Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Książka Jana Němca Historia światła to biograficzny fresk, obejmujący niemal pół wieku życia słynnego czeskiego fotografa Františka Drtikola.


Historia światła„Fotografia ma swój patos, zresztą oddaje go już częściowo sama etymologia – termin fotografia składa się z greckich słów światło i pismo. Można powiedzieć, że jako fotografowie piszemy światłem.”

Jego fotografie i słynne akty, które nazywał „snami o świetle i cnieniu”, wyprzedzały czasy, w których powstawały. František Drtikol był jednocześnie dandysem z małego miasteczka, mistrzem aktów, który nie miał szczęścia do kobiet i buddyjskim mistykiem wierzącym w komunizm. Człowiekiem o wielu twarzach, w biografii którego dominowały jednak cienie.

Książka Jana Němca to biograficzny fresk, obejmujący niemal pół wieku życia czeskiego fotografa: od pribramskiej kopalni srebra, przez secesyjne Monachium, aż po kipiącą twórczym fermentem Pragę.

Realizmu powieści dodają wplecione wojenne listy i pamiętniki Drtikola oraz krótka autobiografia, napisana przez fotografa do władz w związku z dopuszczeniem do Związku Artystów, z których wyłania się postać równie genialnego, co samotnego artysty.

Jan Němec (ur. 1981) – czeski pisarz, redaktor i reżyser, absolwent Uniwersytetu Masaryka w Brnie oraz JAMU. Debiutował w 2007 roku tomem poezji První život („Pierwsze życie”). Następnie wydał zbiór opowiadań zatytułowany Hra pro čtyři ruce („Gra na cztery ręce”, 2009). Pracuje w redakcji literackiego pisma „Host” oraz jako dramaturg w czeskim kanale Art TV.

Katarzyna Bańka – Z wykształcenia bohemistka i fotografka. Mieszka w Warszawie. Od wielu lat pracuje jako tłumaczka oraz menedżerka kultury. „Historia światła” to jej pierwsze tłumaczenie literackie. Pasjonuje się ceramiką.

Jan Němec
Historia światła. Powieść o fotografie Františku Drtikolu
Przekład: Katarzyna Bańka
Wydawnictwo Książkowe Klimaty
Premiera: 20 stycznia 2017

Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym

Historia światła


PROLOG

Dzień przed tym, kiedy to się stanie, siedzisz przy stole w górniczej chałupie na obrzeżach Przybramia. Po drugiej stronie izby stoi biały kredens z obtłuczonym fajansem i stara malowana szafa. Na ścianie wisi święty obrazek, błogosławieństwo i drewniany krzyżyk z dwóch deszczułek przewiązanych zardzewiałym drutem. Płachty prania rozciągnięte na sznurze nad piecem przypominają raczej szmaty do podłogi, choć podłoga potrzebuje przede wszystkim łatania: spod desek słychać chrobot myszy i innych tworów kryjących się w szczelinach, zakamarkach i kątach. Na oparciu krzesła wisi przepocony roboczy szachciok, a na nim poplamiona skórzana łata.
Patrzycie z Hynkiem na śpiącego, który te rzeczy tam odłożył, i w skupieniu przesyłacie mu polecenie, niech się w końcu obudzi. Przewraca się na sienniku, z którego wystają pociemniałe źdźbła, i ciężko oddycha.
Hynek cicho gwiżdże, ale jego tato ani drgnie.
Niedokończony model kopalni piętrzy się na półce na wyciągnięcie ręki, jednak kiedy jesteście sami, nie wolno wam go nawet dotknąć. Hynek po chwili nie może już wytrzymać, sięga bodaj po dwie gliniane figurki, po dwóch z lekka rozpadających się odmieńców, którzy poniewierają się z boku. Jednego podsuwa tobie, ostrożnie chwytasz figurkę pomiędzy kciuk i palec wskazujący i nachylasz się w stronę Hynka: Byłeś kiedy w srebrnym mieście?, szepczesz jej ustami. Pod srebrną bramą?
Prowadzi tam tylko jedna sztolnia, a tej pilnuje święty Prokop z diabłem na łańcuchu. Ale ja znam hasło – szepcze Hynek, trzymając w rękach drugiego mizerotę.
To powiedz.
Cosi tam szeptacie, łobuzy?, odzywa się głos z rogu pokoju.
A Hynek aż kraśnieje z radości: Ojcze, już nie śpicie?
Do pieruna jasnego, toć tu się da?, mężczyzna siada na łóżku. A synek sklepikarza znów u nas? – Drapie się żylastymi rękami po kosmatej piersi. – No, każda ręka dobra, ale obiad masz u was…
Hynek biegnie po konew z wodą, a ojciec obryzguje twarz tak gwałtownie, że zalewa nawet niebieloną ścianę za swoimi plecami. Przeciąga się i z wysiłkiem podchodzi do stołu, podnosi szachciok z krzesła i rzuca go na łóżko. Siada i rozgląda się wokół, jakby te sprzęty widział pierwszy raz albo jakby wcześniej musiał upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu. Jest, wszystko trwa w mroku i odwzajemnia spojrzenie zaspanego gospodarza: obrazek Bogurodzicy, wyszywanka, garnek i kalendarz, przy jednej stołowej nodze przycupnął śpiący kot, przy drugiej trochę mniej wynędzniała bryła gliny.
Po chwili tato Hynka podnosi glinę, stawia ją na porysowanym blacie stołu i zwilża wodą. Wszyscy ludzie z gliny powstali i z gliny stworzony był Adam, recytuje. Wykonuje znak krzyża, zapala lampę oliwną i dodaje: Trzeba ich jeszcze tak z dziesięciu, dwunastu.
Potem idzie wysikać się na dwór.
W izbie panuje mrok, choć dopiero wybiło południe, okna są małe, ale ważniejsze od światła jest zachowanie ciepła. Glina łatwo poddaje się palcom, jest mokra, czasami przyciąga odblask płomienia, który ty starasz się jak najszybciej wgnieść do środka. Formowanie figurek idzie ci nieco lepiej niż Hynkowi, bierzesz do ręki kawałek gliny, w dłoniach toczysz z niego wałeczek, z którym później pracujesz. Tato Hynka czasami cię naprowadza i nawet po tym można poznać, że bierze cię za tego zdolniejszego, po Hynku ciągle coś musi poprawiać i właściwie nic do niego nie mówi. Pracujesz małym nożykiem o sfatygowanej rękojeści, ostrzem oddzielasz ręce od tułowia i rozdzielasz nogi, jeden z hawierzy ma stać w szerokim rozkroku, aby porządnie mógł wbić się w skałę, to rębacz; dozorca z założonymi rękami stoi zwyczajnie obok, jeszcze kolejny czeka aż mu nałożą wózek, to wozak o umięśnionych nogach.
Jak szkoła?, pyta ojciec Hynka.
Fráňo siedział w kozie.
Nie pytam o niego, ale o ciebie.
To było niesprawiedliwe, ciągnie po swojemu Hynek.
Hynek umiał, mówisz i starasz się odwrócić wzrok od zdeformowanego kciuka z odkształconym paznokciem, spod którego ojciec Hynka właśnie wydłubuje brud.
W końcu model kopalni wędruje z półki na stół.
