Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Biblijny „Psalm 44” jest lamentacją, ale książce Kiša daleko do jeremiady. To surowy i czuły zarazem reportaż z końca świata, który się nie odbył, i kamień milowy w pisarstwie serbskiego pisarza.


Psalm 44Danilo Kiš napisał powieść o Auschwitz, gdzie zginął jego ojciec, mając zaledwie 25 lat. Mimo tego jest to książka jednocześnie porażająca i subtelna, jakby serbski pisarz chciał udowodnić, że nawet w miejscu, nad którym nie znikał cień śmierci, jest miejsce na poezję. Opowieść o życiu i ucieczce nastoletniej Mariji z obozu koncentracyjnego przypomina nie tylko o piekle wojny, ale też o tym, jak bliskie są związki Erosa i Tanatosa.

Biblijny „Psalm 44” jest lamentacją, ale książce Kiša daleko do jeremiady. To surowy i czuły zarazem reportaż z końca świata, który się nie odbył, i kamień milowy w pisarstwie serbskiego pisarza.

Danilo Kiš – niewątpliwie jeden z największych prozaików straszliwego XX wieku –literaturę obozową podniósł do poziomu sztuki, a nie jedynie przejmującej relacji, ubierając ją w kontekst filozoficzny, nie poprzestając wyłącznie na relacji z niewyobrażalnej zbrodni. Ta cienka książka zawiera w sobie taki ładunek emocji, taki ciężar gatunkowy, jakich nie mają opasłe modne powieści. Objętość – współczesny wydawniczy fetysz – wobec siły Psalmu 44 pozostaje żałośnie nieistotna.

Tę książkę powinien przeczytać każdy, kto czuje jak narasta ponownie na świecie atmosfera nienawiści i wykluczenia, każdy, kto odczuwa powracającą grozę, ale i każdy, kto wciąż nie pojmuje w jaki sposób rodzi się nienawiść, a także w jaki sposób nienawiść jest odgórnie tworzona, karmiona i wypuszczana na wolność. Książka mówiąca jeszcze całkiem niedawno o minionych koszmarach dziś brzmi przerażająco aktualnie.
Krzysztof Varga

Tę książkę powinien przeczytać każdy, kto czuje jak narasta ponownie na świecie atmosfera nienawiści i wykluczenia.

Danilo Kiš (ur. 1935, zmarł 15 października 1989 roku w Paryżu) – serbski pisarz, poeta, eseista i tłumacz (autor licznych przekładów poezji francuskiej, rosyjskiej i węgierskiej). Studiował literaturę na Uniwersytecie Belgradzkim, do 1960 roku pracował w czasopiśmie „Vidici”. W wieku 25 lat napisał krótką powieść, która przyniosła mu zwycięstwo w literackim konkursie organizowanym przez społeczność żydowską Belgradu. Powieść ta, zatytułowana „Psalm 44”, została opublikowana w 1962 roku razem z innym tekstem, „Mansardą”. Od 1973 roku regularnie honorowany krajowymi i międzynarodowymi nagrodami zarówno za swoją twórczość pisarską, jak i translatorską. Jego twórczość często kojarzona była z pisarstwem Brunona Schulza – przede wszystkim ze względu na motyw poszukiwania prawdy o ojcu i magiczno-bajkowe obrazowanie. W Polsce znany m.in. z takich tytułów jak „Wczesne smutki”, „Grobowiec dla Borysa Dawidowicza”, „Encyklopedia umarłych”, „Ogród, popiół” – wszystkie w przekładzie Danuty Cirlić-Straszyńskiej.

