instruktorka aerobiku, z którą się spotykał? Nadal z nią kręci?
— Niezupełnie, szefie. Myślę, że nie interesuje się kobietami. — Lewis był z siebie zadowolony. Wiedział nie tylko to. Zerknął na jednego ze swoich agentów, szukając potwierdzenia tego pikantnego szczegółu.
Runyan go zignorował, nie chciał tego słyszeć.
— Współpracuje?
— Ależ skąd. Pod wieloma względami jest gorszy od Rosenberga. Pozwala, byśmy go eskortowali do budynku, w którym mieszka, po czym zmusza nas do sterczenia przez całą noc na parkingu. A przypominam, że jego mieszkanie jest siedem pięter wyżej. Nie możemy nawet usiąść w holu. Twierdzi, że to mogłoby denerwować jego sąsiadów. Siedzimy więc w samochodzie. Budynek ma pięć wejść i w ten sposób nie da się ochronić Jensena. Lubi się bawić z nami w chowanego. Stale się wykrada, nie wiemy więc, czy jest w budynku, czy go nie ma. W przypadku Rosenberga przynajmniej wiadomo, gdzie spędza noc. Jensen jest niepoprawny.
— To świetnie. Skoro wy nie potraficie go śledzić, jak zdołałby to zrobić zamachowiec?
Lewis nie pomyślał o tym. Nie dostrzegł komizmu sytuacji.
— Dyrektor bardzo niepokoi się o bezpieczeństwo sędziego Jensena.
— Przecież on nie dostaje aż tylu listów z pogróżkami.
— Jest szósty na liście, otrzymał zaledwie kilka mniej niż szanowny pan sędzia.
— O! Więc jestem na piątym miejscu.
— Owszem. Tuż za sędzią Manningiem, który, nawiasem mówiąc, współpracuje. W pełni.
— On boi się własnego cienia — odparł przewodniczący i po krótkim wahaniu dodał: — Nie powinienem był tego mówić. Przepraszam.
Lewis puścił to mimo uszu.
— Tak naprawdę, współpraca układa się dość dobrze, jeśli nie liczyć Rosenberga i Jensena. Sędzia Stone psioczy, ile wlezie, ale nas słucha.
— On psioczy na wszystkich, więc nie bierzcie tego do siebie. Dokąd, waszym zdaniem, wymyka się Jensen?
Lewis zerknął na jednego ze swoich agentów i odparł:
— Nie mamy pojęcia.
Znaczna część tłumu nagle złączyła głosy w jeden niepowstrzymany chór i wydawało się, że przyłączyli się do niego wszyscy zgromadzeni na ulicach. Przewodniczący nie mógł tego zlekceważyć. Szyby drżały. Wstał i oznajmił, że zebranie skończone.