Klękasz na krześle, żeby widzieć lepiej, pochylasz się, a rant stołu wciska ci się między żebra. Model ma kilka pięter i w sumie tęgo ponad metr. Wygląda jak jakaś podziurawiona góra albo oberwane osie gniazdo, żeby zobaczyć, że faktycznie wznosi się tu model kopalni, wywróconej niejako do góry nogami, potrzeba odrobiny wyobraźni. Na jarmarkach i pielgrzymkach na Świętą Górę trafiają się dużo bardziej dopracowane okazy, z drewnianymi, starannie rzeźbionymi figurkami i przeróżnymi mechanicznymi trybikami, które zręcznie pokazują pracę kopalni, miejscowi mistrzowie nieźle sobie na tym dorabiają. Ale i w modelu taty Hynka hawierze sterczący na poszczególnych poziomach mają piękne uniformy, a w głównym chodniku widać błyszczące szyny zrobione z dwóch drucików. Na zewnątrz sterczą wciśnięte w glinę kamienie, kawałki krzemienia, błyszcząca mika i oczywiście ruda srebra, sól tej ziemi. Z góry wiedzie szyb główny a w nim kilka deszczułek trochę nieudolnie imituje wyciąg i szolę; wyciąg wygląda raczej jak zwyczajna drabinka. Ale to, co zwróci uwagę każdego, to twarze górników pomalowane żółtą farbą, która tym mężom głębin nadaje poniekąd pozaziemski wyraz, podobny do tego, jaki mają święci na naiwnych obrazach. To nie przypadek, twórcy kopalnianych modeli wszystkiego nauczyli się od twórców bożonarodzeniowych szopek, czasami nawet figurkę górnika albo pielgrzyma przenosi się z miejsca na miejsce, bo potrzebna jest pomoc w Betlejem albo na szychcie.
Dzień przed tym, kiedy to się stanie, tato Hynka dostawia jeszcze w wolnych miejscach kilku homunkulusów i odchrząkując, coś jeszcze poprawia. Później wyciąga z pieca dwukilowy bochen chleba, a w jego miejsce ładuje tę szychtę, którą ulepiliście.
Jakżem spał, szeptaliście o srebrnym mieście, wspomina. No to skoczcie po piwo…
W tej części Przybramia kulą się nędzne górnicze chałupy, niekiedy wręcz rudery, od jednej do drugiej wiedzie błotnista droga z pasem trawy przez środek, śmierdzi tu zwierzyną i pomyjami. Górnicy, którzy jak tato Hynka robili na dziennej szychcie, wyłażą na przyzby, kopcą, coś dłubią, ich żony karmią obok dzieciaki albo kroją kartofle do kociołka, włosy lepią im się do czoła, wokół węszą psy. Jest koniec maja, po drodze kopiecie dmuchawce, ich puchate główki rozsypują się na wszystkie strony.
W gospodzie opieracie brody o wysoki kontuar, czujesz gorzki zapach zlewek i rozlanej piany. W buzi uwalnia ci się ostatni mleczny ząb, od rana bez przerwy wciskasz pod niego czubek języka, jak ryba, która próbuje dostać się pod kamień na dnie rzeki. Po jednej stronie udało ci się odczepić już ząb od dziąsła, czujesz krew i zasysasz ją zmieszaną ze śliną. Gościniec wokół huczy, górnicy spłukują kamienny pył z ust do żołądków, byleby cały nie dostał się do płuc, później po nocach w zadumie i bólu oddają go z moczem, stojąc pod potężnym niebem, ale ty czujesz tylko krwawo-słodkawą zawartość swoich ust.
W drodze powrotnej podpijacie, ale i tato Hynka wam trochę odleje. Później opowiada o górnikach, którzy podobno dawno temu zaginęli, kiedy ze skał kilkaset metrów pod ziemią buchnęła woda i zamieniła chodniki w dzikie bystrzyny. A jednak cudownie przeżyli, byli bowiem bogobojni i gorliwie się modlili, a ich wspaniali potomkowie żyją nadal w srebrnym mieście głęboko pod ziemią. Kiedy czas się wypełni, wyjadą na powierzchnię i uzbrojeni w srebrne tarcze zostaną władcami świata. Wszystko tam się tak błyszczy, że wystarczy jedna jedyna lampa olejna, żeby rozświetlić cały plac, mówi tato Hynka. A wszystkie konie mają tam srebrne kopyta, wykute w białym ogniu, które podzwaniają w galopie. A na jednym takim koniku, nie takim jak te nasze sterane chabety w kopalni, oślepione przez ciemności, na jednym takim koniku jedzie srebrny książę, klik klak klik klak, a kiedy przejeżdża, każdy odwraca głowę. A ten książę musi założyć przerdzewiałą zbroję i w niej wywalczyć złotą koronę…
Znasz tę historię na pamięć, ale z przyjemnością słuchasz jeszcze raz. U was w domu tych górniczych legend nikt nie traktuje poważnie, nawet sprośnych dowcipów o karłach nikt nie opowiada.
Ale skąd miałby wziąć złotą koronę?, jak zawsze pyta Hynek.
Musi przez tajną sztolnię dojść do złotego miasta, które leży jeszcze głębiej, i otrzymać ją od jego mieszkańców.
W duchu wyliczasz: Przybram, Březové Hory, Benešov, Praga, Wiedeń, srebrne miasto, złote miasto, Paryż, Petersburg…
Dzień przed tym, kiedy to się stanie, wyjmujecie figurki z pieca. Jesteś rozczarowany. Są popękane, okopcone, a niektóre mają zniekształcone twarze, wyglądają jak szychta po jakiejś podziemnej katastrofie, straceńcy wydobyci z głębin. Studzicie je w wodzie, ale nie zda się to na wiele, wybieracie trzy najlepsze, resztę tato Hynka chce wyrzucić do ognia. Trochę ci ich szkoda, jednego kocmołucha z popękaną nogą udaje ci się ocalić, ale dalszych sześciu kończy w płomieniach, są jeszcze wilgotni, aż zasyczy.
Swojego okopconego Adama pieczołowicie owijasz starą gazetą i ruszasz do domu. Po ulicy już chodzi latarnik, wleczesz się za nim z jednego krańca ulicy na drugi, lampy przed tobą zapalają się jak boje świetlne.