Danilo Kiš
Psalm 44
Przekład: Danuta Cirlić-Straszyńska
seria: Bałkańskie Klimaty
Wydawnictwo Książkowe Klimaty
Premiera: 20 listopada 2016

Magazyn Dobre Książki objął publikacje patronatem medialnym

Psalm 44


O planach ucieczki przed możliwą ewakuacją obozu szeptały już od kilku dni. Zwłaszcza od czasu (a było to pięć nocy temu), gdy pierwszy raz usłyszały z oddali huk dział. Ale te szepty przycichły – przynajmniej jej się tak wydaje – kiedy zabito trzy kobiety, które przechodziły przez druty, a między nimi Erzsike Kohn z ich bloku.
Dlatego teraz mogła tylko nasłuchiwać armat i czekać, aż coś się wydarzy. Czuła się tak samo zdolna do zrobienia czegokolwiek (a najprawdopodobniej można by coś zrobić, gdyby tylko wiedziała co), jak było na przykład z żarówkami, które wczoraj wieczorem postrącały patykiem, jakby to były gruszki w ich ogrodzie, koło altanki, a zrobiła to tylko dzięki Jeanne, bo jej samej nawet by do głowy nie przyszło tłuc żarówki, uważałaby to za niepotrzebne, samobójcze ryzyko, jak Pola, która leży obok w gorączce. Mogła tylko czekać, aż Jeanne powie: „teraz” (tak jak dotychczas mówiła „jeszcze nie” albo „zobaczymy”, albo „wymyślimy coś”), a ona weźmie dziecko na ręce niby jakąś cenną rzecz, którą trzeba wynieść niepostrzeżenie, tuż przed nosem wachmanów1, wiedzących, że się te skradzione kosztowności wyniesie właśnie tą drogą. W chwili gdy Jeanne powie, że już czas, ona weźmie zakamuflowany bagaż, nierzucający się w oczy, przeniesie go, unikając wachmanów i aufzejerek2, rozpaczliwie zdeterminowana, postępująca dokładnie tak, jak jej powiedziano, świadoma swojej zależności od tego polecenia, bo jeśli stałoby się coś nieprzewidywalnego, gdyby ktoś podszedł do niej od tyłu (przypuśćmy) i klepnął ją po ramieniu, żeby pokazała, co niesie, mogłaby jedynie zasłonić własnym ciałem cenne zawiniątko. Skrycie i niemądrze mogłaby poza tym żywić nadzieję, że lada chwila rozstąpi się pod nią ziemia i znajdzie się w jakimś mrocznym zamku, gdzie jej się ukaże sam Deus ex Machina, czyli ten Maks. Bo że Maks, niewidoczny a wszechobecny, pojawi się i wmiesza w to wszystko i że już jest wmieszany w ucieczkę – było jasne od pierwszej chwili. Właściwie od momentu gdy przed trzema wieczorami Jeanne przyniosła nadzieję w oczach i powiedziała szeptem: „Nie wszystko jest stracone”. A oto jak to było.
Pola już trzeci dzień leżała w malarycznej gorączce – tylko patrzeć, jak po nią przyjdą; nie wiadomo zresztą, czemu nie zabrali jej pierwszego wieczoru, kiedy wróciła z roboty chora i wyczerpana. Może ze względu na to, że Pola grała w orkiestrze zwanej przez nie Czarną Kapelą albo – co bardziej prawdopodobne – że z powodu szybkiego posuwania się frontu i coraz bliższego grzmotu dział komenda obozu musiała odłożyć egzekucje.
Tego wieczoru Jeanne wróciła później. Na dworze był wilgotny, lodowaty listopadowy mrok, a ciemny wiatr przynosił dźwięki Czarnej Kapeli, która wracając z koncertu, grała na rozstrojonych instrumentach ulubioną piosenkę Jaka piękna jest moja dziewczyna. Pola bredziła po rosyjsku. Umierając. Nie wolno było zapalać światła, więc Maria doszła do swego posłania, orientując się po jej rzężeniu. Odgrzebała dziecko ze szmat, w których spało, mała woskowa kukiełka. Nie śmiała zbliżyć się do Poli w obawie o swojego Jasia. I jego matkę – o siebie.