*

Na piątej godzinie lekcyjnej drzwi do klasy otwiera dyrektor. Kiwa głową na nauczyciela i odchrząkuje, ten podbiega do niego, z powagą słucha, a potem odsyła was do domów, nawet nie musicie kończyć pracy pisemnej. Dziewczęta z miejskiej szkoły dla panien grają na placu w klasy, kupcy pakują stoiska i odjeżdżają wozami. Cieszysz się, że wcześniej niż zazwyczaj wracasz do domu, mógłbyś jeszcze coś sobie kupić, tylko że za te trzy krajcary, które masz w kieszeni, dużo nie dostaniesz, no i starasz się zaoszczędzić.
Opierasz się wszystkim pokusom i wleczesz się Pražską do domu. Ale zamiast wejść od razu na górę, zatrzymujesz się jeszcze w wielobranżowym sklepie taty.
Są tu wielkie przeszklone witryny, których ojciec z radością dogląda, przed drzwiami piętrzą się wiklinowe koszyki, a inne towary wiszą na hakach. Ojciec czyta właśnie „Horymíra”, właściwie mogłoby się wydawać, że czyta, w rzeczywistości od kilku godzin liczy, jak to możliwe, że sklep stale wykazuje niższy zysk, choć zwiększa się jego obrót. Na stronach przybramskiego tygodnika rozrywkowo-edukacyjnego notuje drobnym pismem i zapisuje sumy częściowe. Posyła ci to swoje iskrzące spojrzenie, schyla się pod ladę i pyta: Z której ręki?
Wybierasz jedną, on nie chcąc cię niepotrzebnie dręczyć, dyskretnie podmienia, a przed tobą zjawia się nowiusieńki koh-i-noor.
Ołówek jest długi i biały, a na jednym końcu ma gumkę. Takiego z gumką nigdy jeszcze nie widziałeś, chociaż w ołówkach ostatnio całkiem nieźle się orientujesz. Na białym lakierze zgrabnymi czarnymi literami napisano to zagadkowe słowo: koh-i-noor. Biegniesz na sklepowe zaplecze, tam zrzucasz szkolną torbę i z małego płóciennego woreczka wyciągasz metalową temperówkę. Po chwili zacznie się z niej rozwijać długa drewniana koronka, jak zawsze chcesz zaostrzyć ołówek za jednym razem, podobnie jak mama, kiedy obiera kartofle, ale rzadko się to udaje, teraz też strużyna z białą oblamówką odrywa się w połowie i opada na ziemię.
Podsuwasz stół do małego zakurzonego okna, chcąc rysować w lepszym świetle. Z upodobaniem obracasz ołówek w palcach i patrzysz na jego czubek, ale on się nie kręci, żłobisz językiem wokół obluzowanego zęba i przez chwilę myślisz, jak to możliwe, że grot ołówka się nie kręci, zastanawiasz się, czy nie zapytać o to ojca, który zna odpowiedzi na podobne pytania, i nawet cieszy się, kiedy go pytasz. Ale zanim się zdecydujesz, natrafiasz na inny, dużo ciekawszy problem: czy w graficie ołówka jest już wszystko to, co można nim narysować? Czy wystarczy to tylko we właściwym momencie przenieść na papier?
Jesteś pochłonięty swoimi myślami, dlatego sens zdania, które dobiegnie do ciebie ze sklepu, zrozumiesz z opóźnieniem: W Maryjnym szybie się pali.
Pali się? Jak to?
Potrzebujemy szybko watę, bandaże, jodoform, ocet, i jeśli pan ma, to jakieś gąbki do mycia.
Chwila, mówi ojciec, niech pan poczeka. To niemożliwe, od kiedy to skały płoną?
Obudowa, szanowny panie. Wszystko jest tam przecież z drewna. Cembrowanie szybu, drabinki, wyciąg, składowany materiał. Niby po co w kopalniach zatrudnia się cieślów? Szczerze mówiąc, pali im się jak jasny pieron… Wie pan gdzie.
Pod dupą, kończysz w duchu dla dziecięcej uciechy z wulgarnego słowa; podobają ci się wulgarne słowa, są zakazane, czasami skrycie je wypowiadasz jedno za drugim i czekasz, aż coś się stanie. Ale na to teraz nie ma czasu. Podchodzisz kilka kroków w stronę drzwi, żeby sprawdzić, kto to właściwie przypętał się do sklepu. Przez szparę widzisz mężczyznę w mundurze straży ochotniczej, ocierającego sobie pot z czoła. Ojciec już chodzi po sklepie, układa towar na kontuarze i w międzyczasie dalej pyta:
Poważnie to wygląda?
Jest tam cała popołudniowa szychta, mówi zasapany strażak, rozpinając guzik koszuli. Więcej niż ośmiuset hawierzy.
Ośmiuset?!
Strażak jedną ręką nerwowo owija wokół palca włosy wyzierające z rozchełstanej koszuli, drugą opiera się o ladę.
Niektórzy są na kilometr głęboko, a nad głowami mają porządną pożogę…
Bandaże się skończyły, mówi ojciec z poczuciem winy w głosie. Nie mają jak wyjechać?
Jest tam niezły zamęt, hajcuje się na kilku poziomach. Do tego w Maryjnym przepaliła się lina i maszyneria wyciągu.
Ojciec kładzie na kontuarze pudełko wielkich gąbek do mycia i wzdycha: Na Boga.
Jeszcze ten ocet. Do kopalni nie da się wejść bez gąbki z octem w gębie.
Śledzisz tę rozmowę przez niedomknięte drzwi i zalewają cię emocje. Widzisz wieżę szybu, z której wydobywa się dym. Ten narysować łatwo, jest jak ruchy ręki pędzącej po papierze, a ty masz nieopanowaną chęć zamalować blok wielkimi obłokami dymu, zamazać go nieprzytomnie w całości, a na koniec rozmazać jeszcze miękki grafit palcem. Pali się! Pali się! Pali się!
Pomogę to panu zanieść, mówi ojciec, kiedy tylko wielki kosz jest już zapełniony.
Proszę nie robić sobie kłopotu, lepiej żeby miał pan otwarte, dziś szybko spać nie pójdziemy. Potem strażak jeszcze odwraca się w progu: Ale gdyby zbywało panu kilka flaszek rumu dla ratowników, proszę je do nas posłać.
W tym momencie stoisz już przy ojcu. Naprawdę pali się jak jasny pieron…
Strażak tylko kiwa głową, zaklnie dopiero na ulicy.
Mogę im to tam zanieść, ojcze?
Ty?
No przecież, te flaszki rumu.
Wyślemy raczej Mánię, nie?
Ale okazuje się, że w domu nie ma nikogo, pięć minut później znowu biegniesz ulicą Pražską. Potykasz się o bruk na rynku głównym, gdzie dziewczęta nadal skaczą piekło niebo raj, i jak przeciążona łódź cały przechylasz się na jedną stronę, tych sześć butelek rumu zawiniętych w „Horomíra”, żeby przypadkiem się nie rozbiły, waży jak na ciebie za dużo.
W tym pośpiechu ojciec zapomniał dać ci dwie torby, żeby waga się rozłożyła.
Przechodzisz przez Karlovo náměstí, Prokopską i dalej już drogą wśród pól biegniesz prosto na sąsiednie Březové Hory. Wydaje się, że wieść o pożarze rozniosła się równie szybko jak sam ogień. Drogą przewalają się tłumy. Górnicy z porannej szychty wracają sprawdzić, co dzieje się z ich kamratami, idą z nimi rozczochrane żony, umazane sadzą z czarnych kuchni, i ciągną dzieci, które nie nadążają za ich krokiem. Kiedy w połowie drogi przystajesz, żeby odciążyć zbolałe ramię i przerzucić torbę do drugiej ręki, tłum ludzi zalewa cię jak woda kamień w korycie rzeki. Wszyscy bardziej niż pod nogi patrzą na horyzont, gdzie ku niebu wyrasta znak: obok leniwego dymu, jaki codziennie wznosi się z komina huty, z przebitego dachu na wieży wydobywczej wzbija się teraz drugi słup, dużo gęstszy i ciemniejszy. Wypluwa chmury ciemnego pyłu, które rozlewają się po błękitnym niebie jak szara patyna.
Właśnie tak byś to narysował, ale do tego nie masz już głowy. Przyłączasz się do dwóch szkolnych kolegów, mają wolne ręce, dlatego każdy z nich dostaje po butelce. Jeden z nich to synek górnika, cały czas gada, że w kopalniach niebezpieczna jest tylko woda, która może wytrysnąć ze skały i zalać cały chodnik, ojciec podobno miał stryja, którego zmiotła jak pył. A woda ugasi ogień, powtarza w koło, wystarczy nabrać kilka wózków, prawda? Wtedy nagle przychodzi mu na myśl wyjątek i pyta: A wy w ogóle umiecie pływać? Trzeba trzymać nos wysoko nad wodą, bo inaczej się do niego naleje…