Usłyszała kroki Jeanne. I wtedy błysnęła jej myśl, że na pewno coś się stało, skoro wraca tak późno. Polecenie od Jakuba. Albo od Maksa(niewidocznego, ale obecnego). Lecz Jeanne nic nie powiedziała. Słychać było tylko lekkie, konspiracyjne kroki. Wydało jej się to dziwne: Jeanne jeszcze nie zdjęła drewniaków. Potem szelest słomy, tępy stuk odrzuconych buciorów, zardzewiały brzęk puszki z wodą, znów jakby szelest słomy, teraz koło Poli, i lekkie dzwonienie zębów chorej o blaszaną puszkę. Chciała powiedzieć, że Pola nie będzie mogła z nimi iść, nawet to, co od dnia, kiedy wróciła z roboty chora, trwa między nimi niewymówione, a pewne: Pola umrze. W tej samej chwili usłyszała szept Jeanne, jakby własną myśl wymówioną innym głosem:
„Elle vamourirà l’aube!”
Zamiast odpowiedzi tylko westchnęła. Czuła, jak zaciska jej się gardło. Bardziej wsłuchiwała się w majaczenie Poli niż w dalekie granie armat. Jakżeby teraz chciała, by Jeanne mówiła jej o tych armatach, o Jakubie, o ucieczce, o czymkolwiek, co uwolniłoby ją od tej zmory, od rzężenia Poli i myśli o tym, że jednak nic się nie stanie ani teraz, ani później, ani za dwa, ani za dwieście dwa dni – jak nie stało się do tej pory – ani ucieczka, ani pomoc Jakuba czy Maksa, nic, nic się nie wydarzy, tylko to, co dzieje się teraz z Polą: gaśnie powoli, skwiercząc jak dopalająca się świeczka.
Rytmiczne światło reflektora padające przez szparę zadrapało niby paznokciem ciemność i w tym momencie zobaczyła, że Jeanne staje między jasną smugą a ścianą, jakby opromieniona, i naraz znika w mroku. I z tego mroku jej głos, jej szept niby wąski promień światła:
„Jan? Jak się czuje Jaś?”
„Zasnął”, odpowiedziała. „Śpi”.
Ale nie to pytanie chciała usłyszeć, była nawet pewna, że Jeanne ma coś innego do powiedzenia (przyszło jej na myśl, że dokładnie zna chwilę, kiedy Jeanne przerwie milczenie), coś, z czym jednak łączy się pytanie o Jasia. Dlatego wyszeptała tak, jakby chciała dać do zrozumienia, że domyśla się, iż to, co Jeanne mówi teraz, to tylko wstęp, zapowiedź:
„Wyprałam mu pieluchy. Suszę je tu, na dole, a on leży na mnie, tutaj”, jakby Jeanne mogła zobaczyć lekki ruch jej ręki, wskazujący: na górze, na piersiach. „Dlatego nic nie zrobiłam przy Poli”, ale zaraz tego pożałowała, bo wydało jej się, że odwróciła myśli Jeanne od głównego wątku.
„Biedna Pola”, westchnęła Jeanne.
„A więc Pola nie pójdzie z nami”, pomyślała Maria, jakby dopiero teraz pojmując cały ciężar tych słów.
„W ogóle nie odzyskuje przytomności”, powiedziała tylko.
„Lepiej dla niej, rozumiesz?”, kolejna myśl w czarnym krysztale trzech słów Jeanne. I zaraz potem: „Chciałabym, żeby się to stało jak najprędzej. Rozumiesz?”.
Wyczuła, że znaczy to coś innego, coś więcej, a nie tylko: „Pola z nami nie pójdzie”, że to znaczy jeszcze: „A my pójdziemy” albo przynajmniej: „My spróbujemy”. I nagle zbuntowała się w duchu przeciwko temu powolnemu rodzeniu się myśli przecież oczywistej; wydało jej się trochę obłudne, że ani Jeanne, ani ona nie chcą przyznać przed sobą, że pogodziły się z faktem, który nastąpił bez ich zgody czy woli, ale okrutnie po prostu, i nie pozostawało im nic innego, tylko się z tym pogodzić (albo i nie, obojętne).
„A więc Pola nie może iść z nami”, powiedziała, usiłując nieświadomie zawrzeć w tym zdaniu całą udrękę i chęć wyrzucenia jej z siebie jednym tchem, tak jak jednym haustem wypija się gorzkie lekarstwo albo truciznę. Chciała też pomóc Jeanne, aby już teraz ujawniła, co zamierza, ale Jeanne uparcie wpatrywała się w szparę na ścianie.
„Właśnie dlatego lepiej, żeby to nastąpiło jak najprędzej. Rozumiesz, będzie nam lżej”, zabrzmiało niby echo jej własnych myśli.
Pragnęła, by wreszcie coś się stało, bo wiedziała, że nie wolno dłużej czekać – działa powoli burzą betonowy mur biernego oczekiwania i pogodzenia się z losem.
„Spróbuję zasnąć”, powiedziała, chcąc się choć trochę uspokoić. Wydawało jej się, że Jeanne nie może wymyślić nic poza tym, co zrobiły tamte trzy kobiety, wśród nich mała Erzsike Kohn, które, skoszone serią, padły na druty, aby zapomnieć o wszystkim – bo tym właśnie jest śmierć.
„Która może być godzina?”, spytała, jakby wzywając siostrę śmierci, która jej, umęczonej, zamyka teraz powieki. W niejasnym powiązaniu zapomnienia-śmierci-snu-czasu z jej świadomością, która musi jednak iść naprzód, ramię w ramię z czasem.
„Nie wiem”, odparła Jeanne, ale dodała jeszcze: „Myślę, że minęła dziewiąta. Nie później”. I wtedy, niby pływak, wyskoczyło na powierzchnię to, co dotychczas wypełniało ciemność, aż nagle skrystalizowało się w trzech słowach wymówionych szeptem: „Za kilka godzin spróbujemy”.
I zanim Maria zdołała cokolwiek pomyśleć, przestraszyć się albo ucieszyć, krzyknąć albo zajęczeć w piekle pomieszanych myśli, w gorącej fali krwi, która intensywnie krążyła teraz w jej ciele, pozostawiając za sobą porwane i chaotyczne strzępy myśli (niezliczone asocjacje, które wzajemnie się przenikają i unieważniają), zanim jeszcze poczuła, że pod naporem tego wszystkiego jest bliska omdlenia, Jeanne dodała:
„Nie chciałam mówić ci tego wcześniej. Myślałam, że trochę się prześpisz. Musisz być wypoczęta”.
Ważne było to „spróbujemy”, w którym mieścili się oni troje: Jeanne, Jaś i ona, tylko oni żywi, a Pola leżała pod całunem, jakim przykrywa się umarłych. Maria tymczasem nadal odczuwała jej obecność, nie przez rzężenie, które nie przypominało już ziemskiego języka, lecz tylko szept śmierci, ale przez to, że musiała ze swoich myśli ciągle wpychać zwłoki Poli pod lód (bo już ją pochowały), tak jak tamci nad Dunajem wpychali pod lód trupy kobiet wtedy, na początku, by zrobić miejsce dla żywych albo przynajmniej dla tych, co do których miała nadzieję, że żyją – właściwie to dla Jakuba, bo dla kogóż by innego. I nagle zobaczyła Jakuba – pierwszy raz od ostatniego widzenia – już nie w perspektywie, która, gdy się obejrzy, ciągnie się za nim pusta i mroczna, ale w jakiejś niemal wymyślonej przyszłości: nadchodzi Jakub, wysoki, blady, z rudą głową, wyczerpany i zmęczony powrotem, ale z promiennymi oczami i rozłożonymi rękoma, wyciągniętymi nad szosą, gdzie stoi ona z Jasiem w ramionach, podając mu dziecko jak chleb i sól, jak święty cud betlejemski. Ta nagle ujrzana scena z przyszłości równie nagle zaczęła się walić niby kulisy z płótna ustawione na pustyni – tylko Jakub pozostał w pustynnej okolicy, w szarym, skłębionym pyle.