Kiedy zbliżacie się w rejon kopalni, koryto drogi nie mieści już tłumu, ludzie tyralierą tłoczą się na polu i depczą dojrzewające zboże.
Fala niesie was aż na zakurzony dziedziniec szybu Anna. Wszyscy biegają w koło, wzburzeni i przestraszeni tym, że nie wiedzą dokładnie, co się tam na dole dzieje; ciemne chmury i powietrze przesycone spalenizną nie wróżą nic dobrego. Przedstawiciele zarządu kopalni, strażacy, lekarze i sanitariusze wydają niejasne polecenia. Różne szyby wypluwają górników, którzy zeszli zupełnie gdzie indziej, jakby narządy trawienne największych kopalni srebra w całej monarchii oszalały. Wnętrzności ziemi spazmatycznie drgają, a z głębin niesie się dzwonienie o ratunek. Zaczyna być jasne, że kopalnie zamieniły się w wielki piec, a główny szyb w ogromny komin.
Tu pod ziemią ciągnie się więcej niż czterysta kilometrów połączonych ze sobą podziemnych chodników, sztolni i przekopów, które tworzą całe podziemne miasto, piekielny labirynt, w którym i diabeł gubi drogę, olbrzymia wieża Babel we wnętrzu ziemi.
Po dziedzińcu krążą na koniach żandarmi, ale gęsty dym i przestraszony tłum płoszy konie. Jakiś pijaczyna plącze się między ludźmi i gra na harmonii, jak gdyby to wszystko przypominało dobry kabaret; w końcu ktoś zrywa mu ją z piersi.
Tylko w szybie Anna płomienie się jeszcze nie rozprzestrzeniły. Wyciąg i szole pracują bez ustanku, wypluwając podtrutych górników jak dokładnie wyssane pestki wiśni. Na oczach tłumu gapiów wiją się w skurczach i torsjach, duszą się – mają sadzę w ustach, opuchnięte śluzówki i okropnie bulgocze im w płucach. Mimo że uniknęli otwartego ognia, na powierzchnię wywlekli zatrute ciała, ból rozsadza im czaszki, kręci im się w głowach, podczas gdy krew pełna dwutlenku węgla daremnie próbuje wiązać tlen. Niektórzy głośno zawodzą, inni wytrzeszczają oczy w niemym szoku, kolejni już dawno stracili przytomność. Kobiety załamują ręce, modlą się, słowa w ich ustach syczą i szeleszczą, jakby pełzały po rozgrzanych kamieniach. Lekarze z kopalni polecili przynieść z pobliskich domków łóżka, na których teraz pod gołym niebem układają poparzonych i otumanionych, na głowy i piersi kładą im w pośpiechu mokre okłady, a do gardeł leją koniak dla wzmocnienia.
Tych, którzy w rozpalonych wnętrznościach ziemi stracili przytomność, ratuje sztuczne oddychanie i eter. Czerwone śluzówki i płytki oddech wskazują we wszystkich przypadkach na jedno: ostre zatrucie dwutlenkiem węgla.
Właśnie tak!, synek górnika klaszcze, kiedy dociera do was wieść o gaszeniu. Kot wysunie swe pazury i wyciągnie myszkę z dziury, odwraca się do ciebie, domagając się jeszcze łyka rumu.
Trzy wózki wody i będzie po ogniu, przecież mówię.
Tyle tylko, że dymu i pyłu raczej przybywa. Spalanie odbywa się w sposób niedoskonały, drewno nie płonie od razu na popiół, a ogień w ciemnych rozpadlinach parzy się dziko z wodą i płodzi obłoki trującej pary, później ktoś to policzy, z jednego litra wody tysiąc litrów pary. Dym utrudnia prace ratunkowe, podejmowane są próby z płonącym łuczywem, ale płomienie nie gasną tylko do ósmego poziomu, niżej trujące gazy i brak tlenu duszą światło.
A gdzie dym zdusi płomień światła, zadusi również człowieka.