Pamięta ich ostatnie spotkanie, było to nie tak dawno, zaledwie pięć tygodni temu: Jaś miał wtedy dopiero dwa tygodnie. Urodził się tego samego dnia, kiedy zobaczyła Jakuba pierwszy raz od rozstania. Ale to było wcześniej. Drugi raz zobaczyła go wtedy, na stacji… A oto jak do tego doszło: dostała gryps od Maksa (znalazła go w sztubie3, pod wezgłowiem ze słomy), że Jakub przejedzie przez stację z transportem około siódmej wieczorem. Cały dzień zastanawiała się, jak uciec z miejsca, gdzie pracowały, i dostać się na stację, zobaczyć Jakuba i powiadomić go, że został ojcem… A wtedy, gdy zawołała: „Jakub, jestem w ciąży!”, wiedziała, że usłyszał jej krzyk i poznał głos dobiegający z kolumny kobiet, która zbliżała się do bramy obozu. Dlatego musiała znowu go zobaczyć, upewnić się, że żyje, i spytać, czy wtedy, przed bramą, gdy zbijał jakąś skrzynię, nie mógł choć na chwilę zatrzymać ręki z młotkiem, aby wiedziała, że ją usłyszał. Myślała z rozpaczą, że jedyne, co może zrobić, to rzucić łopatę i pobiec, choć równało się to po prostu samobójstwu, i już wyobrażała sobie, jak pada przecięta serią z automatu i przez krew napływającą do ust woła: „Jakub, Jakub!”, byle usłyszał i zrozumiał, że usiłowała zrobić wszystko, co można, żeby go zobaczyć. I właśnie wtedy kapo, Żydówka, kazała jej i Erzsike Kohn iść na stację i przynieść to, co im tam dadzą. Poszły więc z Erzsike, pilnowane przez jednego tylko strażnika, który szedł razem z nimi. Nie wiedziała, czy był to po prostu rozkaz, przypadek, że właśnie jej kazano iść na stację, czy jakiś pomysł Maksa, żeby umożliwić jej spotkanie z Jakubem.
Po drodze myślała o tym, czy transport się zatrzyma, czy tylko przejedzie przez stację. Nie miała pojęcia o czasie i gdy szli nową drogą, zbudowaną przez więźniów, chciała nawet spytać strażnika o godzinę, ale bała się, że w ten sposób może wszystko przekreślić; nie wiedziała, czy przyśpieszać kroku, czy zwalniać, chociaż to strażnik dyktował tempo.
W końcu znalazła się na stacji i zobaczyła długi skład zaplombowanych wagonów, z których przez zakratowane okienka wyglądały widmowe twarze. I rozpoznała ów babiloński jęk, znany jej od czasu, gdy ją samą przywieziono takim transportem, jęk, który przechodzi w ciemny, suchy szept: „Wody!” – słowo wymawiane we wszystkich językach Europy, jakby esencja samego życia, więcej nawet niż stary helleński praelement i, poza oczywiście powietrzem i ziemią, podstawowa substancja wszystkiego, co żyje – jak to samo słowo na ustach Poli, które zmienia się w monotonny szept konającej. A pociąg zaraz ruszył, tuż obok, niby olbrzymi, przedpotopowy Dinosaurus tyrannos rex wyrzucony z wolnej praojczyzny na twardy ląd w kilka tysięcy lat po swojej erze. Maria poczuła nagle pragnienie wnętrzności Jakuba i swoich, pobiegła wzdłuż wagonów, które zderzały się ze stukotem, i cała zamieniła się w krzyk, w błaganie: „Jakub, Jakub!”, kiedy ten gad zaczął sapać i szarpać się, zamieniony w dinozaurowe i głowonogie, babilońskie i europejskie: „Wody!”, „Wody!”. Wtedy zobaczyła, jak z wysokiego okienka parę metrów przed nią wysuwa się jakaś szmata, niby reliquiae reliquiarum Jakuba, a potem ręka, która trzyma tę szmatę i macha nią jak chorągwią śmierci – ta zgięta ręka bez twarzy to teraz Jakub, ten, który pozostał, kiedy z trzaskiem runęły kulisy, a ona się obejrzała: szary, skłębiony pył.
Jeanne wtedy powiedziała jeszcze:
„Maks dał znać”, i nie czekając, aż opadnie fala krwi, która zalała ją i omal nie przewróciła: „Ruszamy o drugiej trzydzieści. Przygotuj się i spróbuj zasnąć. Musisz być wypoczęta. Ja będę czekać na znak od Maksa: dwa długie i dwa krótkie”.
„Tak, spróbuję”, odparła. „Spróbuję zasnąć choć na trochę”.